PLUS

Baner

Kogut na tropie Drakuli - cz.1

Kogut na tropie Drakuli - cz.1

... tym razem Grzegorz wraz z Eagle Knights i przyjaciółmi wyrusza na podbój intrygującej i mrocznej Transylwanii.

Był kwiecień, Anno Domini 2014. Mimo, iż pogoda wciąż jeszcze na to nie wskazywała, niemniej nieuchronnie, wielkimi krokami zbliżał się nowy sezon motocyklowy, a wraz z nim pierwsza oficjalna wyprawa klubu motocyklowego EAGLE KNIGHTS, czyli kwietniowo - majowy wyjazd do Rumunii. Początkowo miał być to mały samotny wypadzik na jednym motocyklu jednakże, gdy wieści o moich planach rozniosły się nieco, do grona uczestników wyprawy postanowiło dołączyć kilku klubowiczów oraz motocyklowych przyjaciół z różnych zakamarków Polski, jak również z Austrii, Irlandii i USA. I takim oto prostym sposobem moja skromna przejażdżka urosła do rangi oficjalnego klubowego wyjazdu, podczas którego polskie barwy godnie reprezentowało dziesięciu uczestników na siedmiu motocyklach.

Po przylocie do Polski, od razu zabrałem się za przygotowania. Najpierw zatem wybór odpowiedniego motocykla oraz właściwa jego preparacja. Ponieważ w Rumunii gór oraz malowniczych górskich serpentyn raczej nie brakuje, cała trasa przebiegać miała głównie drogami asfaltowymi. Wybór rumaka okazał się więc oczywisty. Skoro zapuszczamy się w rodzinne strony legendarnego Drakuli, na wyprawę wypadałoby ruszyć również na nie mniejszej legendzie, tym razem jednak amerykańskiej. Mowa tu oczywiście o dostojnym, choć mniej krwiożerczym od Vlada Palownika, Harley'u Davidson'ie.

Bratkowice - preludium transylwańskiej przygody...Po osiodłaniu mojego Harley'a wyruszam zatem z okolic Rzeszowa, a konkretniej z moich rodzinnych Bratkowic i wraz z siostrą Katarzyną na tylnej kanapie mego "Harasia" XLH 1200C oraz kolegą Tomkiem Rybakiem dosiadającym swej "Jadwigi", czyli Yamahy XT 660R, rozpoczynamy pierwszy rozdział naszej wyprawy uderzając dwoma motocyklami na południe w kierunku Bieszczad i przejścia granicznego Barwinek. Zanim jednak dotrzemy do słowackiej granicy planujemy połączyć swe siły z resztą naszej wesołej brygady, która zgodnie z rozkładem jazdy dołączy do nas w bieszczadzkiej Dukli.

Jeźdźcy, jak rwące górskie strumyki nadciągną tam z trzech stron świata, aby już wspólnie niczym wody wielkiej wzburzonej rzeki podążyć w kierunku czwartym. Tak więc, podczas gdy my nadciągamy z północy, ze wschodu nadjeżdża kolega o wiele mówiącej ksywce "Śmiechu", który specjalnie na tą okazję przycwałował tutaj na swym Drag Starze z położonej nad Dunajem krainy Habsburgów, słynącej między innymi z rozbrzmiewającej na tle usianych wiatrakowymi polami, spektakularnych alpejskich pejzaży, przepięknej muzyki Mozarta i Straussa, będącej niejako jednym z głównych znaków rozpoznawczych Austrii.

Trzecia składowa naszego dywizjonu nadciąga z zachodu i jest to najliczniejsze ogniwo tegoż motocyklowego łańcucha. Ludziska z Poznania, Krakowa, Tarnowa oraz Zelowa, jak również z Chicago zjechali się w przeddzień wyjazdu do podtarnowskiego Skrzyszowa, skąd wspólnie wyruszyć mieli na nasze "randez vous" w Dukli. Niestety "Rzepa", kolega z Irlandii, próbując uzupełnić swą szacowną osobą ostatni brakujący komponent naszej reprezentacji, pomiędzy kroplami deszczu wciąż galopuje na swym rumaku gdzieś przez germańskie terytorium. Okazuje się, że przejechanie ponad 2500km z „Zielonej Wyspy” do Polski motocyklem w rzęsistych ulewach może zająć nieco więcej czasu niż ambitnie zaplanowane dwie doby, nawet jeśli jedzie się niemal bez snu non stop i aby zgrać nasze położenie w czasie i przestrzeni Robert zmuszony jest do zmiany planu oraz trajektorii, czyli wyznaczenia nowego kursu przechwytującego tak, aby kolejnego dnia dorwać naszą zgraję gdzieś na terenie Węgier.

Bieszczadzkie serpentyny.Jest takie stare przysłowie: "Nieszczęścia chodzą parami". I mimo, iż nie jestem zbyt zabobonny, a może właśnie dlatego, życie postanowiło, że skoro Rzepa podczas jazdy napotkał małe komplikacje, dlaczegóż by również i mi nie spłatać małego figla. Jeszcze nawet dobrze nie zdążyliśmy zaciągnąć się świeżym bieszczadzkim powietrzem, gdy mój rumak zaczął się nim jakby krztusić i dławić. Podczas gdy moja ręka na manetce gazu próbuje w niemym krzyku wydać motocyklowi komendę "Wio!", jakaś diabelska siła nieczysta, niczym grawitacja czarnej dziury ciągnie do tyłu za lejce zwalniając go i egzekwując komendę "Prr!". I choćby nie wiem jakby wytężać słuch, komend tych nie sposób usłyszeć. Słychać natomiast donośne i niezbyt dobrze wróżące chrobotanie w okolicach mojego sprzęgła. Sprzęgła, które nagle odmówiło posłuszeństwa, a jak powszechnie wiadomo, co nagle to po diable i motocykl mówiąc bez ogródek po prostu zdechł, wydając swe ostatnie tchnienie w miejscowości o dostojnej nazwie Miejsce Piastowe.

Niestety, ni mniej ni więcej oznacza to, iż również nam nie udało się dotrzeć do miejsca spotkania z resztą naszej braci. Wyprawa jeszcze na dobre się nie rozpoczęła, a my już w przedbiegach mamy jedną motocyklową padlinę. Co prawda nie ma z nami egzorcysty, który wypędziłby złego ducha prześladującego mego jednoślada, ani uzdrowiciela, który przywróciłby memu zwiędłemu wierzchowcowi siły witalne, ale jest za to mechanik i to całkiem niezły. Tomek, na co dzień naprawia samoloty pasażerskie, więc z całą pewnością również i tu coś zaradzi, dodając memu uziemionemu rumakowi skrzydeł. W końcu Airbus nie różni się chyba tak bardzo od Harley'a... Zakasać rękawy zatem czas.

Remont przez duże "R".Po zdjęciu dekla z silnika oczom naszym ukazało się szczerbate łożysko uśmiechające się do nas szyderczo swym wybrakowanym uzębieniem, a właściwie nielicznymi pozostałościami kulek łożyskowych, gdyż w istocie było to łożysko, a nie szczerbate koło zębate. Pewne swej szelmowskiej intrygi, siedząc głęboko i na pierwszy rzut oka niedostępnie jak zamek Drakuli na szczycie wzgórza w okolicach Braszowa, wymagało nie lada pomysłowości, aby zdobyć tą twierdzę tylko dla orłów. W obliczu braku specjalistycznych narzędzi z pomocą przyszedł korkociąg, który zawsze powinien być nieodłączną częścią składową podróżniczego ekwipunku tym bardziej, jeśli trasa wyprawy przebiegać ma w okolicach węgierskich winiarni.

Do arsenału narzędziowego oprócz kluczy i korkociągu podczas procesu rekonstrukcji układu przeniesienia napędu dołączył z czasem prozaiczny nóż, wazelina oraz znaleziona nieopodal cegła, która godnie zastąpiła młotek. Narzędzia to jednak nie wszystko zwłaszcza, że części zamiennych próżno by szukać w przydrożnym rowie. Dziwnym natomiast zrządzeniem losu okazało się, że zabrałem ze sobą zapasowe łożysko, pomimo, iż o ile mi wiadomo, do grona jasnowidzów bynajmniej się nie zaliczam. Podczas gdy my w pocie czoła przywracamy maszynę do zdrowia, nasza znudzona już czekaniem drużyna postanawia wyjechać nam na spotkanie i cofając się w naszym kierunku znajduje nas na stacji benzynowej umorusanych po łokcie w smarach. Dobry humor jednakże nas nie opuszcza, a wraz ze wsparciem duchowym, które właśnie zasiliło nasze szeregi, naprawę kończymy w naprawdę ekspresowym tempie, zresztą ku niemałej uciesze miejscowej elity chłodzącej się przy sklepie browarkiem i czujnym okiem nadzorującej cały czas nasze zmagania. W obliczu zwycięstwa nie pozostaje nam nic innego jak tylko wsiąść na rumaki i w myśl zasady "kupą, mości Panowie" uformować szyk motocyklowy i ruszyć w dół na południe. Drżyjcie węgierskie winnice...

Witamy na Słowacji!

Wreszcie wszystko zaczyna układać się po naszej myśli. Sprzęgło hula jak nowe, a otoczony zielenią motocykl gna poprzez bieszczadzkie pagórki niczym Struś Pędziwiatr po srebrnym ekranie, gdzie zamiast typowego dla starych kreskówek, symfonicznego akompaniamentu grzmią gromko puste motocyklowe wydechy, których decybele niesione echem poprzez okoliczne doliny rozbrzmiewają niczym donośny ryk lwa oznaczającego swe terytorium. My jednak na tym terenie jesteśmy tylko przelotnie i wielkimi susami zmierzamy w stronę słowackiej granicy.

Przejście graniczne wita nas pustymi bramkami oraz budynkami i innymi pozostałościami granicznej infrastruktury. Miejsce to zresztą darzę niemałym sentymentem. Całość przywodzi na myśl wyjazdy na Słowację sprzed dwudziestu lat, gdy eskapady na drugą stronę po znacznie tańsze trunki nie należały wcale do rzadkości, a wyczuleni na "przygraniczne mrówki" celnicy pieczołowicie przeliczali nam upchnięte w motocyklowych sakwach piwa.

Oj, będzie lało...Dziś przejście to ma czysto umowny i symboliczny charakter, a płynność przejazdu do złudzenia przypomina przekraczanie granic międzystanowych w USA i gdyby nie stare budynki, łatwo byłoby przeoczyć tą wiekopomną chwilę. Jest oczywiście również i wielka tablica z napisem "SLOVENSKO", przy której nie może zabraknąć pamiątkowego zdjęcia, do czego w sumie sprowadzają się tu nasze graniczne formalności. Po zakończeniu części oficjalnej, a właściwie to może artystycznej, gdyż fotografika to również forma sztuki, ruszamy dalej poprzez słowacką krainę.

Pierwsze wrażenia pozytywne, aczkolwiek czarna ściana deszczu na horyzoncie nie zapowiada, iż będzie zbyt różowo zwłaszcza, że z każdym zakrętem i skrzyżowaniem, bezlitosny GPS konsekwentnie prowadzi nas w stronę ulewy. Droga wije się pomiędzy pokrytymi białym kwieciem, bujnie kwitnącymi o tej porze roku drzewami i mimo, iż skojarzenia są raczej jednoznaczne burza, w którą w końcu wjeżdżamy nie jest bynajmniej śnieżną nawałnicą. Nie pozostaje nam zatem nic innego, jak tylko przyodziać przeciwdeszczowe skafandry i peleryny, krzyknąć w duchu "Ja sem netoperek!" i pośród rzęsistych opadów pogalopować w dalszą drogę. Kombinezony zresztą doskonale spełniają swe zadanie, natomiast jazda w otwartym kasku, tzw. orzeszku, dostarcza dodatkowo niezapomnianych atrakcji. Momentami grad usuwa martwy naskórek z mej obficie zwilżonej twarzy, mocno siekając mą facjatę, niczym rolnik siekający ziemię motyką. Nie przymierzając, czuję się jak podczas wizyty u kosmetyczki, no ale w końcu jestem na wakacjach i mały relaks oraz wizyta w SPA należą mi się jak chłopu ziemia. Brakuje tylko solarium, albowiem gogle na oczach już mam. I całe szczęście, gdyż dosyć skutecznie chronią one moje narządy wzrokowe przed impaktem gradowych mini meteorytów, próbujących zamienić me oczodoły w ziejące pustką kratery.

Tokajski Region WiniarskiNa Węgry wjeżdżamy znów całkiem dyskretnie i bezszelestnie, jeśli nie liczyć szmeru ulewy oraz gazów spalinowych beztrosko szeleszczących w naszych motocyklowych tłumikach i rozchodzących się po okolicy niczym aromat pieczonej na ognisku kiełbasy. Co prawda nie dymimy tak bardzo jak ognisko, niemniej wykopcone przez nas obłoki wydają się przyciągać deszczowe chmury, które po pewnym czasie pozostają jedynie wspomnieniem, a jedyną pamiątką tej drobnej niedogodności jest pejzaż malowany siwym dymem spalin na tle ciemnej ściany deszczu obserwowanej przez nas już tylko w lusterkach wstecznych. 

Dalszą drogę zaczynają nam w końcu rozświetlać promienie słońca, które nagle postanowiło się z nami zaprzyjaźnić i szczodrze obdarować nas swym osuszającym z deszczowej wilgoci ciepłem, podnosząc przy tym dodatkowo walory wzrokowe całej okolicy, za co zresztą jesteśmy w tym momencie nieskończenie wdzięczni, gdyż nie da się ukryć, iż zdecydowanie przyjemniej jedzie się poprzez ociekające zielenią oraz oświetlone słonecznym blaskiem krajobrazy, a fakt, iż nie kulimy się już na naszych motocyklach jak zmokłe kury, czy też Koguty, również nie przeszkadza nam zbytnio. Wręcz przeciwnie, w końcu zaczynamy odczuwać przyjemność z jazdy. W lekką konsternację natomiast wprawiają nas znaki z nazwami miejscowości oraz wszelkie napisy na sklepach, które mimowolnie próbujemy odczytać. Na szczęście tylko przy pomocy oczu i niemej recytacji w głowie, gdyż jakakolwiek próba wymowy mogłaby grozić trwałym i nieodwracalnym połamaniem języka.

TokajW pewnym momencie zaczynamy odczuwać ledwie zauważalną dla wzroku zmianę w krajobrazie i mimo, iż okolica wciąż serwuje nam miłe dla oka, pełne zieleni pejzaże, widać tu nieco sztucznego porządku, jakby nie do końca zaprojektowanej przez naturę harmonii. Pagórki poznaczone równymi jak szyk motocyklowy rzędami drzewek oraz krzewów sygnalizują nam dyskretnie, że wjechaliśmy do krainy miodem i winem płynącej i choć jesteśmy na Węgrzech to bynajmniej nie śliwki węgierki, a winogrona porastają bujnie tutejsze zagony. Pojawiające się tu i ówdzie gigantyczne repliki butelek reklamujące lokalne winiarnie również utwierdzają nas w przekonaniu, iż podążamy we właściwym kierunku. W końcu na horyzoncie pojawia się historyczne miasteczko Tokaj, czyli stolica tokajskiego regionu winiarskiego, a zarazem cel naszej dzisiejszej podróży.

W Tokaju generalnie zgubić się byłoby niełatwo. Droga od razu prowadzi nas do centrum miasteczka, gdzie znajduje się zabytkowy, jak również całkiem urokliwy ryneczek. Parkujemy zatem nasze poczciwe osiołki i udajemy się na małe zwiedzanie. Po namierzeniu pensjonatu cumujemy nasze maszyny na dobre, a ponieważ burczenie w brzuchu zaczyna zagłuszać motocyklowe silniki wyruszamy na poszukiwanie prawdziwego węgierskiego jadła. Okazuje się jednak, iż szczęście znów nam nie dopisuje i o tej porze wszystkie jadłodajnie niestety są już zamknięte. Zasięgnąwszy języka odnajdujemy jednak tą ostatnią, która wciąż jeszcze stoi dla nas otworem. Delektujemy się tutejszymi potrawami, które zresztą doskonale komponują się z bukietem smakowym tokajskiego wina, a trzeba przyznać, że tego ostatniego jest tutaj jakby bez liku.

Motocykliści są wszędzie...

My tu gadu-gadu, a tymczasem wieczorną ciszę nieoczekiwanie zakłóca jakże swojski dźwięk motocyklowego silnika, pyrkający gdzieś pośród opustoszałych o tej niewczesnej porze uliczek, przebijając się poprzez skrzypcowe popisy okolicznych świerszczy i próbując niejako zastąpić kontrabas w bujnej owadziej symfonii. Podziwiając kunszt wirtuoza zauważamy, iż choć nie ma on na sobie wykwintnego fraka, kamizelkę jego przyozdabia niemniej dostojne logo naszego klubu, a i motocykl wydaje się jakby nieobcy. Co więcej, jego instrument zdecydowanie nie zalicza się do sekcji instrumentów smyczkowych. Wręcz przeciwnie. Wszelkie znaki na niebie i na ziemi wydają się sugerować, że armatura rur wydechowych kwalifikuje go raczej do blaszanej sekcji dętej, czyli de facto do naszej bandy trębaczy. Nadmienić tu jednak należy, iż jak na kulturalnych koneserów trunków przystało, szlachetnych win nie pijemy tutaj na jakże rozpowszechniony w niektórych kręgach, tzw. hejnał.

Co prawda z Robertem faktycznie mieliśmy spotkać się na Węgrzech i mimo, iż Tokaj to bez dwóch zdań małe miasteczko, niemniej nie spodziewaliśmy się spotkać go tak po prostu na ulicy. Przypadki jednak najwyraźniej chodzą po ludziach i Rzepa trafił nam się tutaj jak nie przymierzając, ślepej kurze ziarno. A skoro już wpadł jak śliwka w kompot, na pewno bez gorącej strawy dalej go nie puścimy zwłaszcza, iż gnał co koń wyskoczy z dalekiej Irlandii i po trzech dniach jazdy w deszczu z pewnością przyda mu się coś na rozgrzewkę.
Toast za szczęśliwe spotkanie wzniesiemy jednak dopiero w naszym pensjonacie tym bardziej, iż gospodarz zaprasza do swej piwnicy z winami. A jeśli wina to sery. Niestety jednakże takich zakąsek pan domu w swej skarbnicy trunków nie serwuje. Na szczęście Rzepa staje tu na wysokości zadania i wyciąga z sakwy dwa worki oscypków. Pozornie niefortunna zmiana szlaku okazała się mieć również swe dobre strony i nowa trasa na azymut poprowadziła Roberta przez Zakopane.

Po burzliwym (dosłownie i w przenośni) dniu oraz wielu przygodach nasza kompania jest w końcu w komplecie. Z niektórymi uczestnikami wyprawy nie widzieliśmy się, można powiedzieć, kopę lat. Nie dziwi więc fakt, iż biesiada przy lampce wina wydaje się nieco przedłużać, a snucie opowieści i wspomnień przeciąga się do wczesnych godzin rannych. Tym bardziej nazajutrz budzimy się może nie ranni, lecz na pewno nieco wypompowani. Poranne siodłanie rumaków ujawnia ponadto, iż wypompowana jest również dętka w motocyklu Roberta. Najwyraźniej intensywna jazda przez pół Europy zebrała swoje żniwo, a rafka koła, niczym kombajn koszący łany żyta ścięła wentylek pechowej dętki tuż przy samej nasadzie. Kolejny dzień i kolejna awaria. Takiego uszkodzenia jednakże załatać zbytnio się nie da. Tu trzeba udać się do wyższej instancji. Zakład wulkanizatorski na szczęście znajduje się nieopodal. Po zakupieniu nowej dętki oraz zreperowaniu kapcia, maszyna osiąga pełną gotowość bojową. Mimo lekkiego opóźnienia, nie pozostaje nam zatem nic innego, jak tylko popędzić dalej poprzez węgierską krainę. "Ege Szege i do przodu" - to nasze dzisiejsze motto.

Koniec Strefy Schengen... Nawet obcięte pylony wydają się znikać w chmurach...Dziś tradycyjnie nawigacja kieruje nas w stronę najciemniejszej chmury złowrogo burmuszącej się na widnokręgu. I mimo, iż odnosimy wrażenie, że po naszym wyjeździe z Tokaju, prawdopodobnie nastała tam susza, nadciągająca nawałnica z pewnością będzie w stanie szybko uporać się z tym problemem tym bardziej, iż czarna ściana deszczu wydaje się pędzić nam na spotkanie i rychło dochodzi do naszego zderzenia. Na szczęście nie jest to mur z betonu, i wbrew powiedzeniu "głową ściany nie przebijesz", nasze uzbrojone w kaski czerepy wchodzą w obficie lecący z nieba wodospad niczym przysłowiowy nóż w masło, a znajdująca się pod sklepieniem mej czaszki mózgownica odbiera impulsy z kubków smakowych sygnalizujące, iż grad jest dziś równie smaczny jak wczoraj. Przynajmniej nie umrę z głodu, czy też pragnienia... Choć nigdy do końca nie wiadomo, gdyż jazda pośród chmur powoduje, iż przejście graniczne z Rumunią prezentuje się niczym wrota raju... No, ale na motocyklu raj jest wszędzie. Na dwóch kołach wiele do szczęścia nie potrzeba.

W tym miejscu opuszczamy Strefę Schengen, skończyło się zatem beztroskie przekraczanie granicy, a my niczym zwykli śmiertelnicy stoimy w kolejce przed bramą, gdzie zamiast kolejki duszyczek, petenci siedzą sucho i wygodnie w swych samochodach. Na szczęście paszport nie jest tu nieodzowny i aby przekroczyć tą magiczną granicę, Świętemu Piotrowi w mundurze celnika wystarcza jedynie dowód osobisty oraz dokumenty motocykla. Jeszcze tylko wymiana waluty w przygranicznym kantorze i śmiało wznawiamy naszą wędrówkę ludów.

Gotowi na podbój Rumunii...W Rumunii kierujemy się w stronę będącej jednym z największych miast tego kraju Timisoary, gdzie planujemy dziś nocny spoczynek. Droga prowadzi poprzez tutejsze wioski, a my powoli oswajamy się z rumuńskimi krajobrazami, jakby nie patrzeć, wciąż sowicie zakrapianymi deszczem. Powoli zaczyna się ściemniać i okazuje się, iż niefortunnie, moje gogle do jazdy nocnej w tajemniczych okolicznościach zaginęły podczas pakowania. Niestety człowiek w przeciwieństwie do konia, czy też innego wierzchowca, na co dzień nie biega z prędkością 100km/h, a co za tym idzie, ludzkie narządy wzrokowe nie wyewoluowały do patrzenia pod wiatr przy takiej prędkości. Eh, biednemu zawsze wiatr w oczy. Nie pozostaje mi zatem nic innego, jak tylko zakupić najjaśniejsze okulary przeciwsłoneczne, jakie będę w stanie znaleźć na pierwszej napotkanej stacji benzynowej i z ich pomocą kontynuować dalszą jazdę zwłaszcza, iż nawet podczas jazdy w nieznane, motocyklem nie da się jechać z zamkniętymi oczami.

Jak pomyślałem, tak też uczyniłem, a inwestycja zwróciła się w okamgnieniu. Tuż po zmroku, me osłonięte szkłem ślepia, niczym systemy wczesnego ostrzegania wypatrzyły biegnącego nam na spotkanie czarnego konia, który nie bacząc na zasady ruchu drogowego pędził wprost na zderzenie czołowe. Na szczęście udało się uniknąć kolizji zwłaszcza, iż suma naszych prędkości z pewnością dałaby miażdżące rezultaty. Niewątpliwie, do niebezpieczeństw czyhających tu na nas na drodze należy również zaliczyć wszechobecne i słabo widoczne wysepki zwalniające, szczególnie niebezpieczne dla motocykli, gdyż chwila nieuwagi może kosztować nas bardzo wiele. Omijając je jednak gęsiego, nasze motocykle tworzą dość efektowne widowisko, a oglądany w mym wstecznym lusterku rząd świateł tańczy i wije się w ciemności niczym sznur pereł w krętym naszyjniku.

Różowo mi...Dzisiejszy plan zakładał dotarcie do Timisoary i wydawało się to całkiem prawdopodobne aż do momentu, gdy zorientowaliśmy się, iż wraz z przekroczeniem granicy nastąpiła również zmiana czasu i zamiast godziny 22-giej, szelmowskie zegary złośliwie wybiły 23-cią. Przemykając pomiędzy tramwajami sunącymi poprzez staromiejskie uliczki Aradu zaczynamy odczuwać nieodpartą pokusę, aby zakotwiczyć nasze zmoknięte okręty w tym malowniczym mieście zwłaszcza, iż tutejsze hotele i pensjonaty, niczym przynęta na wędkarskim haczyku wabią nas perspektywą ciepła oraz wymiany ubrań na suche. Podobnie zatem jak ryby, które ponoć lepiej biorą w nocy, my również pośród nocnych ciemności pozwalamy omamić się hotelowej zanęcie i zapuszczamy tu dziś korzenie. Podstawowym warunkiem, aby korzenie dobrze się przyjęły jest wilgoć oraz żyzna i bogata w wartości odżywcze gleba.

Wilgoci jak do tej pory nam nie brakuje, natomiast na całkiem pożywny grunt natrafiamy w przyhotelowej restauracji, gdzie po raz pierwszy nadarza się okazja, żeby wypróbować rumuńską kuchnię i zakosztować lokalnych kulinariów. Zasiadamy w ciepełku, gdzie pośród innych dań, raczymy się także tutejszymi flaczkami. Początkowo, z pewną dozą nieśmiałości zagłębiam w nich łyżkę, gdyż wyglądają zgoła inaczej niż polska odmiana tej potrawy. Badania organoleptyczne potwierdzają zresztą obserwacje wzrokowe i podniebienie delektuje się przyjemnie bogatą, aczkolwiek odmienną paletą smaków. Po przełamaniu jednak pierwszych lodów, przyspieszam wiosłowanie i już po chwili zupa znika z talerza. Na szczęście zupa chmielowa, serwowana w celu zwilżenia gardła nie znika tak szybko i towarzyszy mi również podczas konsumpcji drugiego dania.

Motocykliści wszystkich krajów! Łączcie się!Nic tak nie podnosi morale załogi jak suche ubrania, ciepły kąt oraz pełne brzuchy. Po strawie dla ciała, przychodzi również pora na strawę dla ducha. Ciągniemy zatem kelnera za język, wypytując o tutejsze życie nocne i okazuje się, iż do dyspozycji spragnionych rozrywki wędrowców, miasto Arad posiada dwa kontrastujące ze sobą pod względem klimatu nocne kluby. Pierwszy to dyskoteka, drugi natomiast to klub rockowy. Decyzja zapada jednogłośnie i już po chwili taksówki, niczym złote rydwany wiozą nas do rockowego Flex Club'u. Na miejscu spotyka nas niezmiernie miła niespodzianka. Okazuje się bowiem, iż właścicielem klubu jest członek miejscowego klubu motocyklowego Burnout MC, który na widok naszych kamizelek wita nas toastem przedniego trunku i postanawia pokazać nam gościnność tutejszej braci motocyklowej. I trzeba przyznać, że gościnność ta przechodzi nasze najśmielsze oczekiwania. Mimo, iż nie jest to weekend, w przybytku zaczyna się całkiem huczna impreza. Na nasze życzenie z głośników rozbrzmiewa heavy metal, a my przy jego ciężkich dźwiękach bawimy się wraz z gospodarzami w najlepsze. Takiej imprezy nikt się nie spodziewał zwłaszcza, iż planowaliśmy jedynie skromne rozpoznanie terenu. No, ale nieoczekiwane i nieplanowane imprezy są podobno najlepsze... Nie podobno! Na pewno! Ta teza została właśnie po raz kolejny udowodniona. Gospodarze wypuszczają nas dopiero nad ranem, a my kompletnie zrelaksowani i uśmiechnięci od ucha do ucha wracamy do hotelu odsypiać pełną atrakcji, burzliwą noc.

Pada, pada, ciągle pada...Poranna mobilizacja przebiega dosyć żwawo, a tempo pakowania rytmicznie, niczym metronom, wybija dziś skoczne disco polo rozbrzmiewające z mego telefonu. Po szybkim śniadaniu w hotelowej knajpce wbijamy się w siodła i gnamy nasze rumaki na wschód w stronę Fogarasz. Suniemy sobie beztrosko krętą szosą poprzez tutejsze lasy, nabijając sprawnie kolejne kilometry. I gdy wydaje się, że wszystko znów idzie gładko, natrafiamy na sznur samochodów blokujących drogę. Jak pech, to pech. Korek wydaje się ciągnąć na pół Rumunii i w dodatku zupełnie stoi w miejscu. Postanawiamy powolutku podjechać nieco środkiem drogi, przeciskając się żółwim tempem do przodu. Po kilku kilometrach docieramy w końcu do blokady, a sprawa wygląda dość nieciekawie. Jest mnóstwo policji oraz pomoc drogowa do holowania tirów. Jest również telewizja. Drogę częściowo blokuje tir, który najwyraźniej wypadł z zakrętu i nie ma szans, aby przejechał tędy żaden samochód. Motocykl aczkolwiek, mógłby się jakoś przecisnąć i policja po jakimś czasie zezwala nam na przejazd przez miejsce wypadku. Niestety okazuje się, że był to wypadek śmiertelny, o czym świadczy mrożący krew w żyłach widok przykrytych folią aluminiową zwłok leżących na poboczu. Wygląda na to, że Transylwania postanowiła przywitać nas grozą. Cała sytuacja skłania do refleksji i powoduje, iż staramy się jechać jeszcze ostrożniej.

Cytadela FogaraszPogoda również nas nie rozpieszcza serwując orzeźwiającą dawkę cząsteczek H2O, które połączone w krople deszczu sypią się z nieba ciurkiem, niczym piasek z dziurawego worka w szkolnym wierszyku "Szedł Grześ przez wieś". Grześ tym razem poprzez rumuńskie wioski pomyka na motocyklu, podziwiając przy tym typową dla tutejszych wsi i miasteczek zabudowę składającą się z niemal identycznych domków, połączonych ze sobą murem z charakterystyczną, zwieńczoną arką, bramą garażową. Niemniej, co jakiś czas występują wyjątki od tej reguły, o czym przekonujemy się wjeżdżając do niewielkiej miejscowości wypełnionej tandetnymi pałacami oraz potężnymi willami. Jak się później okazuje, jest to miasteczko bogatych Cyganów, a architektura nawiązuje w znacznej mierze do motywów hinduskich.

Kolejny dzień w deszczu zaczyna odbijać się na zdrowiu mojego rumaka, który zaczyna lekko pokasływać i jakby dławić się nieco, dosyć znacznie opadając przy tym z sił. Przerywana praca silnika nie wróży niczego dobrego zwłaszcza, iż jest już po zmroku i naprawa w ciemnościach z pewnością nie należałaby do przyjemności. Okazuje się jednak, że Harley mój potrzebował jedynie nieco czułości i aby uleczyć jego bolączkę wystarczyło delikatnie, aczkolwiek z uczuciem poruszać przewodami zapłonowymi.

"Casa Terra" - restauracyjna perełka.

W Fogarasz czeka na nas Carmen i Adrian, miejscowe małżeństwo motocyklowe, a zarazem organizatorzy Transylvanian Bike Week. Ponaglają nas sms'ami, gdyż czeka już tam na nas również pyszne rumuńskie jedzenie. Docieramy na miejsce i zaraz po zameldowaniu oraz szybkim odświeżeniu się ruszamy wraz z gospodarzami do restauracji. Lokal o wdzięcznej nazwie "Casa Terra" kryje się nieco na uboczu i bez przewodnika niełatwo byłoby go znaleźć, niemniej trud poszukiwań zdecydowanie się opłaca, gdyż po wstępnej rozmowie wychodzi na jaw, iż znajoma naszych opiekunów prowadzi tutaj tradycyjną rumuńską restaurację, kładąc jednocześnie olbrzymi nacisk na autentyczność rdzennego rumuńskiego jedzenia. Kunszt kucharski oraz stopień zaangażowania w historyczną poprawność potraw jest naprawdę godzien podziwu, tym bardziej, iż szefowa, na co dzień jest również swego rodzaju badaczem tematu i gdy akurat nie zajmuje się gotowaniem, eksploruje tutejsze wioski w poszukiwaniu przekazywanych z pokolenia na pokolenie kulinarnych skarbów oraz sekretów przechowywanych już jedynie w pamięci najstarszych przedstawicielek tutejszej populacji. Odkryte perełki, jak przystało na rasowego dziejopisarza, dokumentuje w formie przepisów, a kroniki swe wydaje jako książki kucharskie kumulując w nich wiedzę i ekspertyzę niezliczonej liczby babć gospodyń, upewniając się przy tym, iż tradycyjne staro rumuńskie jadło nie dołączy do zagrożonych wyginięciem gatunków.

Cytadela FogaraszJesteśmy naprawdę pod wielkim wrażeniem zwłaszcza, że o tak znamienitych walorach kucharskiego rzemiosła przekonamy się zaraz na własnej skórze, a właściwie na kubkach smakowych. Skoro mowa o kubkach, gospodarze nie zaniedbują również i tego departamentu serwując nam na poprawienie apetytu tzw. Tzoykę, czyli tutejszą śliwowicę. Cóż za smak, cóż za aromat. Nie brakuje również mocy, gdyż ten domowej roboty trunek dysponuje imponującą i większą niż przeciętna liczbą "oktanów", skutecznie nas przy tym rozgrzewając po kolejnym dniu jazdy w zimnie i deszczu. Wpływa również korzystnie na poprawę niemałych już zresztą apetytów. Apetytów, które z pewnością zostaną właściwie spożytkowane, gdyż stoły zaczynają powoli uginać się od frykasów. Kelnerzy donoszą kolejne potrawy, a my dowiadujemy się od naszych znajomych, co, z czym się je i informacje te od razu wcielamy w życie. W tradycyjnej rumuńskiej wieczerzy nie może zabraknąć "mamałygi", której towarzyszą między innymi, przypominające nieco polskie gołąbki "sarmale". Na stole pojawia się również bogata paleta wszelakich mięs, pieczonych razem i podawanych wspólnie na jednym półmisku. Strawa jest naprawdę przepyszna, a my wciągamy ją jak odkurzacze, które nie miały nic w ustach od tygodnia. Tym bardziej nie dziwi fakt, iż konieczne są kilkukrotne dokładki.

Wspaniała gościnność oraz rodzinna atmosfera powodują, iż wszystkim rozwiązują się języki i czas miło upływa nam na interesującej konwersacji. Tematów zresztą nie brakuje. Wymieniamy motocyklowe opowieści jak również światopoglądy. Dowiadujemy się wiele na temat miejscowej kultury oraz mieszkańców. Dyskutujemy również o niecieszących się zbytnią sympatią, mieszkających tu cygańskich oraz węgierskich mniejszościach. Nasi rozmówcy przestrzegają nas także, aby podczas rozmowy nie popełnić gafy i nie pomylić Bukaresztu z Budapesztem, gdyż z powodu naleciałości dziejowych mogłoby to zostać uznane za nie lada faux pas.

Wieczór chyli się ku końcowi, a my, wzbogaceni o nową wiedzę i doświadczenia, syci oraz zrelaksowani, gotowi jesteśmy zakończyć kolację. Pozostaje nam spacer do hotelu, niemniej ze względu na późną godzinę, prawdziwe zwiedzanie Fogarasz będzie musiało poczekać do jutra.

Rycerze na murach cytadeli!Dzięki naszym znajomym nocujemy dziś w poleconym przez nich, jednym z lepszych hoteli, jakie pozostają do dyspozycji podróżnych w tym mieście. Podczas gdy w komfortowych warunkach tniemy przysłowiowego komara, ciszę nocną zakłóca nam dobiegające z zewnątrz, wielobarwne szczekanie wzbogacone bogatym akompaniamentem wszelkiego rodzaju psiego ujadania. Jesteśmy, co prawda w krainie wampirów, niemniej cały ambaras wydaje się sugerować, iż na zewnątrz, w zalewających Transylwanię ciemnościach szaleją jednak wilkołaki. Tymczasem po wyjściu na balkon okazuje się, że informacje na temat ciemności są mocno przesadzone, a na pobliskim, notabene całkiem nieźle oświetlonym skrzyżowaniu o ruchu okrężnym, w ślad za jeżdżącym w kółko samochodem, pogina cała wataha nieźle nakręconych bezpańskich psów, bawiąc się przy tym w najlepsze i za nic mając przepisy o ruchu drogowym.

Widok z okna hrabiego...Przed wyjazdem do Rumunii, wszelkie przekazy słowne i pisane wielokrotnie ostrzegały nas przed plagą bezpańskich (jak również "pańskich") psów stwarzających niebezpieczeństwo na drodze dla nam podobnych amatorów dwóch kółek, niemniej jest to pierwszy przypadek, gdy widzimy ten problem na własne oczy. Szczęśliwym trafem, tym razem obserwujemy sytuację z bezpiecznej odległości oraz nie będąc w siodle motocykla. Reasumując, ranking psów wskakujących pod koła podczas dotychczasowej jazdy wypada dla nas jak dotąd całkiem korzystnie, gdyż wszystkie napotkane czworonogi, jak gdyby nigdy nic, przesiadują zwykle przy drodze mając nas głęboko w poważaniu. Patrząc na ich rozleniwione pyski odnosimy wręcz wrażenie, że wbrew genetycznie uwarunkowanemu pociągowi do motocykli, tutejsze psy swym kompletnym lekceważeniem dają nam jakby do zrozumienia, iż wcale nie wyglądamy tak apetycznie jak mogłoby nam się wydawać i ani nie jesteśmy warci pogoni, ani nawet godni jednego marnego szczeknięcia. A może po prostu nie tylko my jesteśmy tu na urlopie. Tak czy inaczej nie zainteresował się nami nawet pies z kulawą nogą i wygląda na to, iż skuteczność szczepionki na wściekliznę podczas tego wyjazdu nie zostanie bynajmniej przetestowana.

Pomimo nocnych zakłóceń wypoczywamy tej nocy całkiem nieźle i o poranku, w myśl zasady "kto rano wstaje, innym spać nie daje", pierwsi budzą drugich, drudzy kolejnych... Fala pobudki przetacza się przez hotelowe pokoje niczym huragan, a reakcja łańcuchowa szybko powoduje, iż mimo wczesnej pory cała brygada po chwili jest już na nogach. Słowo się rzekło. W końcu umówiliśmy się z Carmen i Adrianem na poranną kawę i zwiedzanie, słowa zatem dotrzymać należy. Tym bardziej śniadanie oraz wspomniana kawa pomagają w rozruchu budzących się do życia organizmów przełączając je z trybu "zombie" w tryb pełnej poczytalności oraz sprawności władz umysłowych.

Eagle Knights i Cytadela Fogarash.Całkiem już rozbudzeni i rządni kultury kierujemy się w stronę muzeum ochoczo uderzając na podbój otoczonej szeroką fosą oraz grubymi murami warowni, będącej tutaj sztandarowym zabytkiem, a przez to główną atrakcją dla zwiedzających. Obrona twierdzy na nasze szczęście nie jest dziś zbyt mocna, więc aby dostać się za bramę cytadeli nie potrzebujemy nawet konia trojańskiego i zamiast skradać się pod osłoną nocy wchodzimy przez główne wrota legalnie i w biały dzień.

Fortecę wybudowano około 1310 roku i z pewnością przetrwała niejedno podczas burzliwych zawieruch dziejowych, niemniej jest jedno oblężenie, które zasługuje na szczególną uwagę. W zamierzchłych czasach, a mianowicie Anno Domini 2013, twierdza zmuszona była stawić czoła inwazji ciężkiej jazdy z całej Europy. W lipcu tegoż to roku, na dziedzińcu, w którego podwoje właśnie wkroczyliśmy, odbył się międzynarodowy zlot motocyklowy Transylvanian Bike Week i hordy ciężkich błyszczących maszyn dosiadanych przez przyobleczonych w skóry jeźdźców zalały nie tylko zamek, lecz również całą okolicę. Bawiono się hucznie przez sześć dni i pięć nocy, a opowieści o przebiegu imprezy mamy przyjemność wysłuchać z pierwszej ręki, czyli wprost z ust organizatorów. A trzeba przyznać: działo się! Władze miasta oraz kustosz muzeum byli na tyle czadowi, by wyrazić zgodę, aby zlot odbył się w murach zamczyska. Wybudowano więc scenę oraz wszelkie niezbędne zlotowe oprzyrządowanie tak, aby podczas imprezy od murów odbijały się echem nie tylko dźwięki silników motocyklowych, lecz również ciężka nuta zespołów rokowych i metalowych. Nie brakowało również jadła i napoju, a w zamkowych podziemiach odbywały się średniowieczne uczty z udziałem motocyklowych najeźdźców. Cytadela jednak przetrwała tą nawałnicę i wzbogacona o nowe legendy prezentuje się jeszcze dostojniej przed naszymi oczyma.

Gospodarz – Wład Palownik.Transylvanian Bike Week zdecydowanie był głośnym, lecz z pewnością nie najbardziej dramatycznym wydarzeniem, jakiego świadkami były w przeszłości zamkowe mury. Nieco więcej grozy siał tu niegdyś niesławny Władek III Palownik, od czasu do czasu pomieszkujący w cytadeli. Z murów rozciąga się widok na oddzielającą zamczysko od reszty świata szeroką fosę, po brzegi wypełnioną wodą. Dziś gładka, otoczona zielenią tafla emanuje spokojem, jednak mrożąca przeciętnemu zjadaczowi chleba krew w żyłach wieść niesie, iż w dawnych czasach Vlad Tepes, zwany również przez niektórych Drakulą, rządził tutaj żelazną ręką i wszelkich złoczyńców oraz rzezimieszków, pozbawiwszy uprzednio życia wrzucał właśnie do zamkowej fosy, a zwłoki unosząc się na powierzchni wody dosyć długo i gęsto, służyły jako przestroga dla okolicznych wieśniaków, iż jednoosobowy system sprawiedliwości działa prężnie i jak najbardziej skutecznie, najwidoczniej nie wierząc zbytnio w skuteczność resocjalizacji.

Co komu w „Duchu” gra… po nocy…Z gęsią skórką i lekko zjeżonym włosem wracamy do rzeczywistości oraz naszego obecnego czasu i miejsca w siedmiogrodzkiej czasoprzestrzeni i podążamy śladem naszych przewodników w kierunku pałacowych wnętrz, gdzie pośród komnat oraz zalegających w nich zbroi, antycznych sprzętów i wszelakiego umeblowania wciąż unoszą się duchy przeszłości. Duchy te zresztą, jak głosi legenda, czy to z powodu niezaznania wiekuistego spokoju, czy też z powodu nadmiaru tryskającego z nich muzycznego talentu, znane są z nocnego pogrywania na pałacowych fortepianach. Dorosły jestem i w bajki nie wierzę, jednak na wszelki wypadek nie zaszkodzi się zabezpieczyć.

Jak przystało na prawdziwych poszukiwaczy przygody, niczym niegdysiejsi rycerze oblekający sie w wszechobecne tu zbroje, wbijamy sie zatem w foliowe papucie będące nieodłącznym elementem zwiedzania każdego szanującego się muzeum i niczym łyżwiarze po tafli lodowiska suniemy w głąb pałacu froterując przy tym na błysk i tak nieźle już lśniące posadzki. Przejrzeć jednakże można sie tutaj nie tylko w podłodze, gdyż pośród pałacowego wyposażenia zaskakująco liczne są wszelkiej maści lustra i zwierciadła.

Pałacowe wnętrza…Trudno jednoznacznie określić czy poustawiał je tutaj legendarny włodarz Drakula, aby zdementować chłodzące krew w żyłach, diaboliczne pogłoski na swój temat, czy wręcz odwrotnie, pojawiły się tutaj na skutek jego krwiopijczego procederu, jako system wczesnego wykrywania wampirzych upiorów. Czyżby zatem w opowieściach o wampirach tliła się jakaś iskierka prawdy? Jedno jest pewne: w owych czasach nikt nie znał dnia ani godziny. Spiski oraz zabójstwa we śnie, rywali stojących na drodze w dążeniu do władzy nie należały tu do rzadkości.

Test na bycie wampirem – jest odbicie – wynik negatywny.

Ponieważ jednakże nikt raczej nie chce obudzić się martwy, chcąc bronić swych wielmożnych lokatorów przed tego rodzaju niebezpieczeństwem, zamkowa architektura wykształciła swego rodzaju system odpornościowy, dosyć bujnie owocując labiryntami tajemnych korytarzy powodując jednocześnie, iż każda komnata sypialna posiadała sekretne wyjście, jako ratującą życie drogę ewentualnej ucieczki. A trzeba przyznać, iż bez wątpienia było co ratować. Szczęściarzowi, który tu pomieszkiwał można jedynie pozazdrościć. Gospodarz dysponował tu wszystkim, co niezbędne, aby prowadzić wystawne i komfortowe życie.

Oddzielone od świata murami oraz fosą zamczysko przypomina niejako zamknięty ekosystem, w pewnym stopniu samowystarczalny niczym stacja kosmiczna. Ba! Nawet lepszy, gdyż dysponuje również grawitacją, a wszelkie znaki na niebie i na ziemi wskazują na to, że Wład Tepesz, aby utrzymać swą pozycję z pewnością musiał mocno stąpać po ziemi.

Zwiedzanie dostojnej twierdzy chyli się ku końcowi, zatem i nasze kroki powoli, lecz nieugięcie stąpają mocno w kierunku wyjścia. Czas osiodłać rumaki i pognać w dalszą drogę zwłaszcza, iż do zwiedzenia pozostało jeszcze niemało, a i kilometrów do przejechania bez liku.

Opuszczamy zamkowe podwoje…Rumuńska kraina szczyci się dwiema przepięknymi górskimi trasami, które oprócz spektakularnych widoków, w dużej obfitości oferują również będące dla każdego motocyklisty nie lada gratką, imponujące serpentyny. Pierwsza to przecinająca Góry Parang Transalpina, nazywana przez miejscowych Drogą Królewską, wybudowana przed drugą wojną światową za panowania króla Karola II, sięgająca 2145 m n.p.m. najwyżej położona droga w Rumunii. Druga to przecinająca Góry Fogarskie młodsza siostra Transalpiny i druga po niej pod względem wysokości, powstała w latach 70tych ubiegłego wieku Trasa Transfogarska. Oficjalnie droga ta wybudowana została ze względów militarnych, jednakże wieść niesie, iż narcystyczny dyktator Nicolae Ceausescu wybudował ją, aby przebić legendarną Transalpinę i trzeba przyznać, iż poniekąd dopiął swego celu, gdyż według niektórych rankingów, między innymi motocyklowych, trasa ta jest najpiękniejszą drogą widokową świata.

Zaledwie dwa konie niemechaniczne…

Obie trasy otwarte są dla ruchu jedynie w miesiącach letnich, w zależności od warunków pogodowych oraz opadów śniegu drogi czynne są od kwietnia lub maja do października lub listopada. Z informacji zdobytych jeszcze przed wyjazdem wiedzieliśmy, iż Transalpina jest wciąż jeszcze zamknięta, niemniej Transfăgărășan (nazwa oryginalna) powinna stać już dla nas otworem. Niestety okazuje się, że pech w dalszym ciągu nas nie opuszcza, a niepomyślne wiatry przygnały nad góry ciężkie chmury śniegowe i jak twierdzą nasi miejscowi znajomi, trasę kilka dni temu przysypała dwumetrowa biała pokrywa. Tym samym nasze plany i nadzieje na przejazd słynnymi serpentynami spaliły na panewce. Mimo rozczarowania, staramy się jednak spojrzeć na sprawę optymistycznie. Co się odwlecze, to nie uciecze. Poprzysięgamy odwet i kolejną wyprawę do Rumunii, tym razem jednak w okresie letnim tak, aby obie trasy pokonać zwycięskim motocyklowym galopem.

Radzi, nie radzi, zmuszeni jesteśmy zmodyfikować plany i ruszyć na wschód w kierunku Braszowa, aby następnie odbić w prawo i zmierzając w kierunku południowym dotrzeć do Bukaresztu. Nic tak nie poprawia popsutego humoru, jak rześki powiew wiatru na twarzy oraz gromki pomruk motocyklowego silnika. Niestety okazuje się, iż to, co jednym sprawia przyjemność, niechcący może uprzykrzyć nieco życie osobom postronnym. Przekonał się o tym pewien furman, którego konie spłoszone rykiem naszych motocykli ostro uderzyły z kopyta nadając furmance nie lada przyspieszenie. I choć były to tylko dwa konie, w dodatku nawet niemechaniczne, wóz nabrał przyspieszenia, którego nie powstydziłby się nawet rasowy samochód sportowy. W sportowej maszynie siły bezwładności mocno wciskają kierowcę w oparcie fotela, niestety deska, na której siedział niefortunny kierowca oparciem takim nie dysponowała, co w rezultacie zakończyło się spektakularnym wywinięciem orła i nakryciem się przez niego nogami. Na szczęście obyło się bez ofiar i nikomu nic się nie stało, a my widząc, że i tak nic tu nie pomożemy, z lekkim kacem moralnym ulotniliśmy się, czym prędzej z miejsca zdarzenia.

Mknąc poprzez rumuńskie wioski…Początkowo pogoda nam sprzyja. Jedziemy bez skafandrów przeciwdeszczowych, na lekko, krocząc suchą stopą, a właściwie suchą oponą poprzez asfaltowe szlaczki. Jednakże licho nie śpi i już wkrótce zza horyzontu, swymi podbitymi oczyma, poprzez opuchliznę, złowróżbnie burmuszą się na nas obrzękłe chmury. Innymi słowy dzień, jak co dzień. GPS niestrudzenie prowadzi nas znów w kierunku najciemniejszego chmurzyska, a ponieważ jazda motocyklem jak najbardziej sprzyja głębokim rozmyślaniom, w naszych głowach powoli lęgną się najróżniejsze spiskowe teorie dziejów. Zaczynamy podejrzewać, iż moja nawigacja komputerowa osiągnęła świadomość i niczym Skynet z filmu „Terminator”, pcha naszą dziesięcioosobową ludzkość ku deszczowej zagładzie. A może po prostu do komputera wkradł się jakiś program kulinarny i konsekwentnie, dzień w dzień, sprawdza czy przypadkiem nie jesteśmy zrobieni z soli. Cokolwiek byśmy jednak nie myśleli, fakt pozostaje faktem, iż za każdym razem, gdy jedziemy w stronę deszczu, podążamy faktycznie we właściwym kierunku. Kierując się zatem tą logiką, mimo perspektywy zmoknięcia, wciąż pozostajemy w dobrych nastrojach, gdyż po kilku dniach kierowania się w najciemniejsze chmury, mroczny widnokrąg stał się jakby synonimem naszej marszruty, sygnalizując niejako, iż jedziemy w dobrą stronę. Ba! Gdyby choć na jeden dzień przestało padać, moglibyśmy przypadkiem pomyśleć, że zgubiliśmy drogę.

Chmury i ośnieżone szczyty…

W miarę jak posuwamy się naprzód zmienia się nieco ukształtowanie terenu, a my zapuszczamy się coraz głębiej w malownicze górskie krajobrazy. Pejzaż u podstawy malowany jest jakby grubym białym pędzlem, rozlewając obficie mleczne obłoki, jak mgła spowijające pokryte zielonym lasem góry. Górki jednakże mają te puchate kłębowiska, co najwyżej na wysokości kolan. Wyrastając ponad chmurami i pnąc się do góry niczym Olimp, wznoszą wysoko w niebiosa swe ukoronowane śnieżnymi czapami szczyty. Mitologicznej atmosfery dopełniają grzmoty z naszych rur wydechowych, niesione echem po górskich przełęczach odbijają się ze zwielokrotnioną mocą tak, jak gdyby sam Zeus był ich autorem.

I te właśnie chmury, lub bardzo bliscy ich krewni, w końcu dopadają nas na dobre i w deszczu, po serpentynach, jakby po krętych schodach wspinamy się na wyższe piętra. Po drodze przemykamy przez kilka turystycznych górskich miejscowości. Co prawda za późno już na narty, niemniej ludzi wcale tu nie brakuje. Nie ma się jednak co dziwić, na motocykle również jest jeszcze za wcześnie, a mimo to poprzez góry niestrudzenie przebija się nasza rozbrykana wataha. Najwyraźniej, niezależnie od pory roku, góry zawsze przyciągają szaleńców wszelkiej maści i wszelakiego sortu.

Kogut na tropie Drakuli - cz.2

Grzegorz Kogut - www.motokogut.com

EAGLE KNIGHTS

Oddział Nowy Jork, www.eagleknights.org

Kategoria: Podróże > Podróże Eagle Knights

Data publikacji: 2016-08-02

Baner
Baner
Ogłoszenia/classifieds
Ogłoszenia Zobacz ogłoszenia >>
Baner
Baner
Baner
Plus Festiwal

Podoba Ci się nasza strona?
Polub nasz profil na Facebooku.