PLUS

Baner

Kogut na tropie Drakuli - cz.2

Kogut na tropie Drakuli - cz.2

... tym razem Grzegorz wraz z Eagle Knights i przyjaciółmi wyrusza na podbój intrygującej i mrocznej Transylwanii.

Kogut na tropie Drakuli - cz.1

Dotarwszy suchą oponą do stolicy, bierzemy się ostro za myślistwo i rybołówstwo, a mówiąc nieco konkretniej, chodzi oczywiście o upolowanie hotelu. Początkowo napotykamy pewne trudności, gdyż zwierzyna dosyć skutecznie ukrywa się przed naszym sokolim wzrokiem i niczym przebiegły lis czai się w betonowej kniei. Z pomocą przychodzi wędka w postaci nieodłącznej komórki oraz niezastąpione Mapy Google.

Pałac Parlamentu - dawny Dom Ludowy.

Po kilku telefonach w tunelu pojawia się małe światełko i namierzamy bestię, która miejmy nadzieję, niczym ciepłym futrem ogrzeje nas swymi murami podczas nocnego spoczynku. Jednocześnie jednak telefoniczny zwiad wzbudza pewną dozę sceptycyzmu, gdyż ku naszemu zdziwieniu ceny okazują się ekstremalnie przystępne, zwłaszcza biorąc pod uwagę fakt, iż kurs tutejszej waluty w porównaniu ze złotówką wynosi jeden do jednego. Mimo podejrzeń pozwalamy się jednak zwabić dźwięcznemu głosowi recepcjonistki i jak muchy urzeczone bogatą kolorystyką mięsożernej rośliny mkniemy na oślep w kierunku czterogwiazdkowej pułapki.

Hotel prezentuje się całkiem niekiepsko, a i lokalizacja w pobliżu tutejszej starówki wydaje się nadzwyczaj atrakcyjna. Możliwość zaparkowania motocykli pod kluczem również nie pozostaje bez znaczenia. No i pokoje prawie za darmo... Żyć nie umierać! Zbyt piękne, aby było prawdziwe? Cóż, wizyta w recepcji szybko sprowadza nas na ziemię, gdy okazuje się, że ceny bynajmniej nie są w lejach, lecz w euro i cena hotelu właśnie wzrosła ponad czterokrotnie. Szybka narada skutkująca jednogłośną decyzją pokazuje jednak, iż mentalnie wszyscy już jakby zapuściliśmy tu korzenie i prędzej pozwolimy wykrwawić się naszym portfelom niż ruszymy się z miejsca w poszukiwaniu alternatywnego dachu nad głową. Co innego jednak, jeśli chodzi o zwiedzanie Bukaresztu. W końcu stolica zobowiązuje. Doprowadzamy się więc, do jako takiego porządku i przyodziawszy cywilne szaty ochoczo ruszamy na miasto.

Pałac Parlamentu nocą.

Po wyjściu na główną aleję, w oddali oczom naszym ukazuje się słynny Pałac Parlamentu. Budowla jest o tyle ciekawa, iż jest to jeden z największych budynków administracyjnych świata, swą podziemną strukturą ustępując jedynie Pentagonowi. Budowę w latach 80-tych dwudziestego wieku zapoczątkował Nicolae Ceaușescu, jednakże w wyniku rewolucji ustrojowej nie doczekał ukończenia swego Domu Ludowego, a z monumentalnego "balkonu prezydenckiego", z którego dyktator pragnął przemawiać do swych poddanych, jak do tej pory do tłumów przemawiała tylko jedna osoba. Wieść niesie, iż zaszczyt ten przypadł w udziale Michaelowi Jacksonowi, ale i on niestety zbytnio się nie popisał, gdyż ku wielkiemu zniesmaczeniu okolicznej gawiedzi, zamotał się i zamiast mieszkańców Bukaresztu przez pomyłkę pozdrowił mieszkańców Budapesztu.

Na zwiedzanie Pałacu jest już niestety za późno, z dystansu podziwiamy zatem malującą się na tle nocnego nieba, dostojnie podświetloną sylwetkę kolosa, po czym dyskretnie zagłębiamy się w boczne uliczki starego miasta.

Ulice Bukaresztu...Starówka okazuje się bardzo klimatycznym miejscem i mimo późnej godziny życie nocne toczy się tu w najlepsze. W wąskich uliczkach, pośród zabytkowych kamienic mrowią się tłumy młodych ludzi, a bary i restauracje pękają wręcz w szwach. Nie przeszkadza to jednak knajpianym naganiaczom prześcigać się w nachalnym i nie zawsze pożądanym "zapraszaniu" przechodniów w niekoniecznie skromne progi swych i tak już pełnych jadło i piwo-dajni. W naszym przypadku jednak, nie muszą się nawet specjalnie wysilać, gdyż w obecnym momencie burczenie w brzuchach mamy prawdopodobnie wymalowane na twarzach, tak więc łasym wzrokiem szybko namierzamy miejscówkę ze stolikami na zewnątrz i gromadnie zasiadamy do wspólnej wieczerzy.

Wykończeni, lecz zadowoleni.Dotarliśmy do punktu zwrotnego naszej wyprawy, zatem najwyższy czas, aby przy solidnej kolacji zregenerować siły oraz doładować akumulatory przed drogą powrotną zwłaszcza, iż tutejsza skarbnica lokalnych browarów wybitnie sprzyja uzupełnianiu elektrolitów. Po sowitej uczcie nie pozostaje nam nic innego jak tylko przyspieszyć trawienie i rozchodzić pełne brzuchy spacerując po staromiejskich zaułkach i zakamarkach. W końcu, jakby nie patrzeć, spanie zaraz po takim obżarstwie byłoby pomysłem, co najmniej niezdrowym, a biorąc pod uwagę tutejszą nocną scenerię, chrapanie zamiast zwiedzania wydaje się być rozwiązaniem całkiem niedorzecznym. Co, jak co, ale takie marnotrawstwo byłoby grzechem ciężkim, do którego bez wątpienia nie wolno nam dopuścić.

Niegdyś podobnego zdania zapewne był również tytułowy „Spóźniony słowik” w wierszu Tuwima, który zamiast lecieć na skrzydłach do żony, poddał się nastrojowi chwili i drepcząc pieszo spóźnił się na romantyczną kolację. Jego słowa: „Wybacz, moje złoto, ale wieczór taki piękny, że szedłem piechotą!”, pasują do dzisiejszej sytuacji jak ulał. Wobec takiego precedensu jesteśmy zupełnie bezsilni i kontynuujemy nasza pieszą wędrówkę, napawając wzrok architekturą Bukaresztu. W końcu sen to nie zając i z pewnością nigdzie nam nie ucieknie, a nawet gdyby próbował, w końcu wolnym krokiem go doganiamy i przygwoździwszy w hotelu odlatujemy do krainy Morfeusza.

Po długim nocnym zwiedzaniu jutrzenka wcale nie przynosi rychłego przebudzenia. Wręcz przeciwnie! Moment, w którym jesteśmy gotowi do drogi trudno byłoby nazwać porankiem. No, ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Słońce w zenicie dostarcza doskonałego oświetlenia i daje szansę podziwiania stolicy w najlepszym dziennym świetle. Zatem jak na prawdziwych jeźdźców przystało, niczym kowboje w rasowym westernie, w samo południe ruszamy główną ulicą miasta. Jeszcze tylko ostatni rzut oka na skąpany w promieniach słonecznych Pałac Parlamentu i w drogę…

Bikers – bar motocyklowyNajważniejsze to wyrwać się z miasta. Reszta to mały pikuś. Jazda na orientację po labiryntach stolicy okazuje się jednak przygodą samą w sobie, a liczne skrzyżowania, rozwidlenia oraz jednokierunkowe uliczki porywają nas z prądem ruchu drogowego tudzież zawijają trajektorię naszej jazdy w najgłębsze zakamarki rumuńskich blokowisk dbając skutecznie o to, abyśmy poznali Bukareszt niejako od podszewki. Dziś tak naprawdę rozpoczyna się droga powrotna, niemniej wygląda na to, że nawet naszym rumakom wcale nie spieszno do domu. A może po prostu jakiś czarnoksiężnik, lub inny Drakula rzucił na nie urok i dlatego jadą wszędzie, tylko nie tam gdzie trzeba. No i do tego, godziny szczytu! Co prawda nie jeździmy już w kółko, niemniej utknięcie w korku wydaje się być wyjściem jeszcze mniej atrakcyjnym. Klucząc po mieście mieliśmy przynajmniej przyjemny powiew wiatru na twarzy, natomiast tkwiąc w bezruchu, wibracje motocykla na wolnych obrotach to jedyna rozrywka, jaką w obecnym momencie serwuje nam bieg wydarzeń. Delektujemy się zatem niemal kompletnym bezruchem, gdy tymczasem do naszych współrzędnych geograficznych zbliża się coraz donośniejszy i jakby znajomy warkot. Po chwili spomiędzy samochodów wyłania się motocykl z jeźdźcem o mocno uradowanej, lecz równie zdziwionej twarzy. Okazuje się, że Marcin jest mieszkającym w Bukareszcie Polakiem, a banda motocyklistów na polskich „blachach” nie trafia się tutaj codziennie, tym bardziej to miłe i nieoczekiwane spotkanie trzeba koniecznie uczcić. W myśl zasady „jedźcie za mną” podążamy gęsiego za nowo poznanym kamratem, który po wyplątaniu z ulicznych korków prowadzi nas do kolejnej motocyklowej atrakcji tego wyjazdu, a mianowicie przybytku o wszystko mówiącej nazwie „Bikers”. I tym oto sposobem pojawił się kolejny pretekst, aby opóźnić nasz wyjazd, aczkolwiek wcale nie narzekamy…

Opuszczamy Bukareszt…

Ze względu na wczesną godzinę, bar jest jeszcze najwyraźniej zamknięty, ale po interwencji Marcina otwierają się dla nas bramy kamienicy i wąskim tunelem wtaczamy się na knajpiane podwórko, gdzie nieopodal stolików parkujemy nasze osiołki. Przejazdowi towarzyszy zresztą niemało decybeli, gdyż tunel niczym pudło rezonansowe gitary wzmacnia i tak już niezbyt ciche wydechy naszych jednośladów, powodując ryki i grzmoty, których z pewnością nie powstydziłby się nawet nordycki bóg burzy i piorunów Thor. Echo odbijające się od murów powoduje niemal wyczuwalne drgania na miarę trzęsienia ziemi, lecz bynajmniej nie zamykają one skali Richtera i budynki, najwyraźniej zahartowane w boju, stoją dalej bez żadnego uszczerbku na zdrowiu i architekturze.

Nie ma to jak bar, do którego można wjechać motocyklem. Korzystając zatem z gościnności gospodarzy zasiadamy wygodnie w cieniu parasolek, a po chwili nad stolikami zaczyna unosić się aromat życiodajnej kawy, wypierając powoli opadającą mgłę motocyklowych spalin. Donośne głosy naszych wierzchowców najwidoczniej ogłosiły otwarcie lokalu, gdyż dołącza do nas kilku znajomych Marcina i miejscówka powoli się zaludnia. Nad filiżanką małej czarnej wymieniamy motocyklowe opowieści oraz konsultujemy dalsze plany, a otrzymawszy garść drogocennych wskazówek wprowadzamy kilka modyfikacji do naszej trasy przejazdu. Czas niestety płynie nieubłaganie. Moglibyśmy tu siedzieć w nieskończoność, ale niestety naprawdę musimy już jechać. Żegnamy się więc z tutejszą bracią i wyruszamy w dalszą drogę. Tym razem jednak korzystamy z nawigacji komputerowej, dzięki której udaje nam się w końcu opuścić miasto. Miejmy tylko nadzieję, że GPS nie poprowadzi nas znów w największe ulewy...

Życie w cygańskim taborze…

Wczoraj znaczną część drogi z Braszowa do Bukaresztu pokonywaliśmy autostradą, co w połączeniu z górskimi ulewami oraz pożarem na pokładzie okrętu flagowego, jak również wynikającymi z tych niedogodności opóźnieniami, wydawało się rozwiązaniem jak najbardziej sensownym. Gdyby tylko Prometeusz okazał się na tyle uprzejmy i podarował nam ogień tuż przed deszczową gaśnicą, problem rozwiązałby się samoczynnie, tym bardziej nie dziwi fakt, iż zamiast zostać patronem strażaków, zaczął serwować ptakom wątróbkę…

Dziś w naszej klepsydrze piachu przesypało się już niemało, niemniej jednak żywioły ognia i wody, jak na razie jeszcze nas nie dorwały. Pozostałe dwa elementy, czyli ziemia, po której toczą się motocyklowe koła oraz wiatr przeczesujący nasze czerepy budzą w nas zew przygody powodując, iż wzburzona krew w żyłach przyspiesza proporcjonalnie wraz z odkręcaniem manetki gazu. Przepędzamy więc monotonię jazdy autostradą i pchani rzeką adrenaliny, niczym armada wikińskich drakkarów zagłębiamy się w podrzędne drogi, przecinając okoliczne wioski, rozsiane jakby wyspy na morzu pól i pastwisk. W szczerym polu dostrzegamy również koczujących Romów oraz ich cygańskie wozy, tudzież małe skupiska w postaci cygańskich taborów. Przywodzą nieco na myśl filmy o Dzikim Zachodzie, niemniej żywię głęboką nadzieję, iż w przeciwieństwie do amerykańskich Indian nie zajmują się bynajmniej zaklinaniem deszczu, którego dziwnym zbiegiem okoliczności jest tu i tak zdecydowanie pod dostatkiem. 

Owczarnia atakuje!O wilku zresztą mowa. Zaklinają, czy też nie, niemniej z nieba znów zaczyna coś kapać. Skoro mowa o wilku, nie może zabraknąć również i owiec, w których pokaźne stado się mimowolnie pakujemy. Okupująca drogę owczarnia naciera na nas ociężale, przypominając niezliczone obłoki zlewające się w jedną wielką chmurę, przysłaniającą asfalt niczym listopadowe niebo. Silniki stop! Wobec armii wełny i rogów pozostajemy neutralni i w akompaniamencie baraniego beczenia postanawiamy przeczekać puchatą nawałnicę. Przeciwnik ma zresztą poważną przewagę liczebną i oprócz kilku szarżujących rogami wyjątków jest nastawiony raczej pokojowo.

Ostatecznie biel wełny ustępuje czerni asfaltu odkrywając przed nami dalszą drogę, która z powodu późnej godziny wkrótce stanie się jeszcze ciemniejsza. Czym prędzej staramy się zatem namierzyć polecony przez motocyklistów z Bukaresztu zajazd, w którym planujemy spędzić dzisiejszą noc. Nie dysponujemy, co prawda, dokładnymi współrzędnymi geograficznymi, jednakże na podstawie otrzymanych instrukcji słownych udaje nam się odnaleźć ten całkiem przyjemny i malowniczo położony przybytek, gdzie po rozpakowaniu i szybkim odświeżeniu raczymy się przysmakami w kameralnej hotelowej restauracji.

Nie wszystkie drogi prowadzą do Rzymu...Poranne promienie słońca… Tak! Promienie słońca! Też byliśmy w szoku… …witają nas zaraz po przebudzeniu, wprawiając wszystkich w pogodny nastrój i powodując, iż naładowani pozytywną energią słoneczną rwiemy się wręcz do jazdy. Nawet nasze rumaki, co prawda już lekko umorusane, niemniej prawie błyszczą się skąpane w porannym blasku. Wraz ze śniadaniem wlewamy również w organizmy nieco kofeiny, a w miarę opróżniania filiżanek, poziom sił witalnych wydaje się drastycznie rosnąć. Mimo, iż bez prądu, poranna kawa zdecydowanie daje nam dodatkowego „kopa” i na podobieństwo tabunu dzikich mustangów, motocyklowa sfora narowiście uderza w kierunku południowym. Jak zwykli niegdyś mawiać Rzymianie: wszystkie drogi prowadzą do Rzymu.

Dziś najwyraźniej, te proste i te bardziej kręte, prowadzą do uchodzącego za oficjalną siedzibę Drakuli, zamku w Branie i choć sam wyżej wymieniony w tej posiadłości tak naprawdę nie mieszkał, dzięki powieści Brama Stokera oraz stworzonej przez niego legendzie o wampirze z Transylwanii, do tego właśnie miejsca przylgnęło miano siedliska krwiopijczego hrabiego. Sam Wład Palownik, pierwowzór fikcyjnego upiora, prawdopodobnie spędził tu jedynie kilka dni, niemniej zamczysko jest dziś muzeum przyciągającym rzesze spragnionych mocnych wrażeń turystów. Co jak co, ale pobyt w domu wampira, czy to prawdziwym, czy też urojonym, niejednej osobie może zjeżyć włos na głowie, nie wspominając o gęsiej skórce, a że strach ma wielkie oczy, tym więcej uda nam się zobaczyć przez rozszerzone źrenice.

Tzw. „Zamek Drakuli”Na miejsce dojeżdżamy około południa i trzeba przyznać, iż położone na wzgórzu strzeliste zamczysko robi niemałe wrażenie. Twierdza jednakże wydaje się być w trakcie jakiegoś oblężenia, gdyż takich tłumów nie widzieliśmy nawet w Bukareszcie. Próbujemy zatem przedrzeć się przez hordy wycieczkowiczów oraz otaczające mury targowisko, gdzie oprócz niezliczonych pamiątek, wabią nas niczym przynęta, zarówno wyglądem jak również aromatem, wszelkie rodzaje grillowanego mięsa oraz innych lokalnych przysmaków. Co nas nie zabije, to nas wzmocni. Pożarłszy więc małe, co nieco, ze starcia z karkówką wychodzimy zupełnie obronną ręką, a pokonawszy kolejne przeszkody mocną stopą stajemy na końcu bardzo długiej kolejki. Sprawy zaczynają wyglądać dosyć nieciekawie. Odruchowo sprawdzamy czy przypadkiem nie gromadzi się nad nami jakaś burzowa chmura. Z wolna rodzą się pewne wątpliwości, czy powinniśmy faktycznie zwiedzić muzeum, czy też zamiast marnować cenne godziny w kolejce, wyruszyć jednak w dalszą drogę. Z impasu wyprowadza nas „Yaro”, który już zdążył wyrobić sobie opinię niezłego kwatermistrza i niezgorszego organizatora. Mianowicie, po udaniu się na początek kolejki, Jarek wraca do nas z szelmowskim uśmiechem oraz biletem grupowym dla zorganizowanej wycieczki, dzięki któremu oczekiwanie w tasiemcowym ogonku pozostaje jedynie mglistym wspomnieniem. Tak więc bez dalszej zwłoki zagłębiamy się w mroczne pałacowe podwoje.

Zamek w BraniePałac na pierwszy rzut oka wydaje się niezbyt potężny zwłaszcza, jeśli porównać go do innych rumuńskich warowni, niemniej strategiczne położenie na szczycie góry z pewnością utrudniłoby pracę ewentualnym najeźdźcom. Już sama wspinaczka po ścieżce prowadzącej do bramy wydaje się powodować lekką zadyszkę, ale prawdziwe schody (dosłownie i w przenośni) zaczynają się przed właściwym wejściem do zamku i trzeba przyznać, iż z powodu stromego zbocza tworzą one faktycznie dosyć wysokie progi. Stopnie zresztą na samym wejściu bynajmniej się nie kończą. Wręcz przeciwnie! Mnogość zawiłych schodów kłębiących się w jeszcze bardziej poplątanych oraz wąskich tunelikach i pasażach, wydaje się towarzyszyć nam nierozłącznie podczas dalszego zwiedzania, prowadząc nas poprzez poustawiane jedna na drugiej komnaty, które jak klocki w dziecięcej układance, skomponowane w sposób pozornie przypadkowy, mimo iluzorycznego chaosu komponują się w zupełnie sensowną oraz całkiem atrakcyjną całość.

Żelastwa tu nie brakuje…Elementy budynku poustawiane na sobie niczym garść różno rozmiarowych pudełek otaczają zaciszny dziedziniec, a balkony i przejścia nad niewielkich rozmiarów podwórkiem przywodzą jednoznaczne skojarzenia z bajkową „Szuflandią”, my natomiast prześlizgując się po zakamarkach tej wampirzej domeny czujemy się zupełnie jak kumotrowie krasnoludowie z kultowego „Kingsajzu”. Kręte labirynty prowadzą nas również, do ukrytego na dachu pośród strzelistych wieżyczek tarasu, z którego podziwiać można rozciągającą się dookoła, pokrytą zielonymi już o tej porze roku lasami, górzystą panoramę. Można stąd także wypatrywać nadciągającej wrogiej armii, aby następnie zasypać ją z góry deszczem strzał, które rzucając cień niczym chmury przysłaniające niebo, choć na krótką chwilę dodadzą nadciągającym bez zaproszenia gościom otuchy oraz osłonią ich przed słonecznym skwarem, choć szanse prawdziwego deszczu są tutaj również niemałe.

Prawie jak w „Szuflandii”

Z góry zresztą na agresorów spuścić można nie tylko strzały z łuku, lecz również włócznie, halabardy oraz inne żelastwo, którego bynajmniej tu nie brakuje. Ba! Próżno by szukać tutaj komnaty, której ściany nie byłyby przyozdobione bronią białą i bynajmniej nie chodzi tu o kolorystykę.

Reasumując, ten dosyć przytulny pałacyk, bardziej niż twierdzę przypomina potężny dom letniskowy i powoduje, iż czuję się tutaj jak u Pana Drakuli za piecem. W zasadzie nie miałbym nic przeciwko temu, aby w tym malowniczym przybytku osiedlić się na stałe i zapuścić tutaj korzenie.

Niestety jednak, życie w drodze rządzi się swoimi prawami, a czasomierz delikatnie daje do zrozumienia, iż chyba już czas ruszać w dalszą trasę. Plątaniną schodów schodzimy zatem z dachowego tarasu na ziemię i wolnym krokiem spacerujemy w kierunku czekającej na nas na parkingu rzeczywistości.

Wraz z motocyklami czeka na nas Śmiechu, który poświęcając się dla dobra ogółu na ochotnika zgodził się pilnować, aby pod naszą nieobecność rumaki się nie rozpierzchły. Dzięki temu również, podczas zwiedzania nie musieliśmy dźwigać naszych tobołków, tym bardziej jego zasługi dla kolektywu z pewnością nie pójdą w niepamięć.

Znów awaria!

Bilans dzisiejszego dnia, jak do tej pory prezentuje się całkiem przyzwoicie. Pomimo faktu, iż wciąż jeszcze jest wczesne popołudnie, udało nam się już dotrzeć do zamku, a nawet dogłębnie go zwiedzić. Do granicy pozostało nam niespełna pół tysiąca kilometrów, jednakże szanse opuszczenia Rumunii jeszcze dziś, są dosyć mizerne. Nie zniechęcamy się jednak i korzystając z ładnej pogody ostro ciśniemy, co koń wyskoczy.

Co prawda faktycznie dzisiaj nie pada, nie znaczy to jednak, iż miałoby nam całkiem zabraknąć atrakcji. W pewnym momencie, z nadjeżdżającej z naprzeciwka ciężarówki, na jakiejś nierówności podrywa się chmura żwiru i niczym rycerz wyzywający przeciwnika na pojedynek, z pełnym impetem rzuca kamienną rękawicą wprost w moje wystające z orzeszka oblicze. Nagle czuję się jak zając… Co tam zając! Jak Kogut postrzelony w twarz z dubeltówki. Mój adwersarz natomiast, wbrew wszelkim zasadom rycerskiego honoru, postanawia jednak uniknąć starcia i czym prędzej odjeżdża w siną dal. Pozostaje jedynie wspomnieniem w postaci wypisanego na mojej twarzy, cętkowanego rumieńca, przypominając również dobitnie o przydatności motocyklowych gogli. Lekki posmak żwiru na twarzy powoduje, iż mimo braku strug orzeźwiającego deszczu, obmywających moją facjatę znów czuję, że żyję.

Felerna procesjaŻycie natomiast powoli zaczyna opuszczać innego uczestnika wyprawy, a właściwie jego maszynę. Podczas gdy po wskoczeniu na autostradę, mkniemy sobie w najlepsze i kilometrów zaczyna coraz szybciej ubywać, jeden z naszych kompanów znika w tylnym lusterku i długo się nie pojawia. Zawracamy zatem i udajemy się na poszukiwania. Okazuje się, iż motocykl Rzepy odmówił posłuszeństwa, a silnik wydaje niezbyt artykułowane, przypominające nieco odgłosy sieczkarni, dźwięki. Chciałoby się rzec: mocy przybywaj! Jednakże rumak pozostaje głuchy na nasze zaklęcia i mocą nijaką bynajmniej nie dysponuje. Nie pozostaje nam nic innego, jak tylko przystąpić do reanimacji. Zaczynamy dociekać i wgryzać się w problem, a wszystkie znaki (nie koniecznie na niebie) wskazują na awarię układu rozrządu. Grzebiąc w silniku nasze ręce robią się coraz ciemniejsze, a po jakimś czasie za ich przykładem idzie również przyświecające nam jasne niebo, brudząc się coraz bardziej i przykrywając całą okolicę mrokiem. Niestety silnik nadaje się tylko do remontu. Wobec takiej, a nie innej diagnozy oraz późnej godziny postanawiamy dowlec się ślimaczym tempem do najbliższej miejscowości, utylizując w tym celu pobocze i pośród ciemności, migając plejadą świateł awaryjnych, niczym żółwia dyskoteka docieramy do Cluj-Napoca, gdzie pod hotelem ranny wierzchowiec definitywnie wydaje ostatnie tchnienie.

Pożegnanie „Jadwigi”

Cóż pozostaje nam robić? Po rozważeniu wszystkich opcji Rzepa podejmuje trudną, lecz nieuniknioną decyzję o pozostawieniu dzielnego rumaka w Rumunii. Pakujemy zatem pozbawionego życia towarzysza na zamówioną lawetę, która odtransportuje motocykl do warsztatu naszego nowo poznanego kolegi Marcina w Bukareszcie. Dalsze losy zależne będą od kosztów naprawy oraz transportu i mogą zakończyć się albo przywróceniem maszyny do życia i powrotem do ojczyzny, tudzież odsprzedaniem pojazdu na tutejszym rynku, lub też, co bardziej prawdopodobne, sprzedażą Yamahy na części i wysłaniem jej duszy do Valhalli. Tak więc, pośród pożegnalnych toastów odprowadzamy wzrokiem poległego na polu chwały wojownika, który na platformie pomocy drogowej, niczym bohater na karawanie odjeżdża w swą ostatnią podróż. I mimo, iż już nie słychać dziarskiego burczenia silnika, Jadwiga stoi dumnie wyprostowana, z godnością unosząc w górę swe bliźniacze, aczkolwiek pozbawione światła reflektory. W myślach, z wyimaginowanych łuków miotamy ogniste strzały, aby oświetlić jej mroczny rejs w zaświaty.

Smutna jest to okazja, niemniej jednak okazja, a każdy pretekst jest dobry, aby na otarcie łez wychylić jakieś lokalne piwerko tym bardziej, iż jest to nasza ostatnia noc na rumuńskiej ziemi, a tym samym ostatnia szansa, żeby umoczyć wąsy w tutejszej piwnej pianie. Poniekąd sprzyja to zresztą odwiecznej tradycji kolonii letnich, gdzie podczas tzw. „zielonej nocy” królował zwyczaj robienia psikusów oraz smarowania śpiącym kolegom twarzy pastą do zębów. Co prawda nas już nie bawią takie dziecinne igraszki, niemniej wąsy od piwa zdobiące roześmiane oblicza są jak najbardziej na miejscu.

„Kupa Śmiechu Ekspedyszyn”

A trzeba przyznać, iż morale załogi wraz z upływem wieczoru podnosi się diametralnie zwłaszcza, gdy wychodzi na jaw, że to jeszcze nie koniec dzisiejszych atrakcji. Do litanii wzniosłych okoliczności dołącza bowiem kolejny powód do świętowania, a mianowicie „Czarna”, czyli Bogna, zaprasza nas nagle, z tak zwanej niespodzianki na swe, jak się okazuje dzisiejsze, urodziny. Wbijamy się zatem na nocną nasiadówkę, i pośród wspomnień i głośnej kontemplacji dzielimy się wrażeniami z dotychczasowej podróży. Pomimo wielu perypetii oraz przeciwności losu humory nam całkiem dopisują, a w miarę upływu czasu impreza się nieźle rozkręca i śmiechom nie ma końca. Śmiech „Śmiecha” jest zresztą mocno zaraźliwy działając na wszystkich jak zapalnik na bombę i raz po raz, z coraz większą częstotliwością (że o mocy nie wspomnę) wszyscy po kolei wybuchamy coraz głośniejszym oraz trudniejszym do powstrzymania rechotem. Gromka lawina wesołości rozchodzi się wieczorową porą, niesiona głębokim echem po całej okolicy. Odnosimy wrażenie, iż sam Drakula uśmiecha się gdzieś pośród mroku, podsuwając nam jednocześnie sugestię jak oficjalnie nazwać naszą eskapadę. Zgodnym głosem, niczym orkiestra grająca na tą samą nutę, ogłaszamy wszem i wobec, iż nasza wyprawa do Transylwanii od dziś nosi miano: „Kupa Śmiechu Ekspedyszyn”. I tym oto wesołym akcentem kończymy ostatni wieczór naszej ekspedycji.

Poranne przegrupowaniePoranek wita nas tak, jakbyśmy byli mocno spragnieni, czyli kapiącą z nieba wodą. Już podczas pakowania motocykli czujemy się rześko, chłodno i wilgotno. Mimo, iż tutejsze czworonogi wciąż wydają się być dosyć senne, psia pogoda towarzyszy nam dziś od samiusieńkiego rana. Wygląda więc na to, że po jednym dniu suchej jazdy wszystko powoli wraca do normy i bez kombinezonów przeciwdeszczowych znów raczej się nie obejdzie. Jeszcze tylko małe przegrupowanie, gdyż po utracie jednego rumaka jesteśmy w plecy jedno siodło i jakieś dwa koła, natomiast stan pogłowia wśród jeźdźców na szczęście w dalszym ciągu pozostaje w normie, toteż musimy się jakoś podzielić bagażem kolegi… I nie chodzi tutaj bynajmniej o dzielenie skóry na niedźwiedziu, gdyż Rzepa w dalszym ciągu podróżuje z nami goszcząc zaokrętowany na jednym z naszych potężniejszych liniowców. Skoro zatem zagadnienia logistyczne mamy już z głowy nie pozostaje nam nic innego, jak tylko, niczym Dorotka w Krainie Oz, zamknąć oczy i stuknąć trzy razy obcasami, aby znaleźć się w domu…

Żegnajcie cygańskie pałacyki…Niestety okazuje się, iż ten magiczny rytuał w rzeczywistości zupełnie nie działa, a jedyny użytek jaki możemy zrobić z naszych obcasów to stuknąć nimi o dźwignię zmiany biegów włączając jedynkę, która obudzi przytulone do asfaltu opony wprawiając w ruch nasze jednośladowe lokomotywy. „Para – buch! Koła - w ruch! Najpierw powoli, jak żółw ociężale, ruszyły maszyny po szynach ospale…” O ile reszta stada przybiera poważnie na prędkości, mój Harry staruszek jakoś nie może dziś dojść do siebie. „I choćby przyszło tysiąc atletów i każdy zjadłby tysiąc kotletów…” Innymi słowy, choćbym nie wiem jak się wytężał szturchając go obcasami, moje ostrogi nie są w stanie dobudzić śpiącego królewicza. Coś niedobrego dzieje się ze skrzynią biegów i mimo, iż redukcja, czyli wrzucanie niższych biegów przebiega dosyć sprawnie, wzniesienie lotów na wyższe przełożenia zaczyna przypominać nie lada wyzwanie. Mówiąc bez zbędnych ogródek, zjawisko to wypadałoby opisać w sposób nieco bardziej dosadny, a mianowicie, mówiąc językiem kulinarnym, dramatyzm sytuacji byłyby w stanie oddać takie przyprawy jak pieprz czy też chrzan, natomiast rzucając grubszym mięsem można by zaryzykować stwierdzenie, iż skrzynia biegów zaczęła się po prostu kiełbasić. Sprawa pachnie poważniejszym remontem i niestety doraźnie nie da się tutaj nic zaradzić. Nie pozostaje mi nic innego, jak tylko kopać z uporem maniaka w lewarek i mieć nadzieję, iż zębatki wskoczą w końcu na swe należne miejsce. Niestety, z jazdą na niższych biegach nierozerwalnie wiąże się spory wzrost zużycia paliwa, a wiry w baku zmuszają do znacznie częstszych tankowań. Chciałoby się wręcz krzyknąć: Panie pilocie! Dziura w samolocie!

Mokre serpentyny…Dziś wracamy do domu. Do pokonania mamy równiutkie 600km. Równiutkie, aczkolwiek dosyć kręte, gdyż jak dotąd cały czas jedziemy górskimi serpentynami. GPS znów uparcie prowadzi nas poprzez „deszcze niespokojne”, dodatkowo okraszone lekką nutką gradowej dekadencji i choć apetyczne agrafki wręcz krzyczą: „składajcie się w nasze ciasne zakrętasy!”, na mokrej nawierzchni zmuszeni jesteśmy powściągnąć ułańską fantazję, nie dając się wodzić ostrym „winklom” na pokuszenie. Borykając się z ekwilibrystyką zmiany biegów, wraz z każdym zakrętem, jakby po schodach wspinamy się z wolna na kolejne, coraz to wyższe pułapy, aż niepostrzeżenie nasze głowy, niczym rozgrzany nóż zagłębiający się w kostkę masła, gładko zanurzają się w skradający się pomiędzy drzewami i osiadający na krzaczastych pagórkach chmurzasty sufit.

Na szczęście sklepienie niebieskie, a właściwie szarobiałe twardością zbytnio nie grzeszy, a wręcz przeciwnie, jest miękkie jak aksamit. Lecz gdyby nawet chmury były z litego betonu, wszakże kaski motocyklowe solidnie chronią nasze makówki przed ewentualnym impaktem. Po chwili już cali, wraz z motocyklami, bujamy w obłokach pełznąc gęsiego niczym zjawy majaczące pośród wszechobecnej mgły. Matka Natura, jak wytwornica dymu na dyskotece pompuje mistyczną atmosferę, a mokry asfalt błyszczy niczym wypolerowany do tańca parkiet. Aż dziw bierze, iż nasze motocykle nie zaczęły jeszcze wywijać żadnego breakdance’a, aczkolwiek taneczny krok naszej formacji trąci poniekąd studniówkowym polonezem. Skoro już o bankiecie mowa, przydałoby się przekąsić jakieś małe co nieco zwłaszcza, iż jest to ostatnia okazja na rumuńskie jedzenie. Tuż przed granicą nasza karawana skręca do przydrożnego zajazdu, gdzie już po chwili grzejemy się w suchej oazie restauracji.

„Siedzą, piją, lulki palą…”„Jedzą, piją, lulki palą…” Co prawda „ta karczma Rzym się…” z całą pewnością nie nazywa, niemniej wszyscy łącznie z kelnerami namiętnie palą w sali jadalnej papierosy. Zakaz palenia? Na pewno nie w Rumunii! Czy to sklep, czy też stacja benzynowa, czy nawet restauracja, papieros w ustach personelu wydaje się być nieodłącznym elementem rumuńskiego krajobrazu. Biorąc pod uwagę wiszącą w powietrzu siekierę, może na zewnątrz to jednak nie były chmury? W zaistniałych okolicznościach, mimo, iż prawie nikt z nas nie pali, czujemy się wręcz zobligowani do podtrzymania tej wciąż dymiącej tradycji i rytualnego wypalenia do obiadu przynajmniej jednego papierosa. Przypomina to podróż nie tylko w przestrzeni, lecz również cofnięcie się w czasie. Czujemy się jak w starym filmie, gdzie w barze mlecznym nad stołami w powietrzu, zawijasami z siwego dymu, delikatne powiewy malują najprzeróżniejsze pejzaże.

Prosto, w stronę światła…Po posiłku oraz kultywacji jakże anachronicznych, a w gruncie rzeczy starożytnych zwyczajów inhalacji tytoniem, jedyny dym, jakim wciąż kadzimy rumuńską atmosferę to spaliny naszych motocykli, które zresztą po przekroczeniu granicy węgierskiej są coraz skuteczniej rozpędzane przez nasilające się wietrzysko i tym razem bynajmniej nie chodzi tu o wichry historii. Ledwie wjechaliśmy do krainy naszych bratanków, a miejsce deszczu momentalnie zajęły pędzące niczym na Jowiszu wichury. Uciekliśmy co prawda chmurom, niemniej wiatr konsekwentnie próbuje popchnąć je naszym śladem, nadymając żagle płynących po nieboskłonie jak okręty wojenne obłoków.

Węgierskie nieboNie jest do końca jasne, czy burza utknęła na granicy z powodu braku paszportu, czy też po prostu metalowy tabun rączych rumaków prześcignął w końcu naburmuszonego adwersarza. Jedno jest pewne: złowrogi front atmosferyczny wciąż zdaje się deptać nam po piętach, tudzież motocyklowych oponach, a nagłe porywy wiatru miotające jednośladami na boki wcale nie ułatwiają ucieczki. To, co dla żeglarzy byłoby prawdopodobnie błogosławieństwem dla nas jest nie lada udręką. Na szczęście przynajmniej droga jest prosta, gdyż niebiosa na pocieszenie podarowały nam dziś autostradę.

Malownicza arteria wiedzie poprzez zielone równiny, a my prowadzeni promieniami zachodzącego słońca przecinamy Węgry zmierzając w stronę Słowacji. Aby jednak życie nie wydawało nam się zbyt monotonne i pozbawione perypetii, wraz z nastaniem zmroku, częściowo również w wyniku dającego się już we znaki zmęczenia powstaje mały ambaras.

Ostatnie wspólne zdjęcie

Z powodu tankowania oraz związanego z tym zamieszania ekipa rozszczepia się na trzy oddzielne grupy. Fortunnym trafem do granicy prowadzi stąd tylko jedna trasa i wszyscy z powrotem odnajdujemy się w Koszycach, już na słowackiej ziemi. O ile poprzednia rozłąka była zupełnie nieplanowana, o tyle tym razem nasze drogi wkrótce rozwidlą się na dobre. Żegnamy się więc na tym ostatnim wspólnym postoju i wyruszamy wciąż jeszcze wspólnie, aby za Preszowem ostatecznie rozdzielić się na dwie grupy. Jeszcze ostatnie klaksony oraz tzw. „lewa w górę” i rozjeżdżamy się w dwie różne strony. Chciałoby się rzec: panie na prawo, panowie na lewo… Jednakże w rzeczywistości obie grupy są przemieszane. Zatem cztery motocykle pędzą w kierunku przejścia granicznego Konieczna-Becherov i dalej w różne części Polski. Miejscowość brzmi jakby znajomo, aczkolwiek oprócz zbieżności nazw nic jej nie łączy z kultową nalewką Becherovką. Na pozostałych dwóch motocyklach, wraz ze Śmiechem lecimy na przejście w Barwinku, skąd Łukasz odjeżdża samotnie w siną bieszczadzką dal, a ja wraz siostrą w ciemnościach pokonuję ostatnie sto kilometrów. Do Bratkowic, czyli do domu docieramy zmarznięci na kość około 3ciej nad ranem. Resztkami sił wpychamy, równie jak my wykończonego wierzchowca do garażu i momentalnie padamy na twarz. Jutro będzie czas na spokojne rozpakowanie…

GAME OVERPo tygodniu jazdy na oklep, podziwiania pięknych widoków oraz zwiedzania równie urokliwych, jak również sędziwych zamków i warowni, pośród deszczy i wichur zawinęliśmy w końcu do portu. Było przepięknie, można powiedzieć: wręcz bajecznie! Prawie jak w baśni o Królowej Śniegu tylko, że zamiast śniegu był deszcz, a zamiast królowej… No cóż, królowej właściwie nie było, może natknę się na nią podczas krótkiego pobytu w Szwecji, w trakcie drogi powrotnej do Stanów, ale to już zupełnie inna bajka…

Żegnamy Panie Hrabio i dziękujemy za gościnę!Wracając jednak do Rumunii, było zimno, mokro i do domu daleko. No, ale cóż… Albo wygoda, albo przygoda. Dla nas wybór był oczywisty i trzeba przyznać, iż przedzieranie się poprzez pokryte chmurami górskie przełęcze, podczas deszczu i gradobicia, daje swoistą satysfakcję. W końcu wybraliśmy się na tą włóczęgę, aby stawiać czoła wyzwaniom i nieprzerwanie brnąć dalej do przodu. Czy to kłody rzucane nam pod nogi przez matkę naturę, czy też problemy techniczne z motocyklami, nic nie zdołało nas zatrzymać i niczym walec drogowy wytrwale toczyliśmy się przez Rumunię. A trzeba przyznać, że i tym razem problemów sprzętowych nie zabrakło.

Mój Harley, mimo, iż nie tak wiekowy jak Drakula, do młodzików raczej się nie zalicza. Jego podeszły wiek, sprzyjał zatem awariom, które w przeciwieństwie do legendarnego wampira, bynajmniej same nie miały ochoty się uleczyć jednakże, mimo kilku przypadłości, mój „Sportsterzyk” jakoś doczłapał szczęśliwie do celu. Nie wszyscy uczestnicy naszego wypadu mieli jednak tyle szczęścia. Pod koniec wyprawy jeden z motocykli, który notabene przyjechał do Rumuni na kołach aż z odległej Irlandii, niestety wyzionął ducha i został już na wieki wieków w Transylwanii.

Zalane ulice Bukaresztu, tuż po naszym wyjeździe. (Fot. M. Kiesinski)

Mimo ciężkich warunków pogodowych udało nam się wykonać większość zaplanowanej trasy, a i wyglądające z rzadka zza chmurki słonko dało nam szansę, choć troszkę posmakować przepięknych górskich widoków. Udało nam się odwiedzić stolicę Rumunii Bukareszt, jak również cytadelę Fogarasz. Dotarliśmy także do tzw. zamku Drakuli w okolicach Braszowa. Wyjazd ten obfitował również w liczne akcenty motocyklowe. W Arad zostaliśmy bardzo hucznie przyjęci przez tutejszy klub motocyklowy Burnout MC, natomiast w Fogarasz godnie ugościło nas motocyklowe małżeństwo, a zarazem organizatorzy zlotu Transylvanian Bike Week, czyli Carmen i Adrian. W Bukareszcie zupełnie przypadkiem spotkaliśmy polskiego motocyklistę Marcina, który mieszka i pracuje w rumuńskiej stolicy. Dzięki niemu udało nam się również odwiedzić tutejszą knajpkę motocyklową, jak również przejechać obfitującą w piękne łuki górską trasę widokową oraz spędzić noc w motocyklowym zajeździe w górach.

Reasumując, Rumunia to raj dla motocykli niemniej, aby w pełni nacieszyć się pogodą najlepiej wybrać się tam w sezonie letnim. Dla nas była to wyprawa rozpoczynająca tegoroczny sezon motocyklowy. Była to jednocześnie rozgrzewka przed nadchodzącymi w tym roku wyprawami, które będą znacznie bardziej wymagające. Oby następnym razem pogoda dopisała, gdyż po powrocie do domu, w polskiej telewizji usłyszałem następujące meteorologiczne podsumowanie jakby naszej wyprawy: „W ubiegły weekend najwięcej deszczu spadło w Rumunii”. Nie ma to jak zgranie odpowiedniego terminu wyprawy w pełnej koordynacji z kaprysami natury. I pomyśleć, iż swego czasu udało się przejechać suchą nogą Irlandię, która to zresztą uchodzi za „Krainę Deszczowców”. W tym roku najwidoczniej Transylwania spróbowała odebrać Zielonej Wyspie to zaszczytne miano.

Grzegorz Kogut - www.motokogut.com

EAGLE KNIGHTS

Oddział Nowy Jork, www.eagleknights.org

 

Kategoria: Podróże > Podróże Eagle Knights

Data publikacji: 2016-08-03

Baner
Baner
Ogłoszenia/classifieds
Ogłoszenia Zobacz ogłoszenia >>
Baner
Baner
Baner
Baner
Plus Festiwal

Podoba Ci się nasza strona?
Polub nasz profil na Facebooku.