PLUS

Baner

Kolejna wyprawa Koguta - cz.2

Kolejna wyprawa Koguta - cz.2

...tym razem Kogut dołącza do grupy „www.podrozemotocyklowe.com” i rusza do serca Azji na podbój krainy jurt i kumysu, górzystej Kirgizji.

Kolejna wyprawa Koguta - cz.1

Na szczęście w wiosce, u miejscowego mechanika udaje się znaleźć godne zastępstwo dla zgubionej śruby i mój motocykl zostaje przywrócony do stanu pełnej sprawności. Znajdujemy tutaj również stary postkomunistyczny hotel, w którym zatrzymujemy się na obiad.

Dużego wyboru co prawda nie ma, ale jedzenie jest przyzwoite, a obsługa całkiem uprzejma. Eh, chciałoby się zostać już tutaj na noc, ale niestety, nie ma tak dobrze.

Dziś czeka nas jeszcze około 80 km off-road'owej przeprawy przez góry. Wygląda również na to, że jest to ostatnia szansa na zrobienie niezbędnych zakupów, zatem każdy zaopatruje się w prowiant i alkohol, czyli artykuły niezbędne do przeżycia kolejnego dnia w ekstremalnych górskich warunkach.

Pomnik Lenina - gatunek na wymarciu.

Jeszcze tylko pamiątkowe zdjęcie przy należącym do ginącego gatunku pomniku Lenina i ruszamy w dalszą drogę. Z wolna opuszczamy dolinę i znów konsekwentnie, poprzez kamienie, błoto i żwir niczym mrówki pniemy się gęsiego w górę.

Ale do czasu, gdyż w pewnym momencie okazuje się, iż od dłuższej chwili brakuje części naszego stada. Zarządzamy więc mały postój. Z miejsca, w którym się zatrzymaliśmy rozciąga się spektakularny widok na otoczony górami zielony płaskowyż przecięty w poprzek wielkim brązowym kanionem.

Widzimy również z góry wracający w kierunku Bayetova motocykl. Widocznie coś się stało. Na szczęście, jak się później okazało, nie było to nic groźnego. Jeden z motocykli po prostu złapał gumę.

Znów pniemy się w górę!

Przez dłuższy czas podziwiamy widoki, niemniej w końcu zapada decyzja i ruszamy w dalszą drogę.

Spotkamy się na miejscu w Tash Rabat, czyli leżącej w pobliżu chińskiej granicy, piętnastowiecznej kamiennej twierdzy, będącej niegdyś przystankiem dla karawan podążających jedwabnym szlakiem.

Co prawda nie jesteśmy średniowiecznymi kupcami na wielbłądach, niemniej właśnie tam planujemy schronić się dzisiejszej nocy wraz z naszą karawaną jucznych motocykli.

Do celu dojeżdżamy grubo przed zmrokiem jest wiec jeszcze trochę czasu, aby się nieco rozejrzeć i zatroszczyć o nocleg.

Wynajmujemy kilka jurt ulokowanych nieopodal kamiennych murów tej niewielkiej fortecy i oczekujemy na naszych brakujących towarzyszy, którym udaje sie dołączyć do nas jeszcze przed zapadnięciem ciemności.

Zmiana wierzchowca.

Czas zatem na ucztę w jurcie gościnnej, gdzie gospodarze
przygotowali już dla nas dosyć suto zastawione stoły.

Biesiadujemy więc do późnych godzin nocnych radując się jednocześnie z szczęśliwego powrotu naszych zagubionych kompanów. 

Powoli jednak zmęczone całodzienną jazdą towarzystwo wykrusza się i większość udaje się na nocny spoczynek. Mimo, iż zbliża się północ, mnie w dalszym ciągu rozpiera energia i ani mi w głowie sen. Wręcz przeciwnie. Tutejsze gwiaździste niebo sprzyja rozmyślaniom i kontemplacji, a trzeba przyznać, że brak jakiejkolwiek cywilizacji, a co za tym idzie sztucznych źródeł światła, jak również wysokość, na której się znajdujemy sprawia, iż nocny nieboskłon swym wyglądem zapiera dech w piersiach.

Wyżej, wyżej, coraz wyżej...

Oddychanie zresztą z powodu rozrzedzonego powietrza i bez tego jest już mocno utrudnione.

Skoro tutaj w dolince niebo prezentuje się tak pięknie, jaki widok musi rozciągać się ze szczytu jednego z pagórków otaczających Tash Rabat?

Niedotlenienie mojego mózgu wpływa na podjęcie decyzji o głębszym zbadaniu tego zagadnienia i już po chwili dziarsko wspinam się na górkę. Dziarskości jednak nie starcza na długo, gdyż szybko ustępuje ona miejsca zadyszce.

Mimo, iż nie jest to stroma górka wspinaczka nie idzie zbyt imponująco. Co kilka kroków serducho próbuje wyskoczyć z zawiasów, a powietrza brakuje niczym rybie wyciągniętej z wody.

Skutki choirboy wysokościowej i niedotlenienia mózgu.

Na wysokości ponad 3 tys. m n.p.m. nawet mały wysiłek potrafi wycisnąć z człowieka siódme poty.

Nie poddaję się jednak i już po czterdziestu minutach jestem na szczycie. Może nie było łatwo, ale na pewno było warto.

Sąsiadujące szczyty rozświetlone blaskiem księżyca oraz gwiazd rozsianych obficie po ciemnym firmamencie rysują piękną panoramę.

Nieliczne chmury rozrzucone po nieboskłonie nieśmiało wyłapują to płynące wprost z kosmosu światło dodając swą poświatą dramatyzmu tej bajkowej scenerii. Kropki nad i dodaje spadający meteoryt, który w pewnym momencie, świetlistą linią przecina nieboskłon, aby po chwili zgasnąć na zawsze.

Łapiąc oddech delektuję się widokiem oraz niepowtarzalną atmosferą. Trudno jednak znaleźć słowa, które w pełni zdołałyby opisać piękno tej chwili. Czuję się jak w "Baśni z tysiąca i jednej nocy".

Po jakimś czasie, kątem oka zauważam rozbiegane światła latarek w naszym obozowisku. Albo ktoś zmierza tam w dole do ubikacji albo współtowarzysze zauważyli moją nieobecność i rozpoczęli poszukiwania.

Czas zatem wracać. Droga w dół okazuje się dużo łatwiejsza i mniej wymagająca.

Grawitacja jest tu zdecydowanie moim sprzymierzeńcem. Po dotarciu na miejsce niepostrzeżenie wślizguję się do jurty i z głową pełną niezapomnianych wrażeń zasypiam.

Przeważnie po nocnym śnie następuje pobudka. Tak również stało się tym razem i choć pobudka zwykle nie należy do rzeczy przyjemnych, dziś towarzyszył jej dodatkowy dyskomfort. Sen w chłodnej jurcie na wysokości ponad 3 tys. metrów dał się nieco we znaki, powodując ból gardła oraz kapanie z nosa niczym w kranie z uszkodzoną uszczelką, niestrudzenie odmierzającym czas rytmicznymi uderzeniami kropli o zlew.

Gdzie strumyk płynie z wolna...Jednakże woda dzisiejszego poranka wydawała zgoła odmienne odgłosy mknąc rwącym strumieniem wijącym się pośród kamieni. Nie tylko zresztą woda wypełniała dziś poranne powietrze bogactwem dźwięków.

Już niemal od świtu, w tle relaksującego szumu strumienia słychać było donośny śpiew. To pasterz na koniu zapędzając stado owiec po stromym zboczu góry śpiewał po kirgisku wniebogłosy, a echo niosło dźwięk po całej dolinie.

Takiej akustyki nie powstydziłaby się żadna filharmonia, a i poziom woltyżerki z pewnością zadziwiłby publiczność niejednego cyrku.

Patrząc na te karkołomne wyczyny zacząłem się zastanawiać czy przypadkiem kirgiskie konie nie potrafią wspinać się na drzewa. A może to zasługa piosenkarza i jego zaklętej pieśni. Jedno jest pewne, cokolwiek nie byłoby genezą tego spektaklu, Janosik mógłby się od tutejszych górali niejednego nauczyć. Podobnie zresztą, jak w Janosikowej opowieści, i tutaj nie zabrakło górskiego zamku, choć bardziej właściwym określeniem byłaby mała twierdza. 

Twierdza Tash Rabat

W przeciwieństwie do legendy o rozbójnikach, twierdza ta jednak nie była w przeszłości siedliskiem złego wielmoży, lecz prawdopodobnie klasztorem przekształconym około piętnastego wieku w schronisko dla średniowiecznych wędrowców i kupców, podążających jedwabnym szlakiem, łączącym Chiny z Europą oraz Bliskim Wschodem.

Po szybkim zwiedzeniu tej kamiennej perełki średniowiecznej architektury oraz znakomitym śniadaniu podanym przez gospodarzy jurt opuszczamy Tash Rabat kierując się z powrotem do Bayetova, a potem dalej na zachód.

Już od początku natura wita nas otwartymi ramionami, a właściwie rozpostartymi skrzydłami trzech orłów, które na moment dołączają do naszej gromady, jakby zaciekawione niecodziennym widokiem stalowych rumaków mknących poprzez górską dolinę.

Niestety nie tylko orły zaciekawiły się naszą tutaj obecnością. Jak powszechnie wiadomo wszystkim pasjonatom jednośladów, jednym z najbardziej natrętnych, a zarazem niebezpiecznych zwierząt czyhających na życie motocyklisty jest przydrożny pies. 

Opłakane skutki zderzenia motocykla z psem.Zwierzak ten, szczycący się mianem najlepszego przyjaciela człowieka, z powodu swego wrodzonego pociągu do pojazdów jednośladowych, nierzadko przy okrzykach bojowych zajadłego szczekania, wyskakuje niespodziewanie prosto pod koła motocykla i niczym gepard goniący antylopę, przez kilka sekund próbuje dorwać swą spalinową ofiarę.

Wąchanie spalin jednak to wszystko, na co może liczyć w większości przypadków. Niestety dzisiejszego poranka zabrakło nam szczęścia. Fortuna kołem się toczy i w takie właśnie koło motocykla jednego z naszych kolegów, po krótkiej szarży uderzył przydrożny pies.

Konsekwencje takiego obrotu sprawy były dosyć nieprzyjemne.

W wyniku uderzenia koło motocykla zostało podcięte, powodując przykre spotkanie motocykla oraz motocyklisty z glebą. Czworonogi sprawca wypadku, jak zresztą nietrudno się domyślić, szybko wstał, otrzepał się i w poczuciu spełnionego obowiązku oddalił się merdając wesoło ogonem.

Nam niestety nie było już tak wesoło.

Po podniesieniu motoru okazało się, że kolega ma złamaną nogę. Całemu zdarzeniu przyglądało się dwóch Kirgizów na koniach, do psa jednak w obawie przed konsekwencjami żaden z nich się nie przyznał.

Udało nam się jednak nakłonić ich do pomocy w zorganizowaniu dwóch desek, dzięki którym używając pasów napinających do mocowania bagażu usztywniliśmy nogę pogrążonego w cierpieniu towarzysza. Dla niego niestety wyprawa motocyklowa właśnie się zakończyła.

Jedyne, co mogliśmy w tej sytuacji zrobić to poprosić miejscowych o pomoc w przetransportowaniu rannego samochodem do najbliższego szpitala, który znajdował się kilkaset kilometrów od naszej obecnej lokalizacji, oraz zorganizować transport motocykla do bazy w Biszkeku.

Eh, góry moje góry...Aby dotrzeć do Bayetova znów czeka nas 80-cio kilometrowa przeprawa off-road'em przez góry.

Czaderska traska o zróżnicowanym podłożu prowadzi nas po szutrze, kamieniach, żwirze i błocie, nieprzerwanie ukazując wypasione widoki. Dziś jednak nie jesteśmy w stanie w pełni delektować się pięknem górskich krajobrazów.

Wszyscy jedziemy z zachowaniem szczególnej ostrożności, wciąż mając w pamięci wypadek naszego kompana. A zwierzyny na naszej drodze jak na złość wcale nie ubywa. Wręcz przeciwnie.

Tu i ówdzie pojawiają się raz po raz dosyć pulchne susły. Na widok pędzących motocykli salwują się ucieczką pędząc zabawnie niczym okrągłe futrzaste miśki o krótkich nogach i po małym sprincie znikają w swych norach sterczących z podłoża niczym gigantyczne kretówki.

Po chwili okazało się, że również ja musiałem wziąć nogi, a raczej koła za pas i uciekać co motocykl wyskoczy, gdyż niespodziewanie zaczęło mnie gonić dwóch Kirgizów na koniach. Wyścig trwał kilka długich minut, jednak na dłuższą metę konie nie miały szans z motocyklem i ostatecznie opadły z sił.

Górskiej przeprawy ciąg dalszy.

Swoją drogą zabawne to uczucie, gdy w lusterku wstecznym zamiast samochodów widzi się pędzących jeźdźców na koniach.

Krowy również dopisały dziś tłumnie, przechadzając się beztrosko wzdłuż oraz w poprzek trajektorii naszej jazdy i dotrzymując nam tym samym towarzystwa podczas tej górskiej przeprawy. Towarzyszące im byki niejednokrotnie przyjmowały pozycję bojową, przygotowując się jakby do szarży. Na szczęście skończyło się tylko na prezentacji groźnego wyglądu oraz przechwałkach i żaden byk nie zaatakował.

W końcu docieramy do Bayetova, jednak z powodu opóźnienia związanego z wypadkiem jest już za późno, aby ruszać w dalszą drogę. Zatrzymujemy się zatem w zdewastowanym postkomunistycznym hotelu. Z braku innych opcji dzisiejszą noc spędzimy właśnie tutaj.

Witamy w naszej bajce.Co prawda nie ma tu ubikacji, nie ma bieżącej wody, a drzwi łazienek w naszych pokojach zabite są gwoździami, niemniej dach nad głową oraz łóżko to i tak więcej niż moglibyśmy sobie wymarzyć. Trzeba również przyznać, że w pokojach jest całkiem czysto.

Na podwórku za hotelem jest zresztą jakiś wychodek oraz wielka beczka na deszczówkę, z której można jednak zaczerpnąć nieco H2O. W porównaniu z dotychczasowymi noclegami możnaby zaryzykować stwierdzenie, że dziś pławimy się w luksusie.

Ku naszemu zaskoczeniu okazuje się, iż jak mówi gospodarz, jesteśmy tutaj pierwszymi gośćmi hotelowymi od dwóch lat. Najpierw była rewolucja, a potem po prostu nikt już tu nie przyjeżdżał.

Mało tego, stanowimy tu tak wielką sensację, iż sąsiedzi z za płotu nagrywają komórkami każdy nasz ruch, wydzwaniając co chwilę jakby zdając komuś relację. Ot po prostu taki hotelowy monitoring.

A może po prostu miejscowi, zaniepokojeni nagłym napływem spragnionych podróżników martwili się o to, że w hotelowym sklepie monopolowym może dziś zabraknąć alkoholu.

Sklep ten zresztą wydawał się być jedynym źródłem utrzymania tego opustoszałego hotelu, dostarczając zapewne towary dla całej okolicy. Towary, które zdecydowanie pomogły nam zasnąć dzisiejszego wieczoru.

Opuszczamy gościnne Bayetovo i wyruszamy na zachód w kierunku Osz, czyli leżącego tuż przy granicy z Uzbekistanem, drugiego co do wielkości miasta Kirgizji.

Okazuje się, że przez cały dzień przychodzi nam jechać bardzo suchą szutrową nawierzchnią. Towarzysząca naszym motocyklom łuna kurzu jest tak gęsta, że dosłownie świata nie widać.

Jedziemy aż się kurzy...Jedyne oczy, które widzą gdzie tak naprawdę jedziemy to oczy osoby na czele naszego gęsiego szyku.

Dłuższa jazda po takiej nawierzchni okazuje się dosyć wyczerpująca, a gęsty kurz dostający się do oczu i dróg oddechowych powoduje ostre swędzenie organów wzrokowych oraz utrudnione oddychanie.

Po jakimś czasie nasze twarze przybierają barwy ochronne upodabniając się kolorystycznie do podłoża, które niczym kałamarnica wypuszczająca swój atrament coraz bardziej farbuje motocykle oraz jeźdźców wraz z ich dobytkiem.

Jazda z piekącymi oczyma niemal po omacku nie jest niestety jedyną niedogodnością dzisiejszej przeprawy.

Hasanie po Kirgistanie.Motocykle nie trzymają się zbytnio sypkiego żwiru z kamieniami, wymuszając jazdę gęsiego po wyjeżdżonym oponami szlaku. Każda próba wyprzedzenia lub jazdy po sypkich żwirowych muldach powoduje, iż motocykle tańczą jak oszalałe, niejednokrotnie zrzucając jeźdźców niczym rozbrykane dzikie konie.

Po 100 kilometrach tej męczarni nie możemy się już doczekać asfaltu. W końcu zatrzymujemy napotkany traktor i pytamy miejscowych o drogę. Z pojazdu wytacza się dwóch traktorzystów, którzy na pytanie: „ile jeszcze kilometrów do asfaltu?” z wyraźnym rozbawieniem odpowiadają nam: „daljeko”.

Więcej informacji nie udało nam się niestety uzyskać.

Co prawda nie jestem wróżbitą, niemniej z ich napuchniętych, czerwonych twarzy oraz małych, zapadniętych w głąb facjaty oczek udało mi się wyczytać, że raczej za kołnierz nie wylewają.

W dalszym ciągu nie jestem do końca pewien, jakim cudem prowadzą ten traktor. A może po prostu, podobnie jak koń znający drogę do domu, traktor ten również sam wiezie woźnicę i jego towarzysza do celu.

Całe szczęście, że oprócz nas są tutaj jedynymi uczestnikami ruchu.

Tutejszy PGR, czyli pozostałość po kopalni złota.Po chwili weseli furmani wsiadają do swej maszyny, a rączy traktor niesie ich dalej przed siebie. Postanawiamy skorzystać z małej przerwy i nieco odetchnąć, zwłaszcza, że wciąż czekamy na dwa brakujące motocykle.

Po jakimś czasie widać łunę kurzu na horyzoncie. Niestety dociera do nas już tylko jedna zguba.

Okazuje się, że BMW miało kilka wywrotek, z których ostatnia zakończyła się uszkodzeniem silnika. Są też obite żebra.

Nie pozostaje więc nic innego, jak znaleźć jakiś transport i wysłać parę rozbitków wraz z niesprawnym motocyklem do bazy w Biszkeku.

Na szczęście w pobliskiej wiosce udaje się znaleźć gospodarza z ciężarówką, który za niewielką opłatą zgadza się wybawić naszych pechowców z opresji.

Dalszą wyprawę kontynuuje już tylko dziesięć z dwunastu motocykli. 

Z 14 śmiałków pozostało nas już tylko 11. Pamiętając zatem o tych, którzy polegli na polu chwały ruszamy dalej.

Wczasy na łonie natury.
Docieramy w końcu do czegoś, co przypomina jakby miasteczko. Mnóstwo wiejskich chat i małe, składające się z kilku zdezolowanych budynków blokowisko.

Podobno kiedyś w pobliżu Kazarman, bo tak właśnie nazywa się ta miejscowość, znajdowała się kopalnia złota będąca źródłem utrzymania miejscowej ludności. Jaki mówi przysłowie, nie wszystko złote co się świeci. Tutaj jednak nie świeci się już nic.

Dziś złota już nie ma, a jedynym bogactwem naturalnym, którego tu nie brakuje jest wszechobecny, pokrywający wszystko bez wyjątku kurz.

Zakurzone półki miejscowego sklepu również nie imponują asortymentem, a jedyne skarby, jakie można tu znaleźć to alkohol i papierosy... no i dwa ostatnie bochenki płaskiego kirgiskiego chleba, które zasilą naszą dzisiejszą wieczerzę. Kolacja już jest.

Teraz czas znaleźć nocleg. Niestety, ze względu na opóźnienie związane z awarią motocykla, nasze szanse dotarcia do Osz wyglądają nieciekawie.

Po opuszczeniu Kazarman zaczynamy zatem rozglądać się za miejscem spoczynku i znajdujemy takowe „nad rzeczką opodal krzaczka”. Krzaczków zresztą tu nie brakuje.

Zielono mi...

Okazuje się bowiem, że natura próbuje ugościć nas tutaj czym chata bogata, ukazując polany hojnie porośnięte konopiami indyjskimi.

Brązowa woda w rwącym strumieniu nie zachęca co prawda do kąpieli, zwłaszcza, iż dziś wjechaliśmy w teren zagrożony malarią, niemniej nadaje się doskonale do schłodzenia trunków oraz umycia zakurzonego motocykla.

Po całodziennej jeździe w tumanach kurzu przyda się nieco odpoczynku na łonie natury. Zasypiamy więc błogo wśród zapachu ziół i szmeru strumienia.

Z nowym dniem pojawia się nowy bohater opowieści, w którego obecność, jak się później okazuje, obfitować będą nasze dzisiejsze podboje.

Już na dzień dobry, po wyjściu z namiotu napotykamy maślane i zdecydowanie zdziwione spojrzenia krów, których stado próbuje przecisnąć się pomiędzy namiotami. Najwidoczniej obozowisko rozbiliśmy na krowiej drodze do wodopoju.

Drodze, która najprawdopodobniej po raz pierwszy w krowim życiu tutejszego stada zablokowana została przez namioty i motocykle.

Pralko-suszarka

Nic więc dziwnego, iż osłupiałe bydło patrzy na nas jak wół na malowane wrota, zupełnie nie wiedząc, co ze sobą zrobić. Postanawiamy zatem otworzyć wrota dla bydlęcego traktu i powoli zwijamy obozowisko.

Pakujemy się, a ja, jak zresztą każdego poranka, pamiętam również o „załadowaniu baterii”. Ładuję ich pełne kieszenie... Ale zacznijmy może od początku...

Kilka dni temu, podczas postoju, jeden z kolegów zapytał mnie: „Kogut, dlaczego rzucasz w dzieci bateryjkami?”

Po chwili konsternacji przyznałem, iż zawinięte w złotko cukierki, które rzucałem w stronę machających do nas tu i ówdzie dzieci, mogły faktycznie przypominać w wyglądzie baterie, a całkiem pokojowy gest, na pierwszy rzut oka mógł się kojarzyć z aktem agresji.

Bombardowanie jednak nie było bynajmniej moją intencją, a i dzieci przeważnie przyjmowały słodycze z uśmiechem na twarzach.

Ekwipunek spakowany. Rumaki osiodłane. Magazynki pełne słodkiej amunicji. Jeszcze tylko pamiątkowe zdjęcia w zielonych łanach tutejszego zioła i ruszamy w dalszą drogę.

Kierujemy się na Jalal-Abad, a następnie, aby dotrzeć do Osz objeżdżamy kawałek Uzbekistanu, który niczym klin wcina się w Kirgizję blokując nam przejazd.

Jest zasięg!Przez większość dnia jedziemy górami.

Niestety sucha szutrówka znów częstuje nas sporą dawką kurzu, a co za tym idzie, z powodu podrażnionych oczu, podziwianie górskich krajobrazów jest nieco utrudnione.

Oczy jednak, jak bardzo nie byłyby czerwone, trzeba mieć dziś szeroko otwarte.

Okazuje się bowiem, iż podwyższony poziom adrenaliny prawdopodobnie wpływa korzystnie na jakość krowiego mleka i tutejsze bydło rogate masowo pcha się pod koła.

Można by wręcz zaryzykować stwierdzenie, że motocykle działają tutaj jak przysłowiowa płachta na byka. Nie trzeba zresztą długo czekać na spotkanie z dorodnym, kilkuset-kilogramowym samcem prowadzącym swą wybrankę po górskiej dróżce.

Na nasze nieszczęście byk, najwidoczniej próbując zaimponować swej krowie, na widok naszych motocykli przyjmuje pozycję bojową.

Cukierki, tzw. "bateryjki"Z jednej strony góra, z drugiej przepaść. Innej drogi nie ma.

Wygląda na to, że to byk złapał nas tutaj za rogi i zrobił nam sytuację patową. Ruszając w jego kierunku ryzykujemy szarżę, czekając jednak tracimy cenny czas.

Na szczęście kilka drobnych kamyków (nie mylić z bateryjkami), wysłanych w kierunku strażnika ścieżki wystarczyło jako zapłata za myto i byk odsunął się na pobocze, a my już z poczuciem mniejszego ryzyka wolno przejechaliśmy drugim krańcem górskiej drogi, zachowując maksymalny dystans od półtonowej, napompowanej testosteronem masy mięśni i rogów.

Co prawda nie są to święte krowy, niemniej do byka zdecydowanie nabraliśmy dziś respektu.

Po 150km góry rysują się już jedynie w lusterkach wstecznych i można w końcu uczciwie powiedzieć, że jedziemy po asfalcie.

Począwszy na Jalal-Abad przejeżdżamy nawet przez kilka miejsc, które śmiało nazwać można miasteczkami. Aż się łza w oku kręci. W końcu cywilizacja. Przynajmniej przez moment tak nam się wydaje.

Korzystając z okazji postanawiamy zrobić małe zakupy w przydrożnym sklepiku.

Kirgiskie góry i doliny.

Pozostawienie kasku na głowie podczas krótkiego postoju wydawać mogłoby się rzeczą całkiem normalną, niemniej w zapomnianej przez motocykle części świata, wejście do sklepu w pełnym rynsztunku, kasku i okularach przeciwsłonecznych może narobić niemałej draki.

Przekonał się o tym jeden z naszych współtowarzyszy, na widok którego starsza pani sklepowa niemal wyzionęła ducha. Po tym jak nasz „obcy” w kosmicznym skafandrze zmaterializował się w drzwiach sklepu, oczy starszej kobiety niemal wyszły z orbit.

Staruszka ostatnim tchnieniem krzyknęła „Oj!”, po czym upuściła trzymaną przez siebie w ręku szmatę i nakryła się nogami finezyjnie wywijając orła. Do tego, że wszyscy patrzą tu na nas jak na kosmitów już się przyzwyczailiśmy, niemniej dzisiejsza ofiara spotkania trzeciego stopnia uzmysłowiła nam, iż tą, jak do tej pory myśleliśmy przenośnię, należy zacząć traktować raczej dosłownie.

Na szczęście był to pierwszy, a zarazem ostatni przypadek podczas tej wyprawy, gdy kobiety mdlały na widok przystojnego motocyklisty.

My też już zresztą powoli opadamy z sił. Co prawda zmiana nawierzchni na asfalt spowodowała, iż pozbyliśmy się dokuczliwego kurzu, niemniej lejący się z nieba skwar nadrabia ten niedobór przeciwności losu, utrzymując dyskomfort naszej jazdy na odpowiednim poziomie. 

Przynajmniej człowiek czuje, że żyje… i trzeba przyznać, iż jest to dosyć mocne odczucie, dodatkowo potęgowane przez doskwierający nam głód, który niczym szósty zmysł sygnalizuje konieczność rychłego uzupełnienia składników odżywczych w świecących pustkami żołądkach.

Nie zważając jednak na kłody, rzucane nam pod nogi przez kolejny dzień w siodle, nasze dzielne motocykle, przy akompaniamencie grających marsza kiszek, wciąż niestrudzenie prą do przodu.

Degustacja kumysu.

I prawdopodobnie parłyby tak w nieskończoność, gdyby nie napotkana po drodze jadłodajnia, której ustawione w cieniu pod drzewami stoliki, uśmiechnęły się do nas zachęcająco, swym wyglądem składając nam obietnicę odpoczynku oraz gorącej strawy.

Niestety jednak skończyło się tylko na obietnicach, gdyż podane przez gospodarzy jadło okazało się zupełnie niezjadliwe. Zostaliśmy natomiast poczęstowani kumysem, którego wbrew obawom o problemy żołądkowe, zdecydowałem się tym razem zakosztować.

Trzeba przyznać, iż kumys, czyli sfermentowane końskie mleko, a mówiąc ściślej mleko klaczy, charakteryzuje się bogatym bukietem zapachowym, przywodzącym na myśl aromat oscypka. W smaku natomiast przypomina nieco polski żurek.

Zadowoliłem się jednak zaledwie kilkoma małymi łyczkami, gdyż co jak co, ale do kolejnych problemów żołądkowych jakoś mi nie spieszno, a kumys zapewnia iście końską dawkę, złowrogich dla nieazjatyckiego układu pokarmowego bakterii.

Z pustymi brzuchami ruszamy dalej. Przynajmniej motocyklom jest lżej.

Czyści, pachnący i syci. W końcu!W pewnym momencie moje oko wychwytuje coś co nie do końca wydaje mi się realne.

Nie jestem pewien czy źle przeczytałem napisany cyrylicą znak, a może po prostu z głodu i upału mam omamy wzrokowe. Czytam jeszcze raz, sprawdzam dokładnie, o pomyłce nie może być mowy. Przejeżdżamy właśnie przez wioskę o jakże znajomej nazwie: Boston.

Wioska za wioską, kilometr za kilometrem zbliżamy się do celu. W końcu docieramy do Osz.Na ulicach znów wolna amerykanka. Chaos i harmider jeszcze większy niż na ulicach Biszkeku. Aby ujść z życiem trzeba naprawdę mieć oczy dookoła głowy. Po jakimś czasie udaje nam się znaleźć hotel.

Z niedowierzaniem dowiadujemy się, że w niektórych pokojach są nawet ubikacje i prysznice. W końcu po ośmiu dniach mycia się chusteczkami możemy się wykąpać.

Sam hotel jest w stanie tragicznym. Popękane, wręcz poprzemieszczane ściany powodują, iż z obawą pociągamy za spłuczkę w toalecie, spodziewając się, że hotel podzieli los Pałacu Kultury w „Rozmowach Kontrolowanych”. Pomimo grzyba na ścianach oraz całej obskurności naszego pokoju i łazienki, pod tym prysznicem mógłbym stać godzinami. Uczucie ulgi jakie towarzyszy długo oczekiwanej kąpieli jest nie do opisania.

Czyści i pachnący ruszamy na miasto. Może w końcu szczęście uśmiechnie się do naszych żołądków i uda nam się coś zjeść. Taksówkarz przekonuje, iż wiezie nas do najlepszej knajpy w mieście. Biorąc jednak pod uwagę doświadczenia dzisiejszego dnia, jego zapewnienia przyjmujemy z pewną dozą nieufności.

Jedziemy ulicą, która całkiem niedawno była linią frontu zamieszek pomiędzy Kirgizami i Uzbekami.

Jak wynika z opowieści naszego szofera, zaledwie dwa lata temu rozgrywały się tu dantejskie sceny, a cała okolica była strefą wojny. Na szczęście konflikt należy już do przeszłości, a taryfa zgodnie z obietnicą dowozi nas do całkiem niezłej restauracji, o wzbudzającej respekt nazwie „Carski Dwor”.

W końcu udaje nam się zjeść coś przyzwoitego. Nie brakuje tu również zimnego piwka, które po całodziennej jeździe w upalnym słońcu sprawia nam prawie tak wielką przyjemność jak dzisiejszy prysznic.

Ze względu na zmęczenie nie jesteśmy jednak w stanie cieszyć się tą sielanką zbyt długo. Spacerkiem wracamy do hotelu, gdzie przy kilku drinkach nasz dzień dobiega końca.

Tradycyjne kirgiskie nakrycie głowy.Przyzwyczajeni do spania w górach niemal zapomnieliśmy już jak wygląda miejska nocna poświata. Dziś jednak oprócz księżyca i gwiazd przyświecają nam przydrożne lampy i choć to nie Las Vegas, rzucają nieco blasku w stronę naszego hotelu.

Świeże powietrze zmieszane ze spalinami przejeżdżających na zewnątrz samochodów wkrada się przez uchylone okno, niwelując nieco zapach grzyba w pokoju.

Łóżko oraz dach nad głową sprawiają, iż dzisiejszej nocy śpi się nadzwyczaj wygodnie. Ten błogi stan nie trwa jednak zbyt długo, gdyż wraz z nastaniem świtu ruch uliczny zaczyna przybierać na sile, a hałas korka dobiegający przez uchylone okno zaczyna powoli przywracać mnie do świata żywych.

Iście grobowe, zimne dreszcze również przyspieszają nieco moją reanimację.

Otworzywszy oczy wbijam wzrok w spękany sufit, a mózg jak rozgrzewający się po rozruchu silnik, zaczyna produkować kłębiące się niczym spaliny myśli. Wstrząsające ciałem drgawki przypominają wibracje rasowego Harleya.

Bazar w Osz.Wbrew jednak temu, co mówi napis na wiszącej obok kurtce, bez wątpienia Harleyem nie jestem. Powoli, gdzieś tam na dnie czaszki rodzi się zatem pytanie...

Czyżby to już malaria nieśmiało próbuje dać mi do zrozumienia, iż wkroczyłem na jej terytorium?

Swoją drogą, hotelowy budynek najzdrowiej również nie wygląda, zwłaszcza od wewnątrz, przypominając model zainfekowanego organizmu, dodatkowo potęgując przy tym wrażenie zapadania w ciężką chorobę. Na szczęście mój współlokator zapala porannego papierosa, a unoszący się z niego dym działa niczym szczepionka, przepędzając niezdrowy aromat mikroflory bujnie porastającej tu i ówdzie ściany naszych salonów.

Towarzystwo bez pośpiechu zwleka się z prycz, aby po chwili przyspieszyć, rozpędzając tym samym poranną krzątaninę. Przez uchylone drzwi, jak wczesne promienie słońca wpadają zaciekawione spojrzenia kirgiskich gości hotelowych. Coraz częściej słyszę uporczywe, niczym poranne pianie koguta słowo "ciurma".

Bazarowy asortyment.

Okazuje się, że wśród miejscowych moje tatuaże wzbudzają niemałą sensację, i za nic nie da się im wytłumaczyć, że tam skąd pochodzę niekoniecznie muszą one oznaczać długoletnią odsiadkę. Z respektem kłaniają mi się więc na korytarzu, paradoksalnie uważając mnie za godnego szacunku "zasłużonego" kryminalistę.

Jednocześnie, ci bardziej natrętni próbują zostać moimi kumplami, mając prawdopodobnie nadzieję, iż ojciec chrzestny Don Kogut przygarnie ich pod swe bandyckie skrzydła i wyszkoli w zbójeckim rzemiośle, albo przynajmniej da kilka życiowych wskazówek. Niestety dyplomów szkoły życia postanowiłem dziś nie wręczać i adepci odeszli z pustymi rękami.

Będąc w Osz koniecznie trzeba odwiedzić tutejszy bazar. Wychodząc z takiego założenia rozpoczynamy polowanie na pamiątki pośród miejscowych straganów. Okazuje się, iż lokalne targowisko jest dosyć imponujących rozmiarów. Trzeba również przyznać, że asortyment jest dosyć szeroki.

Oprócz artykułów użytku codziennego nie brakuje tu także wszelkiego rodzaju suwenirów, poczynając na pamiątkowych magnesach na lodówkę, a kończąc na tradycyjnych kirgiskich strojach. Mimo, iż bazar sam w sobie jest raczej szary i zaniedbany, miejscami przypominając śmietnik otoczony rozpadającymi się budynkami, jednak walory estetyczne podnoszą barwne krajobrazy zarysowane przez kolorowe góry wszelkiego rodzaju przypraw, nasion i korzeni wyrastające ze straganowych stołów, tudzież poprzeplatane stertami miejscowych słodyczy mieniących się w słońcu niczym drogocenne klejnoty. 

Osz... Jazda w korku

Żywą paletę kolorów dopełniają wyrastające z szarego podłoża piramidy arbuzów tryskające dookoła intensywną zielenią. Powoli jednak panujący tutaj rozgardiasz oraz znajdujące się w zenicie słońce dają nam coraz bardziej popalić.

Jest już południe a my wciąż jeszcze nie wyruszyliśmy w dalszą drogę...

Czas najwyższy jakoś temu zaradzić!

Jazda przez miasto w godzinach szczytu znów przypomina pole bitwy. Pomimo miażdżącej przewagi liczebnej nieprzyjaciela, dzielnie, niczym garstka Spartan przedzieramy się przez tkwiące w korku oddziały zmechanizowane oraz dzikie hordy kirgiskich piechurów licznie wlewające się zewsząd na jezdnię.

Ostatecznie przeprawa przez miasto kończy się sukcesem, a my czujemy się jak gladiatorzy, którym udało się przeżyć spotkanie z lwami na starożytnej arenie.

Uwolnieni niczym Dżinn z lampy Alladyna mkniemy dalej, pozostawiając po sobie tylko siwy dym.

Kierunek: Pik Lenina!Motocykl to wspaniała maszyna. Niektórzy twierdzą nawet, że posiada duszę.

Jednakże bez jeźdźca motocykl pozostaje jedynie urządzeniem, martwym przedmiotem.

Człowiek natomiast, bez motocykla jest jedynie człowiekiem. Aby stać się motocyklistą człowiekowi potrzebny jest motocykl. Pojedynczo mają ograniczone możliwości, niemniej łącząc swe siły tworzą niepokonany zespół.

Symbiozę człowieka i maszyny, gdzie biologia łączy się z technologią tworząc nietuzinkowy duet. Wierzchowiec i jeździec. Dwaj kompani, którzy podczas przemierzania świata tworzą jedną całość i polegają wzajemnie na swoich możliwościach.

Siła umysłu i siła koni mechanicznych. Wspólnie rozwijają skrzydła wolności przemierzając odległe krainy.

Wspólnie przełamują kolejne bariery i docierają w zakątki świata na pozór niedostępne dla pojazdów zmechanizowanych. Wspinają się na góry i wyżyny gdzie rozrzedzone powietrze powoduje, iż oba serca, zarówno biologiczne jak i mechaniczne, zaczynają łomotać w synchronicznej arytmii, borykając się wespół z niedostatkiem życiodajnego tlenu.

Spotkanie  na wysokim szczeblu - 3600 m n.p.m Widoki podczas dzisiejszej górskiej przeprawy zdają się po raz kolejny zapierać nam dech w piersi, nie tylko w przenośni, lecz również dosłownie.

Dziś wspinamy się na tzw. oryginalny "Dach Świata", czyli wypchnięte przez napierające na siebie Himalaje oraz Tienszan, góry Pamir.

Oryginalny, ponieważ to właśnie ten masyw, jako pierwszy, jeszcze w czasach wiktoriańskich otrzymał to metaforyczne miano.

Drogą Pamir Highway kierujemy się na południe, w stronę znajdującego się na granicy z Tadżykistanem siedmiotysięcznika o dźwięcznej nazwie Pik Lenina.

Kręty górski trakt winduje nas na wysokość 3600 metrów, gdzie spotykamy trójkę polskich rowerzystów, którzy na swych jucznie obwieszonych sakwami rowerach podążają do Tadżykistanu, a potem do Chin.

Spędzamy kilka chwil na wspólnej rozmowie. Oczywiście spotkanie takiego kalibru trzeba również uwiecznić na pamiątkowej fotografii.

Dziatwa wysokogórska

W międzyczasie, niczym górskie krasnoludki, jakby znikąd pojawiają się dzieci zaciekawione niecodziennym widokiem dwukołowych rumaków i jeźdźców w kosmicznych skafandrach.

Garść cukierków powoduje, iż na spalonych słońcem i wiatrem, pokrytych bliznami dziecięcych twarzyczkach pojawia się jeszcze więcej radości. Ku naszemu zdziwieniu, mali tubylcy chcą podzielić się z nami świeżo otrzymanymi słodyczami. Ich serdeczność i przyjacielskość jest wręcz urzekająca.

Co prawda czas nie zając, jednakże zdaje się uciekać równie szybko. Pora zatem pożegnać nowych koleżków i ruszać dalej.

Stopniowo nasza wysokość się stabilizuje i lądujemy na płaskowyżu położonym na wys. około 3 tys. m n.p.m.

Sary-TashDocieramy do małej osady Sary-Tash będącej ostatnim miejscem, gdzie możemy zatankować motocykle oraz zaopatrzyć się w prowiant przed podjazdem pod Pik Lenina. To już ostatni przystanek przed wielką górą, zatem wszystko musi być dopięte na równie ostatni guzik.

W sklepiku czekamy na chleb, który właśnie dopieka sie w sąsiednim domostwie.

Czas spędzamy na przyjemnej pogawędce z napotkanymi tu obieżyświatami. Pośród nich spotykamy tu także dwóch polaków podróżujących autostopem.

W oddali, na tle stacji benzynowej rysuje się powalający widok na panoramę pogrążonych w chmurach śnieżnobiałych szczytów.

To właśnie tam, do podnóża tych lodowców mamy zamiar dziś dotrzeć i spędzić przy nich dzisiejszą noc. Jedyny sposób aby się tam dostać, to pokonanie pokrytego trawą płaskowyżu z którego wyrastają te jaskrawe formacje.

Ostatnie 50 km przemierzamy off'em. W obliczu otwartej przestrzeni upstrzonej mnóstwem zielonych pagórków, w moim niedotlenionym mózgu neurony zaczynają wymieniać między sobą chaotyczne strzępy informacji, powodując nieodpartą chęć motocyklowych wygłupów. Popuszczam więc wodze ułańskiej fantazji i po dłuższej chwili leżę wraz z motocyklem w poprzek polnej drogi. Gdyby kózka nie skakała...

Uwaga na sufit!

Co prawda niczego oprócz lusterka nie złamałem, niemniej pierwsza gleba zaliczona. Łupnąłem dosyć mocno, ale na szczęście kask, zbroja oraz ochraniacze sprawiły, że niczego praktycznie nie poczułem.

Odnoszę wręcz wrażenie, że to gleba jakby jęknęła z bólu podczas naszego spotkania.

Po kilkudziesięciu kilometrach hasania po łąkach i pagórkach, ukształtowanie terenu robi się coraz bardziej wymagające, a i temperatura jakby coraz bardziej sprzyja lepieniu bałwana. Jesteśmy już blisko. Górski masyw wyrasta przed nami przytłaczając swą potęgą.

Nasze rącze rumaki dowożą nas w końcu do bazy alpinistycznej po kirgiskiej stronie granicy z Tadżykistanem. Znajdujemy się tuż na granicy śniegu i lodowca, na wysokości 3633 metrów. 

W drodze pod Pik Lenina

W cieniu zachodzącego słońca, rzucanym przez wznoszący sie na 7134 m n.p.m. Pik Lenina rozbijamy obozowisko. Nie jest jednak lekko.

Na tej wysokości nawet tak proste czynności jak rozłożenie namiotu powodują zadyszkę, a serce łomocze niczym młot pneumatyczny próbujący przebić "żelbetonowe sklepienie" klatki piersiowej. Wraz z nastaniem zmroku drastycznie spada również temperatura, a mroźny wiatr zaczyna dawać się nam ostro we znaki, przedzierając się poprzez wiatrochron wykonany z ustawionych dookoła obozowiska motocykli.

Gdzieś tam na dnie świadomości, niczym iskra w kominku tli się myśl o rozpaleniu ogniska, niemniej ta opcja pozostaje niestety w sferze marzeń. Pozostaje nam jedynie woda ognista, która choć na chwilę ogrzeje nasze zmarznięte ciała.

Gdzieś tam na nocnym niebie, pośród chmur mruga do nas samotna gwiazda. Po dłuższej obserwacji okazuje sie, że to alpinistyczna wyprawa rozbiła obozowisko gdzieś niedaleko szczytu, a domniemana gwiazda to światła ich latarek. Tam to dopiero musi być ciepło... na samą myśl krew jeszcze bardziej mrozi się w żyłach.

Opatulony w cały swój garderobiany dobytek zasypiam w moim miniaturowym namiocie.

Mam nadzieję, że jutro się obudzę...

To była ciężka noc. Temperatura spadła tak nisko, iż pomimo kokonu z kilku warstw ubrań i śpiwora oraz czapki i grubych rękawic, wciąż do końca nie byłem pewien czy zasypiając w namiocie pogrążam się faktycznie we śnie, czy też po prostu zamarzam. Jedno jest pewne, zmarzłem za wszystkie czasy.

Na szczęście jednak poranne promienie słońca na tej wysokości szybko przywróciły odpowiednią temperaturę otoczenia oraz nasze znaki witalne, pozwalając kontynuować wysiłki motocyklowym zdobywcom.

Poranek pod Pikiem Lenina

Gdy o poranku spoglądam w lusterko mojego motocykla, odnoszę wrażenie, że codziennie przybywa mi zmarszczek. Wydaje mi się, że spałem tu tylko jedną noc, niemniej wyglądam jakbym postarzał się o ładnych kilka lat.

Fakt faktem, mój namiot przypomina nieco trumnę, zarówno w kwestii rozmiaru jak i konfiguracji, a i ja czuję się dziś jak obudzony z kilkusetletniego snu wampir.

Oprócz wycieńczenia odczuwam potężny głód. Na szczęście w kieszeni znajduję kawałek chleba z wczorajszej kolacji i śniadaniu staje się zadość.

Trzeba przyznać, że tzw. suchy chleb dla konia stawia mnie momentalnie na nogi. Nie jest to łatwa wyprawa, ale dobry koń to i po Kirgistanie pójdzie...

A co dopiero Kogut!

Motocykle - niecodzienny widok w bazie alpinistycznej.Dzisiejszą jazdę ponownie rozpoczynam hasaniem po górkach i łąkach, tuż pod śnieżnobiałą czapą lodowca. Nic nie robiąc sobie z wczorajszej wywrotki znów poginam dziś jak, nie przymierzając, kogut w Teleranku.

Rzeczywistość jednak po raz kolejny przypomina mi o tym, że powietrze w życiu motocyklisty to nie tylko wiatr we włosach, czy też ciśnienie w oponach. To także kluczowy składnik mieszanki paliwowo-powietrznej zasilającej silnik spalinowy.

Dziś w dalszym ciągu znajdujemy się o kilka kilometrów bliżej kosmosu i choć to jeszcze nie próżnia, mój motocykl wciąż ma problemy z oddychaniem i ciągle gaśnie.

Ostatni rzuk oka na wielką górę.

Na szczęście jedziemy z bardzo wielkiej górki, więc nawet się nie zatrzymuję, gdyż wszechobecna w naszym wszechświecie grawitacja przychodzi z odsieczą, kompensując chwilową niedyspozycję układu napędowego.

W pewnym momencie, na pobliskim pagórku zauważam podejrzanie nam się przyglądającą gromadkę dzieci.

Okazuje się, że te dzieci nie są już tak serdeczne jak tamte napotkane przez nas wczoraj. Wręcz przeciwnie! Ci mali rozbójnicy ustawili na naszej drodze zaporę z kamieni i niczym sępy patrzące z góry na padlinę, czekają na krwawe żniwo swej diabelskiej pułapki.

Znów przypomina się Janosik i zwalone drzewa na drodze bogatej karawany włoskich kupców zmierzających do zamku murgrabiego. Na nasze szczęście napaść kończy się niepowodzeniem i unikamy ukamienowania, a niedoszli zbójcy, w myśl zasady "przestępstwo nie popłaca", cukierków od nas dziś raczej nie dostaną.

Dziś zaczynamy odwrót. Za kilka dni meta. Powoli przyzwyczajamy się do niezbyt pocieszającej myśli, że kolejne przebyte kilometry zbliżają nas coraz bardziej do bazy w Biszkeku, a tym samym do końca naszej wyprawy.

Trudno pogodzić się z takim stanem rzeczy, więc po powrocie na Pamirski Płaskowyż postanawiamy popędzić jeszcze kilkadziesiąt kilometrów w stronę chińskiej granicy, delektując się jednocześnie widokiem towarzyszącego nam w oddali, poprzeplatanego gdzieniegdzie puchatymi chmurami, lukrowanego bielą pamirskiego pejzażu.

W drogę!

Ostatecznie jednak, nie można odwlekać w nieskończoność tego, co nieuniknione i z bólem serca ruszamy w drogę powrotną.

Mimo wszystko, dziś na drodze robi się jakby bardziej motocyklowo. Spotykamy grupę polskich motocyklistów, których rumaki przyjechały do Biszkeku wspólnie z naszymi na tej samej lawecie. Szczęściarze zmierzają dopiero w stronę Piku Lenina, my niestety jakby odwrotnie.

Kolejny akcent motocyklowy jest nieco mniejszy, zarówno dosłownie jak i w przenośni, wywołując u nas jednakże zdumienie, odwrotnie proporcjonalne do swego rozmiaru. Okazuje się, że trzech Czechów przywiozło tutaj dwa miniaturowe motorowery, z zamiarem testowania swego wynalazku na Pamirskim Highway'u.

Trzeba przyznać, że 50-cio centymetrowe silniki prototypów radziły sobie doskonale z rozrzedzonym powietrzem na 3 tys. metrów, żwawo niosąc swych jeźdźców przy akompaniamencie cienkiego komarzego bzyczenia.

Dobry koń to i po Kirgistanie pójdzie...Najwidoczniej część artystyczna dzisiejszego dnia nie dobiegła jeszcze końca, dostarczając nam wciąż to nowych atrakcji.

Pierwszą z nich była napotkana na drodze grupa dzieci, które jak mechanicy przed startem samolotu uwijały się przy dywanie zaparkowanym na środku asfaltu, niczym Dream Liner na pasie startowym.

Nie wiadomo do końca czy to faktycznie latający dywan przygotowujący się do startu czy też przed chwilą właśnie ktoś tu wylądował.

Jedno jest pewne, dywan jest mocno spragniony, gdyż dzieci wiadro za wiadrem intensywnie polewają go wodą. Ku naszemu zdziwieniu mali polewacze zachęcają nas oraz mijające ich samochody do przejechania przez sam środek wilgotnego kobierca.

Odwrót.Powoli puzzle zaczynają układać się w jedną całość i wszystko nabiera sensu. Ten cały rytuał to taka tutejsza Frania, czyli zaimprowizowana mechaniczna pralka do dywanów na świerzym powietrzu. Co kraj to obyczaj...

Kolejny obyczaj znów okazuje się niemałą pułapką, tylko do końca nie wiadomo czy na motocyklistów czy też na zastawiającą ową pułapkę dzieciarnię. Mianowicie, na pytanie, co zrobić, aby poleżeć na plaży mając do dyspozycji tylko asfaltową szosę biegnącą wzdłuż rzeki, młody kirgiski narybek znalazł fenomenalną odpowiedź.

Dlaczegóż by nie położyć się właśnie na rozgrzanym promieniami słonecznymi asfalcie, susząc kąpielówki po orzeźwiającej kąpieli w rzece oraz opalając sie na przysłowiowego murzynka.

Obserwatorowi przejeżdżającemu motocyklem w pobliżu dziecięcych głów nieodparcie nasuwa się pytanie: czy w tych głowach czają się jeszcze jakieś strzępy rozumu lub choćby instynktów samozachowawczych, czy może zostały już one wyciśnięte wraz z mózgiem przez toczące się szosą ciężarówki?

Reasumując, nie jestem do końca pewien, czy w tutejszym kalendarzu wypada dziś dzień dziecka, czy też dzień pułapek na motocyklistów, niemniej jedno jest pewne: podobnie jak kilka dni temu bydło rogate, dziś dzieci pchają się stadami pod koła. Podobno w każdej legendzie jest ziarno prawdy. Może coś zatem jest również w niepisanej zasadzie, że zwierzę upodabnia się do swego pana... i odwrotnie... Jeśli nawet nie w wyglądzie to w tym przypadku zdecydowanie w zachowaniu. Z kim przystajesz takim się stajesz. Jeśli wejdziesz między wrony, w tym przypadku między krowy... uważaj by samochód lub motocykl nie rozjechał ci głowy...

Napotkani rodacy-motocykliściPranie dywanów przy pomocy asfaltu i gumy napotykamy dziś jeszcze kilkakrotnie.

Po przejechaniu około 250 km, w pustych bakach i żołądkach echo niesie się jak po Hali Gąsienicowej. Nadchodzi zatem czas na uzupełnienie ubytków paliwa oraz jadła i napoju. Nie zaszkodzi również odpocząć nieco przed dalszą jazdą, zwłaszcza, iż wszyscy czujemy dziś spadek formy, prawdopodobnie spowodowany zmianą ciśnienia przy zjeździe z wysokości.

Nie owijając w bawełnę, jesteśmy dziś po prostu wypompowani jak przebite dętki.

Zatrzymujemy się w miejscowej remizie, gdzie jemy lokalne przysmaki w sali balowej bogato przystrojonej w biel i złoto. Zaczynam powoli rozumieć, dla kogo cała okolica prała dziś te dywany…

Jednak pomimo przepychu, ubikacja to niestety wciąż dziura w podłodze.

Wieść o tym, że wioskę nawiedziła banda wędrowców na stalowych rumakach szybko niesie się po okolicy i już po chwili delegacja strojnych w mundury i medale oficjeli wmaszerowuje gęsiego na salony, dając nam do zrozumienia, iż w tym miasteczku szeryf wszystko ma pod kontrolą.

W remizie spędzamy trochę czasu, próbując zregenerować nieco siły. Powoli dociera do nas fakt, że dziś już długo nie pociągniemy. Postanawiamy pojechać off’owym skrótem w stronę Jalal-Abad i przenocować gdzieś w górach.

Zwiadowca-kaskader podczas misji rekonesansowej. Kryptonim "Dobranoc".Jednak droga, a raczej bezdroża nie są dziś usłane różami i długo nie możemy znaleźć dobrego miejsca na rozbicie obozowiska.

Podczas kolejnej misji zwiadowczej oraz testowania potencjalnego campingu zmęczenie daje o sobie znać i finezyjnie zaliczam glebę. Następuje efekt domina, w rezultacie czego przewracam również koleżankę na motocyklu obok. Leżę więc ściśnięty dwoma motocyklami na wygodnej trawce, jednocześnie nie mogąc się ruszyć.

Obie maszyny działają niczym mocarne kleszcze, twardo unieruchamiając moją nogę i skutecznie rozkładając mnie tym samym na łopatki. Przywalony kupą żelastwa, sam nie jestem w stanie uwolnić się ze stalowego uścisku. Muszę czekać na pomoc.

W końcu koledzy zorientują się, że nas nie ma i wrócą podając pomocną dłoń.

Patrząc w niebo rozmyślam o przygodzie, o życiu w drodze i o tym, jakie jeszcze niespodzianki kryje przed nami ta wyprawa. Jedno jest pewne, czuję, że żyję i czuję jak to właśnie odczucie maluje na mej facjacie szeroki uśmiech.

Jest mi tak dobrze, że w zasadzie nie muszę rozbijać już nawet namiotu. Na dobrą sprawę mógłbym tak zostać na całą noc, leżąc przykryty cieplutkim motocyklem...

Lecz jednak nie tym razem!

Kolejna wyprawa Koguta - cz.3 

Grzegorz Kogut - EAGLE KNIGHTS

Oddział Nowy Jork, www.eagleknights.org

Organizatorzy wyprawy:

Piotr Kowalczyk, Barbara Grad, www.podrozemotocyklowe.com

Kategoria: Podróże > Podróże Eagle Knights

Data publikacji: 2015-11-17

Baner
Baner
Ogłoszenia/classifieds
Ogłoszenia Zobacz ogłoszenia >>
Baner
Baner
Baner
Plus Festiwal

Podoba Ci się nasza strona?
Polub nasz profil na Facebooku.