PLUS

Baner

Kolejna wyprawa Koguta - cz.1

Kolejna wyprawa Koguta - cz.1

...tym razem Kogut dołącza do grupy „www.podrozemotocyklowe.com” i rusza do serca Azji na podbój krainy jurt i kumysu, górzystej Kirgizji.

Nadszedł czas kolejnej wyprawy. Wyprawy w miejsce niezbyt bliskie, gdyż znów znajduje się na innym kontynencie. Tym razem sam środek Azji, a mówiąc ściślej, Kirgistan. 

Piotr i Barbara, organizatorzy tej ekspedycji, dokonali świetnego wyboru, kierując uczestników w ten właśnie rejon świata. Rejon obfitujący w malownicze, lecz nierzadko trudno dostępne góry, które w połączeniu z warunkami pogodowymi, oraz brakiem jakiejkolwiek cywilizacji spowodowały, iż cała ekspedycja okazała się dla naszej bandy śmiałków nie lada wyzwaniem.

Podróż do Kirgistanu

Przede mną 15 godzin lotu. Wyruszam z JFK, aby po dziesięciu godzinach przesiąść się w Stambule, skąd kolejny samolot zabierze mnie do stolicy Kirgizji, Biszkeku. Na lotnisko docieram z małym opóźnieniem, gdyż pakowanie jak zwykle zostawiłem na ostatnia chwilę.

Godzinę przed wyjazdem na lotnisko cały mój ekwipunek leżał jeszcze na stercie, zupełnie nie zdradzając gotowości bojowej. Niemniej szybko i sprawnie upchnąłem wszystko w torbę podróżną i myk na lotnisko. No prawie wszystko, gdyż okazało się, że przeceniłem pojemność mojej torby i pięć kilo cukierków, które przygotowałem dla kirgiskich dzieci nijak nie dało się upchnąć w bagażu. Cóż, na pewno nie poddam się tak łatwo. Najwyżej kupię słodycze na miejscu.

Mimo, iż na lotnisko przybyłem niemal w ostatniej chwili, szczęśliwym trafem moje małe spóźnienie nie miało większych konsekwencji.

Okazało się, że miła pani z obsługi najwyraźniej stwierdziła, iż kto jak kto, ale motocyklista z kaskiem w ręku nie powinien stać w kolejce i używając swojej przepustki przeprowadziła mnie przez wszystkie bramki i kontrole w trybie VIP.

Azjatyckie nieboDzięki jej uprzejmości samolot odleciał jednak z Kogutem na pokładzie.

Trzeba przyznać, że tureckie linie lotnicze stanęły na wysokości zadania i zadbały o to, aby pasażerowie poczuli się jak w domu. Już przy wejściu do samolotu oprócz standardowych stewardes, "gości" witali również kucharze w czapkach kucharskich.

Muszę przyznać, iż biorąc pod uwagę bardzo religijny wygląd muzułmańskich współpasażerów oraz fakt, że linie lotnicze należą do muzułmańskiego kraju, miałem pewne obawy, a gdy moja sąsiadka zaczęła w widowiskowy sposób modlić się przed startem, padł na mnie blady strach: na pewno nie serwują tu alkoholu!

Nie na darmo jednak przysłowia są mądrością narodu. Po raz kolejny okazało się bowiem, że nie należy sądzić książki po okładce i moje obawy okazały się zupełnie nieuzasadnione.

Alkohol serwowano jak przystało na statek powietrzny z prawdziwego zdarzenia. Tak więc po wybornej kolacji, ze szklaneczką whisky w ręku, przez kolejnych kilka godzin podziwiałem sztukę współczesnej kinematografii.

Jednakże kombinacja pełnego brzucha, drinka oraz "telewizora" nieuchronnie spychała mnie w otchłań Morfeusza i ostatecznie drugą połowę lotu przespałem.

Po wylądowaniu w Stambule miałem do zagospodarowania cztery godziny. Za mało, żeby uderzyć na miasto, więc kameralnie spędziłem je na degustacji zimnego tureckiego piwa w lotniskowej kafejce.

Do Biszkeku zabrał mnie już dużo mniejszy samolot, a i frekwencja nie dopisała w nim zbytnio. Korzystając z faktu, iż tym razem do dyspozycji podróżnych pozostało mnóstwo wolnych miejsc, urządziwszy sobie legowisko na trzech siedzeniach, wygodnie przespałem cały lot.

Na lotnisku w Biszkeku zaskoczył mnie widok armady kilkudziesięciu amerykańskich wojskowych samolotów transportowych, okupujących miejsca parkingowe wzdłuż pasa startowego. Fakt faktem, do Afganistanu jest już stąd tylko przysłowiowy rzut beretem.

Po szybkiej odprawie celnej tradycyjnie już, pozwoliłem zaprosić się do taksówki lotniskowym naganiaczom, co również tradycyjnie przypłaciłem kosmiczną stawką. Pierwsze próby rozmowy po rosyjsku zakończyły się sukcesem, niemniej taksówkarz od razu wychwycił mój akcent i odgadł, że jestem Polakiem. Zupełnie jak w Nowym Jorku...

Do hotelu dotarłem o 6-tej rano. Nastał zatem czas na zasłużony prysznic i krótką drzemkę, która powinna zniwelować nieco skutki różnicy czasu.

Republika KirgiskaWyrwanie się z pościeli po odsypianiu różnicy czasowej okazało się niełatwym zadaniem, niemniej z wielkim trudem i mozołem udało mi dokonać prawie niemożliwego, i w końcu zwlokłem moje jeszcze nie do końca obudzone zwłoki z wyrka. Najpierw małe zakupy. W końcu nie wiadomo, kiedy znów będzie można kupić coś do jedzenia.

Kilka konserw nie obciąży zbytnio motocykla, natomiast może okazać się zbawienne w obliczu głodówki. No i oczywiście wspomniane wcześniej cukierki...

Podczas wypraw motocyklowych zawsze staram się dbać o pozytywny wizerunek motocyklisty, gdyż przychylność lokalnej ludności może niejednokrotnie okazać się przydatna, zarówno w trudnych okolicznościach wymagających asekuracji, jak również w tak prozaicznych sytuacjach jak poszukiwanie strawy czy też noclegu. Sytuacjach, które bądź co bądź są nieodłącznym elementem ekspedycji motocyklowych.

Najłatwiej jednak do motocyklistów przekonać tubylczą dziatwę, która zawsze z zaciekawieniem i podziwem przygląda się pędzącym metalowym rumakom, przyjaźnie machając rękami w powitalnym geście.

Na widok słodyczy uśmiechy na ich twarzach stają się jeszcze szersze i bardziej radosne. To, w jaki sposób te dzieci nas tutaj zapamiętają, może odbić się na przyszłych pokoleniach motocyklowych zdobywców, którzy kiedyś odważą się zapuścić w przetarte przez nas szlaki.

Garść cukierków zdecydowanie spowoduje, iż motocykl zawsze będzie wywoływał u młodych Kirgizów miłe wspomnienia. Brzmi to nieco jak przekupstwo, niemniej w przyszłości, gdy dorosną, może pomogą jakiemuś zbłąkanemu jeźdźcowi wybrnąć z tarapatów.

Zatem wyprawa na miasto. Jest to jedno z nielicznych, jak sie okazuje, miast w tym kraju, niemniej jest to miasto stołeczne. Z tym większą więc ciekawością ruszam przed siebie.

Po opuszczeniu hotelu podążam błotnym chodnikiem wzdłuż asfaltowej drogi biegnącej pomiędzy miejskimi zabudowaniami, które scharakteryzować można by najlepiej, jako wiejskie chatki. Od głównej drogi odbijają niezliczone polne dróżki i ścieżki prowadzące głębiej w zakamarki i gąszcz zabudowań tej plebejskiej osady. Wszechobecne kury również jakby nie utwierdzają mnie w przekonaniu, iż faktycznie jestem w mieście. Niemniej w miarę jak posuwam się dalej, panorama stopniowo ulega zmianie.

Zaczynają pojawiać się sklepy, restauracje, banki i inne miejskie budowle. Co prawda to jeszcze nie biurowce, niemniej zadziwiający jest fakt, jaki kontrast w zagospodarowaniu przestrzennym można tutaj napotkać na odcinku zaledwie kilkuset metrów. Jak na miasto przystało, wraz z urbanistycznym krajobrazem pojawia się również coraz więcej ludzi.

Miejscowi jednakże nie reagują na mój kudłaty wygląd zbyt przyjacielsko. Wytykają palcami, podśmiechują się i generalnie atmosfera robi się mało sympatyczna. Jest tylko jedno miejsce na świecie, w którym jak do tej pory spotkałem się z podobną mentalnością, jednak ze względu na mój głęboki patriotyzm nie wymienię go z nazwy.

Wciąż pozostaje kilka spraw, które dziś koniecznie muszę uregulować i dopiąć na ostatni guzik. Jedną z nich jest zaopatrzenie się w miejscowe środki płatnicze. Podobno kirgiskie somy można tu kupić jedynie za dolary, a i to okazuje się skomplikowaną operacją gdyż w żadnym z napotkanych banków nie wymieniają walut. W końcu jednak uśmiecha się do mnie szczęście i znalazłszy kantor, przez małe okienko w pancernych drzwiach dokonuję transakcji. Co prawda kilka moich banknotów ma małe skazy i odpada w selekcji, ale i tak nie jest najgorzej. W końcu mogę udać się na niezbędne zakupy.

Piotr Kowalczyk i Barbara Grad z dwudziestoma motocyklami na pokładzie przekraczają granicę z Azją.

Zapasy na drogę już zrobione. Torby pełne prowiantu, czego nie można jednakże powiedzieć o moim żołądku.

Najwyższy zatem czas na pierwsze spotkanie z tutejszą kuchnią. W pierwszej napotkanej restauracji, w której zresztą jestem jedynym klientem, wciągam baranie kotlety podane z suszonymi śliwkami i warzywami. Całość smakuje wyśmienicie. Delektuję się strawą w sali balowej obserwując parę właścicieli robiącą użytek z parkietu.

Przy dźwiękach obecnego również tutaj Oppa Gangnam Style, niemłody już zresztą tandem, wywija skocznie liczne piruety, jednocześnie patrząc sobie wzajemnie głęboko w oczy. Całe widowisko wygląda nieco abstrakcyjnie, zważywszy, że jest dopiero południe i frywolnego zachowania o tak wczesnej porze dnia nie można raczej wytłumaczyć działaniem trunków.

Najwidoczniej stara miłość nie rdzewieje i wprawia oblubieńców w taneczny trans. A może to koreański zaklinacz dźwiękami swej pieśni doprowadził ich do stanu, w którym rytuały godowe wzięły górę nad przyzwoitością. Ostatecznie, po uiszczeniu zapłaty pozostawiam roztańczoną parę samą sobie i z napełnionym do sytości brzuchem opuszczam lokal.

Nadszedł czas udać się na spotkanie reszty ekipy. Motocykle wraz z większością załogi są już na miejscu od kilku dni.

Organizatorzy wyprawy, czyli Piotr Kowalczyk i Barbara Grad w siedem dni przejechali Litwę, Łotwę, Rosję i Kazachstan, pokonując przy pomocy busa i przyczepy sześć tysięcy kilometrów i dostarczając w ten sposób do Biszkeku 20 motocykli.

Część maszyn rusza wraz z jeźdźcami w różnych kierunkach Kirgizji, jak również do Tadżykistanu. Nasza flotylla składać się będzie z pozostałych 12 motocykli, na których z tą piękną górzystą krainą zapozna się 14 śmiałków.

Spotykamy się w restauracji tuż obok „Pałacu Sportu” w centrum stolicy, po czym już motocyklami udajemy się do naszej bazy wypadowej gdzie planowana jest imprezka integracyjna dla uczestników wyprawy.

Nasza stajnia maszyn znajduje się na obrzeżach miasta, a dotarcie do niej wymaga faktycznie motocykli terenowych, gdyż w pewnym momencie następuje metamorfoza i asfaltową drogę zastępuje szutrowy trakt z naprawdę imponującymi dziurami. Bynajmniej nie przeszkadza to miejscowym samochodom, które ku mojemu zdziwieniu, co prawda w żółwim tempie, ale przemieszczają się po tej zdezolowanej arterii, dumnie nazwanej w tutejszym języku „Magistralą”. Nasz przyczółek to dom ogrodzony wysokim murem z wielką stalową bramą, niczym zamczysko broniące dostępu do naszych motocykli, a ich jeźdźcom zapewniające beztroski i bezpieczny sen.

„Żiwoje” – piwo wielkiego kalibru...Imprezka odbyła się kameralnie, pod gołym niebem, przy stole ustawionym na dziedzińcu oświetlonym księżycem i gwiazdami.

Jak sama nazwa wskazuje, miał to być wieczorek zapoznawczy, jednakże prawie wszyscy znaliśmy się już doskonale z poprzednich wojaży. Większa część naszej załogi to zaprawiona w Marokańskim boju ferajna, z którą miałem już przyjemność przemierzać afrykańskie drogi i bezdroża podczas ubiegłorocznej wyprawy.

Ekipa składająca się z samych porządnych ludzi, a co za tym idzie bardzo zgrana i bezproblemowa.

Z tym większą przyjemnością, zasiedliśmy do stołu przy symbolicznej butelce miejscowego piwa, rozprawiając o dotychczasowych przygodach i eskapadach, raz po raz przepłukując zaschnięte od zapalonych dyskusji gardła. Przepłukiwać zresztą można było do woli, gdyż tutejsze piwo sprzedawane jest w półtora oraz dwulitrowych plastikowych butelkach, dzięki czemu nadaje się doskonale do długotrwałych dywagacji, dodając otuchy i energii najdelikatniejszym nawet strunom głosowym.

Niestety na przyjemniej pogawędce czas płynie dosyć szybko, a ja wciąż muszę wrócić do hotelu, gdzie zostawiłem cały swój wędrowniczy dobytek, aby rano powrócić do bazy i osiodłać rumaka. Dziś w nocy przylatuje ostatni uczestnik wyprawy i jutro rano, już w komplecie wyruszamy na spotkanie z przygodą.

Jest już grubo po północy, a taksówki o tej porze niestety nie zapuszczają się na obrzeża miasta. Biorąc pod uwagę mój wygląd, jak również nocne ciemności złapanie stopa również nie rokuje zbyt wielkich nadziei, niemniej w obliczu braku innych opcji trzeba będzie spróbować takiego rozwiązania. Na szczęście i tym razem fortuna okazała się dla mnie przychylna i po krótkiej chwili siedziałem już w samochodzie bujającym się powoli w kierunku miasta.

Zadziwiająca jest kombinacja życzliwości, a zarazem odwagi, która skłoniła tą wracającą w środku nocy do domu rodzinę, do przygarnięcia na pokład kudłatego obcokrajowca o piwnym oddechu, łapiącego okazję na mrocznych bezdrożach miejskich peryferii.

Tak więc, dzieląc tylne siedzenie Moskwicza z babcią trzymającą na reku śpiące niemowlę oraz odpowiadając na liczne pytania zaciekawionej pary rodziców, okupujących przednie siedzenia samochodu, dojechałem szczęśliwie do hotelu, gdzie po obfitującym w wrażenia dniu szybko zapadłem w głęboki sen.

Wyprawa motocyklowa – Kirgizja

Dziś wstaję bardzo wcześnie i mimo zaledwie kilku godzin snu oraz zmęczenia, będącego bezpośrednim wynikiem wczorajszej imprezy, szybko dochodzę do siebie i staję na nogach. Wyjazd zaplanowany jest na godzinę 9-tą, zatem aby mieć jeszcze czas na przygotowanie motocykla i spakowanie ekwipunku, do bazy wypadowej muszę dotrzeć przed 8-mą.

Szybko ogarniam swoje klamoty i zabierając ze sobą manatki udaję się na hotelowe śniadanie, które nawiasem mówiąc okazuje się całkiem przyzwoite.

Odliczanie czas zacząć.Miła pani w recepcji zamawia dla mnie taryfę i po chwili pod hotel podjeżdża stara Łada z napisem TAXI. Starszy pan, będący na pierwszy rzut oka w nienajlepszym humorze otwiera bagażnik, a ja zapakowawszy tobołki wsiadam do samochodu.

Kierowca zaczyna coś mówić po kirgisku, wskazując wymownie na drzwi, przez które wgramoliłem się do środka. Niestety, w zrozumieniu kirgiskiej mowy nie pomaga nawet znajomość rosyjskiego. Jest to zupełnie odrębny język, nieprzypominający niczego, co do tej pory słyszałem.

Skoro zatem wsiadłem do starego grata, a kierowca krzyczy coś wskazując na drzwi, może to oznaczać tylko jedno, trzeba nimi porządnie trzasnąć, aby się zamknęły. Nie chcąc zatem rozczarować mojego woźnicy, używając całej pary, jaką miałem w ręce, trzasnąłem zadowolony drzwiami.

Skutek był nieco inny niż się spodziewałem. Nie dość, że drzwi odskoczyły z impetem i pozostały otwarte, również kierowca wyskoczył z samochodu i przez dłuższą chwilę nie potrafił się zamknąć, krzycząc i klnąc dla odmiany już po rosyjsku, upewniając się w ten sposób, iż tym razem przesłanie dotrze do adresata.

Pomimo niezbyt fortunnego startu jazda taksówką przebiegała w miarę sprawnie. Po chwili starszemu panu za kółkiem rozwiązał się język, a przekleństwa z mojej osoby przeniosły się na przydrożnych policjantów zatrzymujących losowo samochody.

Okazuje się, że policja podobnie jak w innych krajach nie jest tu zbytnio lubiana przez kierowców, a i kirgiski slang nie pozostaje w tyle za konkurencją.

Podobnie jak w Polsce policjanci nazywani są niezbyt sympatycznie „psami”, a w USA jeszcze dosadniej „świniami”, w tutejszym slangu mundurowi stróże prawa to „kozły”. Na pytanie, dlaczego „kozły”, taksówkarz wyraźnie rozbawiony odpowiada, że skubią pieniądze od kierowców podobnie jak kozły skubią trawę. W miarę jak wyjeżdżamy na peryferie miasta zauważam, że szoferowi znów podnosi się ciśnienie.

Asfalt stary przyjacielu, nieprędko znów się spotkamy.

Mimo ustalonej na starcie stawki oświadcza: „budjet dopłata”. Nie pozostaje mi nic innego jak zaakceptować ten aneks i jechać dalej. Po dłuższej chwili kończy się asfalt i zaczynają się dziury. Długo nie trzeba było czekać... znów: „budjet dopłata”.

W końcu docieram do bazy, skąd za godzinkę nasza wyprawa oficjalnie wyrusza na podbój górzystej Kirgizji. Odnoszę jednak wrażenie, że moja wyprawa tak naprawdę już się rozpoczęła. Rozpoczęła się w momencie, gdy wsiadłem do taksówki.

Nadeszła w końcu chwila, na którą wszyscy czekaliśmy. Motocykle już osiodłane, a raczej obwieszone tobołkami jak juczne osiołki wyruszające na daleką włóczęgę.

Tym razem przypada mi w udziale znajomy już rumak, Suzuki DR 800 BIG, wierzchowiec niemłody i zaprawiony w boju, a w połączeniu z jeźdźcem pozbawionym instynktów samozachowawczych potrafiący zdziałać niejedno.

Nasi śmiałkowie również gotowi do drogi, prezentują się zacnie w pełnym rynsztunku.

Karawana dwunastu jednośladów majestatycznie opuszcza mury naszej twierdzy, tym samym rozpoczynając motocyklową przygodę. Jeszcze tylko szybkie tankowanie w pobliskiej stacji benzynowej, na której niestety spotykamy się z nieprzyjemnym nawykiem miejscowych do oszukiwania na kasę.

Okazuje się, że operator dystrybutora niczym prawdziwy czarodziej potrafi sprawić, iż banknoty znikają w jego ręce bez śladu i wmawiać, że dałem mu równą kwotę, od której nie trzeba wydawać żadnej reszty. Takich kuglarskich umiejętności nie powstydziłby się nawet najlepszej klasy prestidigitator.

Tak się jednak składa, że jestem dorosły i w czary nie wierzę, egzekwuję więc resztę od udającego poplątanie języka oszusta.

Aby wyjechać z Biszkeku w kierunku drogi prowadzącej na wschód, musimy przedrzeć się przez całe miasto. Nasz orszak rusza więc w stronę centrum. Niestety i tym razem nie ujechaliśmy zbyt daleko.

Cmentarz muzułmański na środku pustkowia - pozostałość po dawnych koczownikach.

Znów stoimy, a tak zwane „kozły” skubią z nas pieniądze pełnymi garściami. Po zapłaceniu „mandatu” kontynuujemy nasza przeprawę przez miejskie korki.

Jazda motocyklem po kirgiskiej stolicy okazuje się bardzo niebezpieczna. Generalnie motocykle w ogóle nie występują w tym kraju, nie ma tu nawet skuterów, a co za tym idzie, kierowcy zupełnie nie wiedzą jak zachować się w obliczu jednośladowego uczestnika ruchu.

Traktują nas zatem jak powietrze i bez pardonu spychają nas z jezdni lub zajeżdżają drogę tak, jakbyśmy po prostu nie istnieli. Kilku z nas cudem umyka przed taranującym motocykl samochodem, którego kierowca doprowadziwszy niemal do wypadku, krzycząc i wyzywając rości jeszcze pretensje do motocyklisty.

Zdarzyło się również, że na czerwonym świetle jakiś przemiły przechodzień potraktował jeden z naszych motocykli kopniakiem.

Niemniej przeprawa przez miasto stołeczne ostatecznie zakończyła się sukcesem i mogliśmy w końcu spokojnie toczyć się w kierunku jeziora Issyk Kul, będącego dziś naszym miejscem docelowym.

Podążamy na wschód szosą biegnącą wzdłuż granicy z Kazachstanem. Asfalt jest tutaj całkiem znośny i w końcu możemy się nieco zrelaksować, delektując się widokami oraz owiewającym nasze twarze wiatrem.

Góry i wzniesienia widoczne po lewej stronie to już Kazachstan. Od czasu do czasu uśmiechają się do nas graniczne kolczatki i ambony strzeleckie strzegące terytoriów obu krajów.

Nieodłącznym elementem tutejszego krajobrazu są rozsiane po największych pustkowiach cmentarze muzułmańskie, przypominające na pierwszy rzut oka skupiska małych piaskowych pałacyków, noszących ślady długotrwałego działania czynników atmosferycznych.

Pierwszą taką nekropolię, będącą pozostałością migrujących kirgiskich nomadów, napotykamy już kilkadziesiąt kilometrów po opuszczeniu Biszkeku.

Turkusowe wody jeziora Issyk Kul.

W miarę jak posuwamy się dalej nawierzchnia robi się coraz gorsza, miejscami asfalt znika całkowicie, aby po jakimś czasie pojawić się ponownie.

Po kilkudziesięciu kilometrach jazdy wzdłuż jeziora, postanawiamy rozbić obozowisko na łączce, znajdującej się tuż przy brzegu tego największego w Kirgizji zbiornika wodnego.

Wybieranie miejsca na ustawienie namiotu wymaga szczególnej ostrożności, gdyż jak się okazuje, łąka ta pełni również rolę pastwiska, na którym pasące się konie, krowy oraz owce pozostawiają niemało pamiątek.

Słońce wciąż jeszcze spogląda na nas radośnie z nieboskłonu, zatem po rozbiciu namiotów delegacja kilku motocykli udaje się w poszukiwaniu jakiegoś jadła i napoju. Ogniska może nie będzie, ale i tak wieczór należy jakoś zagospodarować.

W pobliskiej wiosce udaje nam się znaleźć sklep i zaopatrzyć w słodkie bułeczki oraz piwo.

Wygląda również na to, że Biszkek będzie towarzyszył nam jeszcze długo podczas tej wyprawy, gdyż za namową miejscowych na wieczorną imprezkę kupujemy koniak o tej właśnie nazwie.

Pierwszy dzień naszej motocyklowej eskapady żegnamy przy blasku zachodzącego słońca odbijającego się w tafli jeziora. Jutro ruszamy dalej.

Przygoda dopiero się rozpoczyna...

Obudziłem się dosyć wcześnie. Issyk Kul o poranku.Najwyraźniej różnica czasu wciąż daje się we znaki. A może to stado baranów przepływających niczym nurt rzeki pomiędzy namiotami miało tu coś do powiedzenia.

A trzeba przyznać, iż gadatliwość ich była niemała, a i niezbyt dźwiękoszczelne ściany namiotu przepuszczały bez przeszkód ich gromkie poranne beczenie.

Jednak wciąż pogrążone w głębokim śnie obozowisko wskazywało na to, że liczenie baranów naprawdę powoduje senność, a bek tak wielkiej liczby owiec i bez liczenia może spowodować śpiączkę.

Nie chcąc nikogo przedwcześnie budzić udałem się więc na brzeg jeziora. Zielonkawa tafla wody odbijająca wiszące na niebie ciężkie złowrogie chmury, zakończona pasmem spowitych poranną mgłą gór, tworzyła spektakularny widok.

Oczami wyobraźni niemal widziałem rzeźbione smocze głowy drakkarów majestatycznie wyłaniające się z mgły, która powoli odsłaniała również ich żagle.

Amon Amarth w moich słuchawkach, grający pieśni ku chwale Wikingów dodatkowo potęgował doniosłość chwili sprawiając, iż sam w pewnym sensie poczułem się jak jeden ze zdobywców minionej epoki.

Co prawda zamiast okrętu motocykl, zamiast topora aparat, a zamiast łupów fotografie i wspomnienia.

Niemniej, jeśli chodzi o ucztowanie, motocyklowe zwyczaje biesiadne z pewnością niejednego Wikinga napełniłyby dumą, a i niejedna opowieść z wypraw motocyklowych zasłużyłaby zapewne na pochwalne pieśni, których nie powstydziliby się dawni bohaterowie.

Skrzyżowanie jelenia z motylem... czyli kirgiski pegaz.Dzisiejsza wędrówka zabiera nas na wschód, dość osobliwą drogą wzdłuż turkusowego jeziora Issyk Kul.

Mimo, iż pojawiające się od czasu do czasu nieukończone postkomunistyczne budynki, będące pozostałością po rosyjskim panowaniu obdarzają tutejszy krajobraz swoistą surowością, trasie tej malowniczości zdecydowanie dodają niecodzienne, wręcz baśniowe makiety oraz pokryte kolorowymi malowidłami mury wyrastające na przydrożnych wzniesieniach w najmniej oczekiwanych miejscach.

Zadziwiającym jest fakt, jak wiele wysiłku oraz środków poświęconych zostało przy wznoszeniu tych abstrakcyjnych budowli, które oprócz walorów estetycznych upiększających sam środek pustkowia nie przedstawiają żadnych wartości użytkowych.

Dziwi to tym bardziej, iż jest to kraj biedny, w którym znaczny odsetek ludności mieszka w jurtach, czyli de facto w namiotach.

Surrealizmu dodają tu również pojawiające się na przydrożnych pagórkach pomniki i rzeźby wszelkiego rodzaju zwierząt spoglądających z góry na bezkresne wody jeziora oraz wijącą się wzdłuż linii brzegowej drogę. 

Stopniowo zaczynają pojawiać się również pierwsze jurty gościnne, zachęcające przejeżdżających do spróbowania miejscowej kuchni oraz kuszące perspektywą krótkiego odpoczynku.

Oprócz kilku standardowych potraw, które jak się później przekonamy są nieodłącznym i często jedynym składnikiem tutejszego menu, gospodarze oferują również kumys, czyli sfermentowane kobyle mleko, będące jedynym napojem alkoholowym mającym przyzwolenie dominującego na tych ziemiach Islamu.

Jak mówią dane statystyczne, ponad 80% ludności jest tutaj wyznania muzułmańskiego.

Oficjalnie religia ta nie pozwala spożywać swym wyznawcom napojów wyskokowych, niemniej obserwując zachowanie napotykanych przedstawicieli miejscowej populacji, niejednokrotnie również kierowców pojazdów zmechanizowanych, dochodzimy do wniosku, iż albo zakaz ten traktowany jest z przymrużeniem oka, albo na swej drodze spotykamy jedynie przedstawicieli pozostałych, niemuzułmańskich 20% społeczeństwa.

Sztuka ludów koczowniczych, czyli przydrożne malowidła na środku pustkowia.Teorię tą zdaje się potwierdzać również asortyment większości wioskowych sklepów, w których nierzadko oprócz chleba, wódki, koniaku, piwa i papierosów trudno znaleźć jakiekolwiek inne produkty.

W miarę jak zbliżamy się coraz bardziej do chińskiej granicy nawierzchnia znów się pogarsza, coraz bezwstydniej odsłaniając glebę uprzednio przykrytą pozostałościami asfaltu.

Nielicznymi towarzyszami naszej wędrówki są ciężarówki zmierzające do znajdującej się w tej okolicy kopalni złota Kumtor, oraz wszechobecne osły i krowy, które najwidoczniej podobnie jak my lubią życie na krawędzi i w poszukiwaniu mocnych wrażeń przebiegają nam przez drogę w ostatniej chwili.

Abstrahując od tego, czym kierują się owe przydrożne kłapouchy raz po raz zaglądając śmierci w oczy, faktem jest, iż mimo pozornie pustej drogi zmuszeni jesteśmy do zachowania szczególnej ostrożności.

Niefortunne spotkanie z nawet małych rozmiarów zwierzakiem może okazać się dla motocyklisty fatalne w skutkach. 

Pogoda również nie napawa zbytnio optymizmem, a podążająca naszym śladem złowieszcza chmura burzowa nie zapowiada niczego dobrego, zwłaszcza, iż nadszedł czas zmienić kurs i ruszyć powoli w kierunku zachodnim, prosto na jej spotkanie. Na szczęście do konfrontacji pozostało jeszcze trochę czasu, dzięki czemu wciąż możemy cieszyć się ostatnimi promieniami słońca.

Kanion Skazka Korzystając z ostatnich chwil sprzyjającej aury postanawiamy posłuchać drogowskazu z napisem „Kanion Skazka” i udać się do miejsca o jakże zachęcającej nazwie, którą przetłumaczyć można dosłownie, jako „Bajkowy Kanion”.

W tym celu zjeżdżamy z trasy i odbijamy kilka kilometrów w głąb górzystego terenu podążając piaszczystą dróżką wijącą się pomiędzy coraz bardziej nasiąkającymi czerwienią skałami.

Wreszcie po dwóch dniach tak zwanej dojazdówki, trafiliśmy na pierwszy prawdziwy off-road.

Co prawda na razie tylko kilka kilometrów, ale to dopiero rozgrzewka, mały przedsmak tego, co czeka nas podczas dalszej wędrówki.

W końcu po jakimś czasie nasz mały wąwozik wcina się w ostatnią skałę, która jednak nie ustępuje i wyrasta z ziemi skutecznie zamieniając drogę w ślepy zaułek. 

Parkujemy zatem motocykle i dalszą eksplorację bajecznego kanionu kontynuujemy pieszo, wspinając się w górę, skąd rozciągają się spektakularne widoki.

Spędzamy tu zresztą dłuższą chwilę odpoczywając nieco oraz podziwiając różnorodne formacje skalne, poczynając na strzelistych iglicach pnących się ku niebiosom, a kończąc na intrygujących organicznych kształtach przywodzących na myśl całkiem niedwuznaczne skojarzenia.

Kanion SkazkaNiestety deszczowe chmury, w przeciwieństwie do nas, nie potrzebują odpoczynku i wielkimi krokami nieuchronnie nadciągają w naszym kierunku. Jest już niemal pewne, że za chwilę zmokniemy, wszyscy zatem wkładamy kombinezony przeciwdeszczowe i powoli opuszczamy to wypełnione baśniowym krajobrazem magiczne miejsce.

Na szczęście znów okazuje się, że nie taki diabeł straszny jak go malują i ulewa przechodzi bokiem, dzięki czemu dalszą drogę pokonujemy jedynie w lekkich i przelotnych opadach deszczu. Szaruga utrzymuje się jednak przez resztę dnia.

Aby zatem dojechać do dzisiejszego noclegu, czeka nas przeprawa przez podmokłą błotnistą drogę, przypominającą raczej ślizgawkę, po której motocykle tańczą jak baletnice na lodzie.

Dziś nocujemy w jurtach...

Jazda po takiej nawierzchni nie należy do najłatwiejszych, niemniej staram się nie ominąć żadnej z wypełnionych świeżą deszczówką licznych, często niemałych rozmiarów kałuży, albowiem jazda po błocie i wodzie sprawia mi niesłychaną frajdę.

W rezultacie po dotarciu na miejsce znaczną część mojego kombinezonu, jak również motocykla pokrywa warstwa błotnistej mazi. Koledzy w nieco czystszych ciuchach ze zdziwieniem pytają, czy aby na pewno jechaliśmy tym samym szlakiem.

Dziś nocujemy w jurtach nad słonym jeziorem „Soljenoje Ozjero”.

Zdaniem miejscowych w wodzie jeziora nie sposób zatonąć, gdyż dzięki swemu zasoleniu woda wypycha ciało w górę, unosząc je na powierzchni. Nie sprawdzamy tego jednak na własnej skórze.

W obliczu braku prysznica, warstwa wyschniętej soli pokrywająca całe ciało, nawet przy najmniejszych otarciach i skaleczeniach, o które zresztą nie trudno podczas takiej wyprawy, może okazać się bolesną nauczką.Zatem po spożyciu przygotowanej przez gospodarzy strawy oraz tradycyjnym już kubeczku koniaku Biszkek strudzone towarzystwo udaje się na zasłużony nocny spoczynek. Jak mówi przysłowie, w zdrowym ciele zdrowy duch. Od pogody tego właśnie ducha zależeć będzie zatem w dużej mierze jak wiele frajdy i satysfakcji dostarczy nam czas spędzony na włóczędze z dala od domu.

Zimno, mokro i do domu daleko....

Dlatego też istotnym elementem przygotowań do ekstremalnych podróży w mniej lub bardziej egzotyczne zakątki naszej planety jest przygotowanie organizmu na spotkanie z występującymi w danym rejonie lokalnymi zagrożeniami takimi jak bakterie i wirusy, mogące spowodować kłopoty ze zdrowiem w najmniej odpowiednim momencie i tym samym zniweczyć całą przyjemność płynącą z naszej przygody.

Całkiem niegłupim rozwiązaniem wydają się zatem szczepionki, o które wypadałoby zadbać jeszcze przed opuszczeniem gniazda. Nie wszystkim jednak niebezpiecznym choróbskom można zapobiec przy pomocy szczepień ochronnych.

Zalicza się do nich, między innymi, występująca w niektórych prowincjach Kirgistanu malaria.

Jak się okazało dopiero po naszym powrocie, całkiem nieświadomie otarliśmy się tutaj również o "czarną śmierć”, czyli dżumę. Miesiąc po zakończeniu naszej wyprawy w prowincji Issyk Kul, gdzie notabene spaliśmy w namiotach pośród pasących się zwierząt, odnotowano przypadek śmiertelny tej choroby, a kwarantannie poddano ponad 100 osób.

Przeprawa przez góry TienszanNa szczęście epidemia ta ominęła naszą watahę niedobitków.

Podczas wyprawy nie obyło się jednak bez, co prawda mniej śmiercionośnych, lecz wciąż dokuczliwych dolegliwości, których sztandarowym przedstawicielem było, w mniejszym lub większym stopniu dające się wszystkim we znaki, bakteryjne zatrucie układu pokarmowego.
Podczas dalekich podróży, zwłaszcza podróży na inne kontynenty nasz organizm wystawiony jest na działanie zupełnie odmiennej flory bakteryjnej występującej w jedzeniu, wodzie i generalnie wszędzie, flory bakteryjnej, do której w przeciwieństwie do tubylców nasz układ trawienny nie jest bynajmniej przyzwyczajony.

Przekonałem się o tym na własnej skórze dzisiejszego poranka, gdy obudziła mnie armia nieznanych mojemu organizmowi mikrobów przedzierających się przez flanki rodzimych bakterii mojego ustroju, powodując przy tym chaos i siejąc zniszczenie w moich biednych, bogu ducha winnych jelitach.

Przeprawa przez góry Tienszan

Burzliwe, niemal bitewne odgłosy oraz towarzyszący im skręt kiszek można by porównać do bitwy pod Grunwaldem... bitwy, w której jednakże dla odmiany wygrywają Krzyżacy.

Akompaniujący najeźdźcy ból brzucha jest niemiłosierny. Ba! Jedynym miejscem, do którego mógłbym się teraz udać w poszukiwaniu miłosierdzia wydaje się być toaleta. Nie do końca jednak jest to prawdą, gdyż po dotarciu do niej znów przeżywam chwile grozy.

Tutejsza świątynia dumania okazuje się wyzwaniem dla najodważniejszych. Zmysł powonienia jak również organy wzrokowe wymagają stopniowej aklimatyzacji.

Otwór w ziemi wydaje się sięgać samego piekła, o czym prócz walorów estetycznych zaświadcza również iście makabryczna woń wydobywająca się z tych piekielnych czeluści. Nie ma zatem chwili do stracenia.

Podobnie jak Krzyżacy pospiesznie pozostawili po sobie dwa nagie miecze, ja również pozostawiwszy swe dary oddalam się niezwłocznie z miejsca kaźni..

Dzień rozpoczął się nieciekawie, a brak zrozumienia i współpracy ze strony dzisiejszej aury, która od rana przelotnymi opadami daje nam wyraźnie do zrozumienia, iż nie pała do nas zbytnią sympatią, nie napawa zbytnio optymizmem.

Błotne sinusoidy...

No ale podobno „kto się czubi, ten się lubi”, więc może psia pogoda droczy się tylko z nami, dając zmokniętym motocyklistom do zrozumienia, iż przez resztę wyprawy ogrzeje nas jednak ciepłem słonecznych promieni. 

Ze śniadania u kirgiskich gospodarzy rezygnujemy, gdyż ku naszemu niemałemu zdziwieniu, mimo bliskości chińskiej granicy, oferują nam zupki chińskie z Radomia.

Nie zdajemy sobie jeszcze sprawy z tego, że już za kilka dni zatęsknimy za takim rarytasem. Zatem po wciśnięciu się w skafandry przeciwdeszczowe znów wyruszamy, aby przekonać się, co przyniesie kolejny dzień w drodze.

Jeżdżąc przez większość życia motocyklem po asfalcie przyzwyczajony jestem do widoku tirów mknących z ładunkiem i wijących się niczym stada gigantycznych węży po szosach i autostradach. Co jednak dzieje się gdy asfalt się kończy, a jedyną autostradą jest szutrowa droga biegnąca przez górzystą krainę? O tym, że brak asfaltu w zupełności nie przeszkadza chińskim ciężarówkom nawet w górzystym terenie, przekonaliśmy się wkrótce po tym, jak wyruszyliśmy na południowy wschód, przeprawiając się przez polne drogi oraz bezdroża gór Tienszan w kierunku jeziora Song Kul.

Niestraszne chińskim tirom górskie szutry i serpentyny...

Widok ciężarówki z naczepą nie jest tutaj najwidoczniej niczym nadzwyczajnym, tym bardziej, iż dla nielicznych tubylców napotkanych po drodze widok naszych motocykli wywoływał dużo większe zainteresowanie niż sunący w żółwim tempie tir nad przepaścią.

W miarę jak zapuszczamy się w góry Tienszan, lub jak mówi dosłowne tłumaczenie tej nazwy, w „Niebiańskie Góry”, deszcz pada coraz bardziej, w coraz większym stopniu uprzykrzając nam jazdę.

Droga robi się coraz bardziej błotnista, a co za tym idzie jazda staje się coraz trudniejsza. Nie wiem od czego pochodzi „niebiańska” nazwa tych gór, sądząc jednak po dzisiejszej pogodzie odnosimy wrażenie, że trafiliśmy raczej do czyśćca.

Niezależnie od tego jak niezawodny mamy ekwipunek po kilku godzinach prawie wszyscy jesteśmy przemoczeni. Nie obywa się również bez kilku wywrotek.

Całodzienna jazda w strugach deszczu powoduje także, iż moje nieprzemakalne jak zapewniała specyfikacja buty, nie tylko przemokły, lecz nabrały wody po kostki, dzięki czemu nawet gdyby błędniki w moich uszach zaczęły szwankować, i tak wiedziałbym czy jadę pod górę czy też z górki, gdyż lodowata woda w moich butach w zależności od nachylenia, zupełnie jak w poziomnicy przelewa się, to do przodu, to znów do tyłu idąc mi dosłownie w pięty, mrożąc tym samym krew w żyłach i poprzez impulsy nerwowe dostarczając niezbyt przyjemnych doznań do mojej mózgownicy.

No cóż, przynajmniej nie zasnę...

Zamarzające stopy zdecydowanie działają orzeźwiająco, wyostrzając jednocześnie zmysły, co w zaistniałych okolicznościach wpływa korzystnie na zwiększenie mojego bezpieczeństwa.

Górski przystanek dla tirów

Tam gdzie są tiry, tam znaleźć można również przystanki dla tirów. W końcu napotykamy jedno z takich miejsc postojowych i parkujemy nasze stado motocykli w samym środku enklawy składającej się z czegoś, co wygląda jak starodawne wagony kolejowe rodem z 19-go wieku.

W każdym z nich znajdują się stoliki oraz ławy, przy których strudzeni wędrowcy mogą usiąść i skorzystać z gościny tego osobliwego fast fooda, jak również schronić się przed deszczem. Przed każdym wagonem miejscowi pieką ryby w małych kociołkach, zatem jest szansa na posiłek.

W powietrzu unosi się dziwny, szczypiący w oczy i niezbyt przyjemny w zapachu dym. Jak się okazuje, kociołki,

Jeśli wjedziesz między wrony... musisz wcinać to co one...na których miejscowi pieką ryby, opalane są bardzo ekologicznym oraz szeroko tutaj dostępnym paliwem, będącym efektem końcowym procesów trawiennych tutejszego bydła.

Według polskich mądrości ludowych "bez wołu nie ma rosołu". Kirgiskie mądrości ludowe pokazują nam jednak, że można pójść o krok dalej.

Okazuje się mianowicie, że dysponując wołem, a właściwie jego suszonymi odchodami, możemy mieć nie tylko rosół, możemy również usmażyć rybę. Rybę, którą z braku innych opcji każdy z nas, z mniejszym lub większym grymasem na twarzy skonsumował. Jesteśmy dopiero w połowie dzisiejszej drogi, niemniej dzięki pogodzie i towarzyszącemu jej wszędobylskiemu błotu, wszyscy wyglądamy jak potwory z bagien.

Nasze rumaki nie ustępują nam błotnistą aparycją, wręcz przeciwnie, można by z nich zeskrobać dwa razy więcej mułu i szlamu niż z naszych kombinezonów. Kontynuujemy zatem naszą przeprawę, pozwalając górskim dróżkom
prowadzić się coraz wyżej. Co prawda przejechaliśmy już dziś przez kilka małych górskich strumieni, niemniej w pewnym momencie docieramy do rzeki, przez którą z powodu braku mostu również musimy przejechać wpław.

Sam sobie okrętem...

Na szczęście rzeka okazuje się niezbyt trudna do pokonania i pojedynczo przeprawiamy się na drugą stronę. Przeprawa dostarcza nam mnóstwa frajdy, podobnie jak jazda przez trawiaste stepy i pastwiska, po których mkniemy coraz szybciej, zapominając poniekąd o śliskiej podmokłej trawie i widniejącym tu i ówdzie błocie.

W rezultacie znów zaczynają się piruety oraz kolejne gleby, coraz częściej zaliczane przez uczestników wyprawy.

Zaczynają się również niespodziewane małe górki i skarpy, z których co bardziej rącze motocykle wyskakują niczym ze skoczni narciarskich unosząc sie na kilka uderzeń serca w powietrze, aby wśród ryku silnika opaść z powrotem na ziemię i kontynuować szaleńczą jazdę wraz z towarzyszącymi nam co jakiś czas stadami galopujących koni.

Jedziemy wzdłuż znajdującego się na wysokości 3016 metrów jeziora Song Kul, nad którego brzegiem znajdujemy ostatecznie skupisko jurt, w których spędzimy dzisiejszą noc.

Dzieńdoberek!

Zmarznięci na kość i przemoczeni do suchej nitki z radością witamy kociołki ogrzewające wnętrze jurty. Nie przeszkadza nam nawet zapach palonych odchodów, które również tutaj służą jako materiał opałowy.

Ważne, aby było ciepło i sucho. Po dzisiejszym dniu jesteśmy kompletnie wykończeni, tym bardziej po szybkiej kolacji przygotowanej przez gospodarzy, unoszący się z piecyka swąd w okamgnieniu wysyła nas do krainy snów.

Ostatnia noc była dosyć ciężka. Co prawda wycieńczony całodniowym przedzieraniem się w deszczu przez góry szybko zasnąłem, niemniej wciąż utrzymujące się, wykręcające jelita potworne bóle brzucha zbudziły mnie równie szybko i zmusiły do biegania w środku nocy po deszczu i szukania w ciemnościach toalety.

Przeżycie to nie należało do najprzyjemniejszych. Przypominało nocny desant w koszulce i bokserkach, w nieznanym terenie i egipskich ciemnościach, podczas mrozu i deszczu ze śniegiem...

Chwała na wysokości! a dokładniej na 3016 m n.p.m

Innymi słowy tak prawdopodobnie czułaby się bomba wyrzucona z samolotu podczas nalotu, tym bardziej, iż eksplozja była nieunikniona.

Trudności z żołądkiem utrzymywał y się cały poranek.

Gdy gospodyni zaprosiła całą ekipę na śniadanie do sąsiedniej jurty, długo przyglądałem się misce z kaszą, zastanawiając się czy lepiej głodować, czy jednak skusić się na posiłek, ryzykując jednocześnie wprowadzenie do organizmu kolejnej dawki tutejszych wrogich bakterii. Głód okazał się jednak zbyt silny, ostatecznie wychodząc zwycięsko z potyczki ze zdrowym rozsądkiem.

Moje pospieszne wiosłowanie przez białą papkę nieodparcie kojarzyło się ze sceną z polskiej komedii "Nic śmiesznego", w której jeden z bohaterów z powodu chronicznej biegunki szybko przebierał łyżką w zupie, aby zaraz po opróżnieniu talerza sprintem udać się do stojącego na zewnątrz wychodka.

Wszyscy pamiętamy jak zakończyła się ta kultowa scena. Mój los był zresztą całkiem podobny...

Efekty wczorajszej orki.

Po dniu wczorajszym wciąż wszyscy dochodzimy do siebie.

Przydałoby się nieco odetchnąć i zregenerować siły, zatem dziś w planie luźna przejażdżka dookoła jeziora Song Kul, motocyklem lub konno, w zależności od indywidualnych preferencji. Planujemy jednocześnie skorzystać z gościnności tutejszych nomadów, a co za tym idzie spędzić kolejny nocleg w jurtach nad tym malowniczo położonym zbiornikiem wodnym. Życie jednak, najwidoczniej stwierdzając, iż należy nam się bezwzględny odpoczynek od jakiejkolwiek jazdy, postanowiło napisać zupełnie inny scenariusz dzisiejszego dnia.

Okazało się, że problemy żołądkowe w tym momencie doskwierały już większości uczestników wyprawy.

Wczorajsza całodzienna jazda w strugach deszczu również zebrała swoje żniwo, rozbrajając nasze szeregi gorączką oraz innymi, prawdopodobnie związanym z wysokością, na której się znaleźliśmy, objawami. Jakby ku dodatkowej przestrodze na niebie pojawiły się deszczowe chmury, które jak się wkrótce okazało, bynajmniej nie pojawiły się tu tylko po to, aby dostarczyć górskim krajobrazom walorów estetycznych.

Mając jazdy w deszczu po dziurki w nosie, ostatecznie postanowiliśmy spędzić dzień w jurtach, konsumując różnorakie nalewki oraz wracając w bardzo wolnym tempie do formy.

Co do Shreka?

Mieszkańcy jednej z jurt próbowali najwidoczniej wrócić do formy wypoczywając w nieco bardziej aktywny niż pozostali sposób, gdyż w pewnym momencie ich jurta zawaliła się, pozbawiając ich dachu nad głową oraz zmuszając gospodarzy do odbudowania tego składającego się z drewna, tekstyliów i skóry domostwa. 

W odbudowie zresztą uczestniczyła cała rodzina, począwszy na dzieciach, a skończywszy na starszej babci, która uwijała się jakby dwa razy żwawiej od całej reszty budowniczych, popędzając ich przy to do pracy jak na prawdziwego kierownika budowy przystało.

Towarzyszące odbudowie jurty odgłosy siekiery oraz innego stukania, jak również charakteryzujące się wysoką liczbą decybeli, rozpaczliwe krzyki wydawane przez przebiegające raz po raz na zewnątrz osły, skutecznie
udaremniały nasze próby zaśnięcia.

Odpoczywaliśmy zatem w przeważającej mierze z otwartymi oczami, podziwiając kunszt budowniczych, jak również umiejętności młodych jeźdźców siodłających osły i próbujących nakłonić je do współpracy. Widząc jednak kopniaki lądujące na oślim zadzie w przypadku odmowy kooperacji zaczęliśmy powoli rozumieć genezę tego przeraźliwego oślego zawodzenia.

Chmury wciąż nie dają za wygraną. Nie wystarcza im już sączenie rzęsistych łez zwilżających całą okolicę.

Deszcz powoli przekształca się w lekkie opady śniegu, które coraz bardziej przyozdabiają okoliczny krajobraz, malując białe wzory na górach, niczym piekarz lukrujący smakowite pierniki.

Tymczasem w wiosce Smerfów...

W przeciwieństwie jednak do ciepłego ciasta, góry zioną coraz większym chłodem.

Chłodem, przed którym chroni nas jedynie cienka ściana jurty oraz kociołek skromnie ogrzewający jej wnętrze.

Oj, zapowiada się mroźna noc. Noc, jak okazuje się kolejnego ranka, najwyraźniej obfitująca również w zjawiska nadprzyrodzone...

Jak inaczej bowiem wytłumaczyć znaleziony nazajutrz na silniku mojego motocykla dorodny kęs paliwa organicznego w postaci suszonych odchodów? Sen to, czy jawa? A może to tutejszy Mikołaj pozostawił dla mnie te dary? Na szczęście krótkie śledztwo rzuciło nieco światła na tą tajemnicę...

Jak głosi legenda, ostatniej nocy, kilku zbudzonych przez dreszcze i drgawki, zmarzniętych na kość śmiałków, po zgaśnięciu ognia w kociołku naszej jurty postanowiło rozpalić piec na nowo.

Próżne jednak były ich próby, suszonka ni jak nie chciała zapałać życiodajnym płomieniem. Ale jak powszechnie wiadomo, potrzeba jest matką wynalazku.

Poszli więc śmiałkowie po rozum do głowy i w ich głowach zaświtała idea. Dlaczegóżby nie zwilżyć bryłek opału benzyną i jak nic przyjemne ciepełko rozejdzie się po całej jurcie, ogrzewając ciała pogrążonych we śnie, jak również próbujących zasnąć wędrowców.

Jako jedyny z cieknącym gaźnikiem, mój motocykl okazał się idealny do tego zadania i niczym Prometeusz, dał ludziom ogień. Dar ten pozwolił przegonić nieco chłód, dzięki czemu przetrwaliśmy szczęśliwie do rana.

I tym właśnie optymistycznym akcentem rozpoczął się kolejny dzień naszej wspaniałej wyprawy.

Czar opuścić malowniczy płaskowyż nad jeziorem Song Kul

Co prawda pogoda poprawiła się nieco i słońce wyjrzało dziś z za chmurki, niemniej wszyscy od rana kaszlą jak, nie przymierzając, stare diesle.

Dzień postoju, jak również dwie noce, które miały postawić nas na nogi, z powodu surowych, niemal warunków niestety nie zdołały sprostać zadaniu.

Wygląda na to, że nie mając innego wyboru będziemy zmuszeni dochodzić do siebie w siodle.

Na śniadanie znów biała papka, tym razem w postaci przygotowanego przez gospodarzy ryżu z dżemem.

Okazuje się to jednak całkiem smaczną kombinacją, zważywszy, że dzięki wtoczeniu farmaceutycznej ciężkiej artylerii moje problemy żołądkowe powoli odchodzą w niepamięć.

Już od dwóch dni do zestawu śniadaniowego dorzucam garść tabletek, które w walce z bakteryjnym zatruciem pokarmowym okazują się nieocenionym sprzymierzeńcem, bezlitośnie zmuszając bóle brzucha do odwrotu.

My również powoli wycofujemy się z tego malowniczego zakątka, jakim jest bez wątpienia, otoczony górami płaskowyż nad jeziorem Song Kul. 
Przez znaczną część dnia zjeżdżamy w dół po żwirze i kamieniach. Początkowo, pomimo słonecznej pogody wciąż dokucza nam zimny wiatr. Nie powinno to jednak dziwić gdyż wciąż jesteśmy na wysokości około 3 tys. metrów n.p.m

Wygląda jednak na to, iż stopniowo udaje nam się opuścić krainę deszczowców, gdyż słońce coraz żwawiej ogrzewa nasze grzbiety. Miło jest poczuć dla odmiany trochę ciepła oraz suchego podłoża, choć to drugie wcale nie oznacza łatwiejszej jazdy, gdyż żwir i kamienie bynajmniej nie są największymi sprzymierzeńcami przyczepności kół do nawierzchni.

Mimo iż opuściły nas opady deszczu, wciąż nie opuszczają nas pojawiające się z różną częstotliwością stada koni, będące nieodłącznym elementem tutejszego krajobrazu.

Ciągła jazda w dół wymaga nieustannego zwalniania rozpędzanego działaniem grawitacji motocykla, a co za tym idzie, poważnego nadużywania hamulców.

Pomimo prób odciążenia hamulców poprzez intensywne hamowanie silnikiem i tak napotykam pierwszy problem techniczny, a mianowicie śruba mocująca mój pedał hamulca niczym szczur postanawia pierwsza opuścić okręt i najzwyczajniej w świecie odpada od motocykla, pozostawiając tym samym dyndającą luźno tuż nad żwirowym podłożem dźwignię. Logicznie rzecz biorąc, należałoby przypuszczać, iż awaria powinna spowodować opóźnienie. Nie w tym przypadku. Natura mojej usterki powoduje, iż wbrew przypuszczeniom po prostu szybciej docieram do celu, lub raczej do pierwszego przystanku, którym jest leżąca na wysokości 2063 m n.p.m. wioska Bayetovo. 

Kolejna wyprawa Koguta - cz.2

Grzegorz Kogut - EAGLE KNIGHTS

Oddział Nowy Jork, www.eagleknights.org

&

Kategoria: Podróże > Podróże Eagle Knights

Data publikacji: 2015-11-17

Baner
Baner
Ogłoszenia/classifieds
Ogłoszenia Zobacz ogłoszenia >>
Baner
Baner
Baner
Plus Festiwal

Podoba Ci się nasza strona?
Polub nasz profil na Facebooku.