PLUS

Baner

Kolejna wyprawa Koguta - cz.3

Kolejna wyprawa Koguta - cz.3

...tym razem Kogut dołącza do grupy „www.podrozemotocyklowe.com” i rusza do serca Azji na podbój krainy jurt i kumysu, górzystej Kirgizji.

Kolejna wyprawa Koguta - cz.2

Z zadumy wyrywa mnie odsiecz, niczym dźwig podnosząca przygniatający mnie jak sterta złomu motocykl. Po powrocie do pionu okazuje się, że na złomowanie jest jeszcze stanowczo za wcześnie, a wszystkie systemy zarówno maszyny jak i jeźdźca wracają do swej pełnej sprawności.

Ostatecznie znajdujemy prawie idealne miejsce na biwak. Prawie, gdyż nasza łączka znajduje się tuż nad urwiskiem.Cóż, trzeba będzie uważać, aby nocne siku nie zakończyło się lotem koszącym w przepaść.

Przed dobranocką, w tumanach kurzu przejeżdżają jeszcze trzy Mercedesy. Kierowcy trąbiąc oraz machając do nas wraz z pasażerami przez szeroko otwarte okna, wpuszczają kilogramy unoszącego się na szutrowej drodze kurzu do środka limuzyn. Wygląda na to, iż pomimo biedy, niektórym powodzi się tu całkiem nienajgorzej. Być może rolnictwo, a zwłaszcza zielarska jego odnoga, działa tu bardzo prężnie, o czym świadczyłyby również napotkane przez nas wielokrotnie „dzikie” pola marihuany. Może to jednak nie była samosiejka…

Najwidoczniej, nie wszyscy jednak tak dobrze znają się tu na zielarstwie. Po zapadnięciu zmroku, niczym nocne zjawy odwiedzili nas dwaj Kirgizi, tłoczący się w dwóch na jednym koniu. Prawdopodobnie zbierali dopiero fundusze na zakup drugiego wierzchowca, gdyż zażądali od nas opłaty za camping.

Wobec szczerych chęci wsparcia tak szczytnego celu umówiliśmy się z nimi na dobicie targu o poranku. Zmysł biznesu chyba jednak nie przewyższał u nich bynajmniej zmysłu zielarskiego, gdyż po odbiór należności nikt rano się nie zjawił... A może ostatniej nocy tak naprawdę nawiedziły nas duchy?

Kolejny dzień przynosi ze sobą niestrawnej sagi ciąg dalszy. Kilka osób budzi się w siódmych potach i dreszczach. Niektórzy wymiotują. Czyżby jednak malaria? Czy może raczej kontynuacja zmagań z problemami żołądka? Zdecydowanie toczy się tu dzisiaj jakaś batalia. Tylko, kto atakuje? Tego do końca nie wie nikt...

W rezultacie obozowisko przypomina krajobraz po bitwie. Zwijamy namioty pośród cierpienia, mozolnie przygotowując maszyny do drogi. Zbieramy toboły niczym ocalałych z pogromu rannych, pakując je razem z własnymi zwłokami na motocykle. Na naszych twarzach próżno dziś szukać entuzjazmu. Świadomość rychłego końca wyprawy również nie podnosi na duchu.

Bez pośpiechu gramolimy się wraz z dobytkiem na nasze szkapy, a prażące coraz mocniej słońce spowalnia dodatkowo nasze ruchy. W rezultacie wraz z kolegą Tomkiem Rybakiem wyruszamy jako ostatni, dając małe fory reszcie peletonu.

Jedziemy co prawda z górki, a wydaje się jakby było pod górę. Przemieszczamy się po usłanej żwirem górskiej dróżce, a motocykl tańczy po luźnej nawierzchni niczym kulka we fliperze, swą trajektorią zawstydzając nawet najbardziej zakręcone sinusoidy. Tego już za wiele! Nawet tona żwiru pod kołami nie usprawiedliwia tak krnąbrnego zachowania.

Okazuje się jednak, iż mój motocykl jest jak najbardziej usprawiedliwiony, a dzisiejszego poranka nie tylko ja czuję się jak wypompowana dętka...

Dętka w moim tylnym kole nie tylko czuje się jak flak, w tym momencie zdecydowanie byłaby godnym reprezentantem na każdym konkursie dziurawych dętek we wszechświecie. Tak więc nastał czas przydrożnej naprawy. Czas łatania kapcia i leczenia ran.

Wraz z kolegą szybko inscenizujemy szpital polowy, a nasz pacjent równie szybko wyskakuje z obuwia, stojąc podparty na centralnej stopce niczym stary wrak pirackiego okrętu z leżącym już obok na ziemi uszkodzonym kołem sterowym, lub jeśli podciąć skrzydła fantazji i pozostać w sferze faktów, kołem napędowym.

Wypadałoby teraz sążniście zakląć jak szewc i wziąć się do naprawy rzeczonego obuwia. Jak nietrudno się domyślić, taka właśnie była dalsza kolejność rozwoju wypadków.

Kolega Tomek, jak zwykle doskonale przygotowany pod kątem zaplecza oraz umiejętności wspomógł towarzysza i w dwójkę sprawnie dokonaliśmy naprawy ogumienia. Pozostało mi jedynie podziękować Tomkowi za pomoc, a właściwie podziękować mu za to, że tak naprawdę to ja mogłem pomagać jemu, gdyż w zasadzie, w tej naprawie to on grał pierwsze skrzypce.

Teraz naprawdę czujemy, że jedziemy z górki. A trzeba się spieszyć, gdyż musimy dogonić resztę ekipy.

Rumak jak nowo narodzonyGnamy więc co koń wyskoczy, nie zwracając zbytnio uwagi na głód, zmęczenie czy też inne mało w obecnej chwili istotne niedogodności.

W końcu docieramy do asfaltu i po przejechaniu około stu kilometrów, na obrzeżach Jalal-Abad doganiamy resztę naszych sił inwazyjnych. Wspólnie ruszamy dalej przez asfaltowe odmęty.

Jazda asfaltem miała być łatwiejsza, okazuje się jednak, że wcale nie jest bezpieczniejsza. Miejscowi jeżdżą jak pijani bądź też jak gdyby wszyscy jeździli po żwirze z przebitymi kołami, a przecież jesteśmy na asfaltowej szosie, gdzie zarówno prędkości, jak również natężenia ruchu wcale nie brakuje!

Wśród tutejszych zmechanizowanych uczestników ruchu próżno by szukać zdrowego rozsądku, o instynkcie samozachowawczym nawet nie wspominając.

Wśród tubylców chęć zrobienia ze swych bliskich wdów i sierot jest doprawdy zadziwiająca. Generalnie wyprzedzanie ciężarówek na zakrętach w warunkach zerowej widoczności jest tutaj na porządku dziennym, a wyprzedzanie na trzeciego, a nawet na czwartego również nie należy tu do rzadkości.

Kultura jazdy zupełnie tu nie istnieje, podobnie zresztą jak nie istnieje tutaj instytucja ubezpieczenia drogowego, co zważywszy na niebezpieczny sposób jazdy miejscowych kierowców jest dosyć zaskakujące.

Biorąc to wszystko pod uwagę, panujący wśród wielu motocyklistów pogląd, że wbrew pozorom jazda po bezdrożach jest dużo bezpieczniejsza od jazdy na szosie uważam za jak najbardziej uzasadniony.

Postój i regeneracja

Dalsza droga prowadzi nas wzdłuż granicy z Uzbekistanem. Jedziemy szosą odgrodzoną od sąsiedniej krainy jedynie drutem kolczastym.

Na granicy kwitnie przydrożny handelek, który kojarzy się nieodparcie z przydrożną sprzedażą borówek leśnych w Polsce.

Różnica polega na tym, że jedna taka uzbecka borówa potrafi wypełnić cały koszyczek, a nawet wiadro, gdyż handluje się tutaj głównie dorodnymi arbuzami. Handel zresztą idzie na tyle dobrze, że po chwili jedziemy już z arbuzem przymocowanym do motocykla. Da się.

Powoli zbliża się pora wieczorna, a zatem czas najwyższy rozejrzeć się za miejscem na rozbicie namiotów i udanie się na nocny spoczynek. Cały dzień na głodniaka jednakże wymusza zmianę priorytetów i w pierwszej kolejności napełniamy brzuchy w przydrożnej jadłodajni dla tirów.

Początkowo wiosłuję moją zupę z baraniną jak zawodowy kajakarz, nie zawracając sobie zbytnio głowy wzrokowymi oględzinami zaserwowanego dania.

Piękne miejsce na nocleg.

Łyżka pogina na autopilocie, a do żołądka spływają kolejne kęsy mięsa spłukiwane przez kolejne łyki Szurpy, czyli wspomnianej zupy.

Powoli jednak do steru dobija się wzrok, dzięki któremu zaślepiony do tej pory głodem mózg szybko oblicza gęstość zaludnienia gotowanych much na centymetr kwadratowy zupy, skutecznie wyłączając łyżkowego autopilota i blokując cały proces niczym sztachet wrzucony w szprychy roweru. W osłupieniu stwierdzam, że zapas białka na dziś mam juz uzupełniony.

Teraz przynajmniej już wiem, jakie to uczucie mieć motyle w brzuchu...

Przyjemnych snów!

Po tak wspaniałym posiłku cofamy się kilka kilometrów do zaobserwowanej wcześniej miejscówki nad malowniczym zielonym zalewem na rzece Naryń. Tutaj spędzimy dzisiejszą noc. Przynajmniej znów można się wykąpać... to już drugi raz podczas tej wyprawy!

Jeszcze dwa dni temu zamarzaliśmy pod Pikiem Lenina, a dziś kąpiemy się w zalewie kąpielówkach. Dziś chyba nie zamarzniemy. Wyjechaliśmy co prawda z rejonu zagrożenia malarią, ale za to dziś trzeba uważać na węże i skorpiony, które już występują w tym rejonie. I tak nie jest najgorzej. Przynajmniej nie ma wampirów i wilkołaków... tzn. chyba nie ma, gdyż Kirgizi niezbyt przyjaźnie nastawieni do swych sąsiadów zza chińskiej granicy, złośliwie nazywają ich wampirami. Cóż, zagrożenia chińską ekspansją na horyzoncie jakoś dziś jednak nie widać, więc po relaksującej kąpieli robimy użytek z arbuza, wypełniając go czymś mocniejszym.

Delektując się pięknym widokiem odbijających się w wodach zalewu gór, jak również smakiem dzierżonego w dłoni arbuzowego drinka, żegnamy dzisiejszy dzień.

Naryń - rzeka rwąca... się do tańca...Zarówno wieczorna, relaksująca kąpiel, jak i uspokajający, malowniczy pejzaż zielonego, uwięzionego przez góry zalewu sprawiły, iż ostatniej nocy udało nam się nieco wypocząć. Temperatura również nie spadła zbyt nisko, zdecydowanie sprzyjając regeneracji sił, oraz odbudowie załamującej się ostatnio kondycji, która wraz ze spadkiem naszej wysokości również pikowała w dół niczym giełdowy krach.

Tego poranka jednakże, wypoczęci ruszyliśmy w drogę raczej żwawo. Jadąc dalej wzdłuż rzeki Naryń minęliśmy kolejny, tym razem błękitny zalew. Najwidoczniej sztucznych zbiorników wodnych tu nie brakuje, a co jeden to bardziej urodziwy.

Wydaje się to jednak dosyć dziwne, gdyż następny kolor, jaki widzimy podczas przekraczania mostu na tejże samej rzece to kolor brązowy. Nasuwa się zatem pytanie, jakim cudem zalew jest błękitny, podczas gdy wpada do niego rzeka z błotnistą breją?

Ta kwestia, podobnie zresztą jak wiele zagadek naszego wszechświata, na razie pozostanie raczej bez odpowiedzi...

Najwidoczniej jednak rzeka ma zamiar zmienić dziś kolor jeszcze niejednokrotnie, gdyż w miarę jak znów wspinamy się na większą wysokość, woda robi się krystalicznie czysta. Wyraźnie nabiera przy tym mocy i przedzierając się pomiędzy wielkimi głazami mknie wartko niczym rumaki, których w tym rejonie pojawia się znów tysiące...

Równocześnie zauważamy, że do rzeki dosyć często wpadają liczne górskie strumyki, jednocząc się z głównym nurtem niczym sprzymierzeńcy budujący wspólnie rwącą potęgę.

Pomożecie? Pomożemy!

W pewnym momencie zauważamy dwóch Kirgizów pchających auto pod górkę.

Jak na prawdziwych motocyklistów przystało zatrzymujemy się oferując pomoc.

Kolega Tomek Rybak w poszukiwaniu usterki dokonuje szybkich oględzin silnika. Okazuje się jednak, że tutaj nawet Tomek nie pomoże. Pomagamy więc wypchnąć samochód pod górę i żegnamy się z nowo poznanymi pechowcami. 

Im wyżej tym chłodniej. Zaczyna gonić nas wielka chmura deszczowa, a temperatura drastycznie spada. Mimo, iż białka w naszych oczach z zimna ścinają się niczym jajka smażone na patelni, nasze receptory wzrokowe dostrzegają niezaprzeczalne piękno towarzyszące osiadającym na górskich szczytach chmurom, tworzącym jednocześnie wrażenie ich niebotyczności.

Co jakiś czas, ten spektakularny widok upiększa dodatkowo tęcza i choć to nie Irlandia, gdzieś tam na peryferiach świadomości przewija się myśl o garncu złota. Dukatów co prawda nigdzie nie widać, lecz niewątpliwie tęcza oznacza złote promienie słońca, które wraz z niesionym przez siebie płomiennym żarem powoli zaczynają przebijać się przez coraz rzadsze kłębiaste sklepienie.

Miejscowe atrakcje.Po chwili okazuje się zresztą, iż miejscowi mieli niebłahe powody, aby na popołudnie zamówić słoneczną pogodę.

Na zielonym płaskowyżu wypełnionym niewyobrażalnymi ilościami pasących się koni trafiamy na miejscowy festyn, którego główną atrakcją są rozgrywki narodowej kirgiskiej gry Kok-boru. Kok-boru, lub też Buzkaszi (gdyż nazw jest co najmniej kilka), na pierwszy rzut oka prezentuje się dosyć makabrycznie. Gra przypomina nieco polo z elementami piłki nożnej lub koszykówki oraz bitwy pod Grunwaldem… 

Zamiast piłki są zwłoki bezgłowej kozy, zamiast bramek okrągłe kopce usypane z opon, a zamiast mieczy pejcze, którymi jeźdźcy wojują niczym rycerze mieczami.

Kirgiski sport narodowy - Kok-boruI nie do końca wiadomo czy młócą nimi swe konie, czy też siebie nawzajem, gdyż podczas potyczki kłębi się kilkanaście koni i gladiatorów, i tak naprawdę trudno w tym bitewnym szale stwierdzić z całą pewnością gdzie kończy się koń i gdzie zaczyna się człowiek.

W zasadzie jest to jedna kupa żywej masy, z której wystają tylko naparzające wszystko dookoła baty. Okazuje się jednak, że w tym chaosie zawodnicy radzą sobie nienajgorzej i po chwili ze sterty koni wyrywa się jeden zawodnik i z martwą kozą w ręku pędzi do bramki po kolejnego gola.

Nie dziwi więc fakt, iż w obliczu tak wysublimowanego spektaklu, nawet chmury uciekły ze strachu mocząc przy okazji okoliczne góry i doliny. Na nas też zresztą już pora. 

Kok-boruW miarę jak posuwamy się dalej zauważamy, że towarzysząca nam cały dzień rzeka nagle płynie w odwrotnym kierunku. Tego jeszcze chyba nie grali.

Zaczynam się zastanawiać, czy to aby na pewno ta sama rzeka, czy też ktoś nam ją potajemnie podmienił, gdy byliśmy pochłonięci Kok-boru. Przynajmniej teraz jedziemy z prądem, a to niewątpliwie oznacza, że znów jedziemy z górki.

Jest zatem szansa, że będzie cieplej. Niestety po przejechaniu przez wielką dolinę znów wspinamy się na niebotyczne wysokości, a wraz ze spadającą temperaturą nasze nadzieje na ciepło po raz kolejny zostają ostudzone. W końcu nawet droga wymięka i zamiast iść dalej w górę wwierca się poziomo w przykrytą chmurami górę, przez co kolejnych kilka kilometrów pokonujemy zadymionym i zakurzonym tunelem. Jak głosi legenda, jakiś czas temu w tym tunelu spalinami udusiło się dwoje rowerzystów.

Z tego tez powodu zainstalowano tu niedawno wentylatory, niemniej sądząc po unoszącej się wewnątrz łunie, na niewiele się one zdały. Po pokonaniu tunelu trafiamy znów na malownicze serpentyny wijące się pomiędzy skąpanymi w chmurach szczytami. Jest pięknie, ale są też minusy. Po raz kolejny stykamy się z szaleńczą jazdą miejscowych, którzy znów wyprzedzając na zakrętach z zerową widocznością zmuszają nas niejednokrotnie do hamowania i ucieczki na pobocze. Ostatecznie wyrabiamy odruch bezwarunkowy i na zakrętach wyglądamy z uwaga za każdą nadjeżdżającą ciężarówkę, przygotowani do ratowania własnego życia i ominięcia wyprzedzającego na trzeciego, jadącego naszym pasem na czołowe zderzenie samochodu. Najciekawsze jest to, że wszyscy, łącznie z tymi, którzy próbują nas zabić, machają do nas życzliwie zza kierownicy. Wywołuje to u nas mieszane uczucia.

Utwierdzamy się jednak w przekonaniu, iż mimo życzliwości tutejsi kierowcy najwyraźniej nie wiedzą co robią. Rozprawiając na ten temat niejednokrotnie, dochodzimy do wniosku, iż prawdopodobnie tutejszy naród przesiadł się z osiołka do samochodu zbyt szybko. Prawdopodobnie, aby społeczeństwo w pełni dojrzało do takiej transformacji upłynąć powinno przynajmniej sto lat.

Zbliża się wieczór, a do Biszkeku zostało nam jeszcze jakieś 70 kilometrów. Dziś raczej nie damy już rady dotrzeć do bazy. W Kara Bałta znajdujemy dogodne miejsce na nocleg. Korzystając z tutejszej gościnności rozbijamy namioty na podwórku Pani dyrektor miejscowej szkoły. Na widok motocykli gromadzi się mnóstwo dzieci. Sądząc po liczebności stadka dzieciarnia przybyła chyba z całej okolicy. Rozdajemy zatem tonę cukierków pozbywając się zarazem ostatnich zapasów... Tak zwane złote rozdanie… Cukierki z wozu, koniom lżej. Gospodarze częstują nas kefirem, dżemem, herbatą, chlebem, ogórkami i cebulą. Innymi słowy znów wchłaniamy cały kalejdoskop azjatyckich bakterii. Jest wyżerka. Konsekwencjami będziemy martwić się później. Zresztą w obecnym momencie żołądek nie jest naszym największym zmartwieniem…

Jutro ostatni dzień na motocyklu. Smutek utula nas do snu.

Poranek w Kara BałtaŚpię sobie smacznie w namiocie nie wadząc nikomu, lecz już od świtu przez wierzchnią powłokę mojego snu, podobnie jak przez poszycie namiotu, przedzierają się jakieś dziwne odgłosy, wpływając tym samym na zmianę scenariusza mych sennych omamów.

Sprawa jest o tyle dziwna, iż dźwięki rozbrzmiewają u góry, tuż nad namiotem. Czyżby ktoś powiesił na drzewie radio z budzikiem, czy też jakieś inne ustrojstwo i robi sobie z nas jaja? Przyznać jednak trzeba, że aria repertuar ma dosyć rozbudowany.

Nie brakuje w niej skrzeków, samochodowych klaksonów i alarmów, czegoś, co przypomina policyjne sygnały, czy też piłę tnącą drewno. Pospałoby się jeszcze, lecz niestety hałasy nie pozwalają już zmrużyć oka.

Po wychyleniu głowy z namiotu okazuje się, że za dźwięki całej tej orkiestry odpowiedzialne jest jedno małe, czarne ptaszysko, które najwidoczniej spragnione publiczności usadowiło się na drzewie, tuż na naszymi głowami i śpiewem godowym przywołuje na zmianę karetkę pogotowia, to znów piłę motorową.

W obliczu braku „Atlasu ptactwa azjatyckiego”, nie jestem niestety w stanie stwierdzić, jakiej ptak jest odmiany, lub też, jaka jest nazwa jego producenta. Mogę jedynie zgadywać, iż jest to „Dowcipniś Pospolity” (łac. Commune Captivus Duceris) i przejść nad sprawą do porządku dziennego.

Na dzień dobry gospodarz częstuje nas śniadaniem i pokazuje rodzinne albumy ze zdjęciami, opowiadając przy tym historie towarzyszące każdemu ze zdjęć. Po tym porannym rytuale powoli, bez zbytniego pośpiechu zaczynamy się zwijać. Do celu zostało nam tylko 70 km, zatem możemy pozwolić sobie na małe rozleniwienie.

Naklejki i cukierki czyli Mikołajki w Kirgizji.

W Biszkeku znów witają nas korki, a przedzieranie się pomiędzy szalonymi kierowcami w tłoczących się na ulicach samochodach przypomina poniekąd szarżę polskiej kawalerii atakującej niemieckie czołgi.

W ogniu bitwy przedzieramy się przez ulicę przecinającą miejscowy bazar, co okazuje się jeszcze bardziej ekstremalnym przeżyciem. Tutaj samochody, rowerzyści i piesi zlewają się w jedną masę, prawie się ze sobą stykając.

Teraz do tej mikstury dodajemy jeszcze nasze motocykle, lecz i bez tego aż dziw bierze, że nigdzie nie widać tu rannych i zabitych. Z bitwy wychodzimy jednak zwycięsko i w końcu docieramy do mety, czyli naszej bazy po drugiej stronie miasta.

Udało się. W końcu dotarliśmy. Po dwóch intensywnych, obfitujących w przygody tygodniach, oraz przejechaniu 2761km, szczęśliwie ukończyliśmy wyprawę. Mimo, iż na miejscu czeka nas jeszcze wiele pracy, dziś trzeba trochę odpocząć. Wypadałoby również uczcić pomyślne dotarcie do celu.

Nie zaszkodziłoby przy okazji także zwiedzić jeszcze nieco stolicę. Plan ambitny, a czasu niezbyt wiele.

Kierownik wyprawy, Piotr Kowalczyk, wpada jednakże na doskonały pomysł, jak logistycznie upiec kilka pieczeni na jednym ogniu. Ostatnie serpentyny Najpierw wynajmujemy tzw. „marszrutkę”, czyli jedną z lokalnych furgonetek, które z powodu braku komunikacji miejskiej na peryferiach, dowożą miejscową ludność do miasta. Kierowca zawozi nas do najlepszej restauracji w mieście, gdzie raczymy się przysmakami tutejszej kuchni oraz wznosimy należne toasty. Następnie nasza „marszrutka” zabiera nas na górkę za miastem, skąd podziwiać można panoramę Biszkeku. „Podziwiać” to może zbyt mocne słowo, gdyż stolica Kirgizji nie prezentuje się zbyt imponująco, niemniej wygląda na to, iż jest to dosyć popularny punkt widokowy oraz doskonała okazja do nawiązania nowych znajomości.

Spotykamy tu miejscowych młodych ludzi, z którymi nawiązujemy konwersację. Wypytujemy o ciekawe bary oraz kluby, gdyż w ramach poznawania tutejszej kultury planujemy zapoznać się również z tutejszym życiem nocnym. Andrey rekomenduje lokal o nazwie „Zeppelin”, będący jedynym klubem rockowym w mieście.

Umawiamy się tam z naszymi nowymi znajomymi na 22-gą, gdyż o tej porze zaczyna się tam dziś koncert miejscowych kapel rockowych. Część ekipy poddaje się zmęczeniu i wraca do bazy, natomiast moja skromna osoba wraz z kolegą Tomkiem udaje się w umówione miejsce. Okazuje się, że wejście do lokalu zabezpieczone jest kratą oraz łańcuchem z kłódką, niemniej klub jest dosyć imponujący, a miejscowe zespoły stają na wysokości zadania i nieźle dają czadu.

Spędzamy tu większą część wieczoru, delektujący się miejscowym piwem oraz kunsztem lokalnych muzyków. Do bazy wracamy dosyć późno i od razu padamy na twarz.

META

Kolejny dzień zapowiadał się raczej pracowicie. Mimo zmęczenia, myśli o zasłużonym odpoczynku musieliśmy zepchnąć na dalszy plan. Po powrocie z wyprawy, na miejscu czekało już na nas kolejne wyzwanie.

Na podwórku naszego schroniska przywitała nas sterta czegoś, co na pierwszy rzut oka wyglądało na przepuszczoną przez maszynkę do mięsa kupę złomu. Przy odrobinie (właściwie potrzeba chyba trochę więcej niż odrobiny) fantazji, można było dojść do wniosku, iż to, co mamy przed sobą, kiedyś było motocyklem naszego kolegi ze złamaną nogą.

Motocykl miejscowa ekipa przetransportowała z Tash Rabat za pomocą Uaz’a, a żeby tego dokonać Kirgizi rozkręcili maszynę wedle własnego uznania na części, dzięki czemu motocykl zmieścił się do tego terenowego samochodu. Niestety, aby przewieźć go przez granicę podczas transportu do Polski, motocykl musi być w jednym kawałku.

Zatem ostro zabraliśmy się do roboty i pośród kapiącego z nieba skwaru dzielnie składaliśmy poległego rumaka. Po kilku godzinach pracy fizycznej oraz umysłowej łamigłówki, coś, co niegdyś było motocyklem, stopniowo przybierać zaczęło swe pierwotne kształty. Jeździć to może nie będzie, ale wyglądem już przypomina swe zdjęcie z paszportu i odprawa celna nie powinna przysporzyć zbyt wielkich problemów.

Motocykl?

Skoro wszystkie maszyny są już w jednym kawałku, czas najwyższy pomóc Piotrowi i Barbarze z załadunkiem motocykli. Czym więcej rąk do pracy, tym szybciej i sprawniej powinniśmy podołać temu zadaniu. Korzystając zatem z faktu, iż dziś jeszcze wszyscy jesteśmy na miejscu, ostro przystępujemy do dzieła. Wszystko idzie dosyć gładko, więc uwijamy się w ciągu kilku godzin i transport gotowy jest do drogi.

Po całym dniu pracy udajemy się na dobry obiad. Jest to nasz ostatni wspólny posiłek. Żegnamy się więc, gdyż większość wyprawowiczów odlatuje dziś do Polski. Zostaje nas tylko troje. Jutro wylatuję również i ja. Piotr i Barbara załatwiają jeszcze formalności związane z wizą do Kazachstanu i wyruszają w kierunku ojczyzny dopiero za kilka dni.

Transport gotowy do drogi.Ostatni dzień spędzam na odpoczynku i pakowaniu. Odsypiam również nieco zaległości. Wieczorem wspólnie testujemy jeszcze miejscową pizze i żegnając się z towarzyszami udaję się na lotnisko, skąd mam polecieć do Stambułu. Ekipa, która wyleciała wczoraj jest już w domu, czyli w Polsce. Ja do Nowego Jorku dotrę dopiero za pięć dni.

Na lotnisku kontrolę oraz przeszukanie przechodzę trzy razy. Taka jest tutaj najwidoczniej procedura.

W sumie ten fakt nie powinien dziwić, gdyż Kirgistan znajduje się na narkotykowym szlaku. Dziwi natomiast bezczelność miejscowych cwaniaczków, którzy w kolejce do pierwszej kontroli pytają podróżnych, czy nie zabraliby im małej paczuszki do Stambułu… W żywe oczy… Niewiarygodne!

Policjanci siedzący 20 metrów dalej nie zwracają na ten natrętny proceder najmniejszej uwagi. Jedyne zabezpieczenie to tablica ostrzegająca, aby nic nie brać od osób postronnych.

Na tablicę natykam się jednak dopiero po trzeciej kontroli. Ostatecznie docieram na pokład samolotu, gdzie pogrążam się w głębokim śnie. Śnie, z którego wyrwie mnie dopiero lądowanie.

Droga powrotna - Stambuł

Dla innych lądowanie, dla mnie gwałtowne wynurzenie się z sennych otchłani Morfeusza, z szybkim uruchamianiem systemów pokładowych mojej świadomości, która wespół z wciąż zaspanymi oczyma nabiera powoli gotowości do startu. Startuję, jednak tym razem nie w przestworza, lecz w głąb największego tureckiego miasta. Na dzień dobry szybko załatwiam formalności wizowe i już na pokładzie taksówki uderzam w głąb Stambułu.

Taryfa wiezie mnie poprzez poranne korki do historycznego dystryktu Sultanahmet, gdzie znajduje się mój hostel. Ponieważ jest dopiero 7-ma rano, muszę odczekać kilka godzin, aż mój pokój będzie gotowy.

Dystrykt Sultanahmet.Zaczepiam zatem o śniadanie w knajpce na dachu hostelu, delektując się pejzażem zarysowanym przez architekturę starego miasta, tudzież widokiem malowniczej zatoki na Morzu Marmara oraz wyrastającej z niej niczym błękitny pęd Cieśniny Bosfor. Trudno uwierzyć, iż znajduję się na skraju Europy, a widoczny po drugiej stronie wąskiej cieśniny ląd, to już geograficzna Azja.

Bosfor jest zresztą nie tylko formalną granicą dwóch sąsiadujących kontynentów, rozdziela również Stambuł na pół, powodując, iż jest to jedna z dwóch metropolii świata, które leżą jednocześnie na dwóch kontynentach. Trzeba przyznać, że morska bryza spomiędzy kontynentów rześko chłosta po twarzy, dostarczając jakże potrzebnego mi orzeźwienia.

Na pierwszym planie Europa. Za wodą to już Azja - bohater drugiego planu.

Jestem ekstremalnie senny i generalnie wykończony. Wygląda na to, że organizm oprócz zmęczenia wciąż jeszcze walczy z jakaś kirgiską zarazą.

Na duchu ani trochę nie podnoszą zresztą internetowe plotki, jakoby jeden z uczestników naszej wyprawy, wczoraj po wylądowaniu w Polsce trafił od razu do szpitala na oddział zakaźny z objawami zapalenia opon mózgowych.

Wygląda na to, że nie ma żartów, dlatego też po otrzymaniu klucza niezwłocznie udaję się na bynajmniej nie nocny spoczynek i przesypiam cały dzień.

Wraz z nastaniem nocy na zewnątrz najwyraźniej rozkręca się jakaś impreza. Ze snu wyrywają mnie dźwięki bongosów, oraz gromkie śpiewy rozbrzmiewające na zewnątrz hostelu. Bogata paleta odgłosów nocnego życia skłania mnie powoli do wyczołgania się z przytulnej nory i uderzenia na miasto.

Błękitny Meczet wieczorową porą.Na początek wypadałoby skonfrontować dzień z nocą, dlatego też udaję się znów do knajpki na dachu mojego hostelu, gdzie przy orzeźwiającym tureckim piwku cieszę oko tym razem nocnym widokiem zatoki oraz oświetloną panoramą zabytkowego starego Konstantynopola. Czas jednak przyjrzeć się sprawie z bliska.

Po krótkim spacerze przez wąskie staromiejskie uliczki, tuż za rogiem moim oczom ukazuje się wielki, tętniący życiem oraz wypełniony pięknie podświetlonymi fontannami park. Otaczają go co prawda potężne zabytkowe budowle, takie jak Błękitny Meczet, czy też Hagia Sofia, lecz mimo tak wyczuwalnego powiewu konserwatyzmu park o tej późnej godzinie wciąż wypełniają tysiące ludzi.

Tam gdzie Błękitny Meczet, znajdzie się i błękitna fontanna...Nie brakuje tu również restauracji oraz budek z lokalnymi przekąskami. Posuwając się dalej natrafiam na religijny festiwal, gdzie z pokaźnych rozmiarów sceny dostojny trubadur zawodzi doniośle w akompaniamencie egzotycznych tureckich instrumentów.

Najwyraźniej nastrojowa muzyka oraz charyzma śpiewaka wywierają na publiczności niemałe wrażenie, gdyż kilka starszych kobiet tańczy w natchnionym uniesieniu tuż pod sceną, przywodząc nieodparcie na myśl taniec pogo rodem wprost z heavy-metalowego koncertu.

Trzeba jednak przyznać, że rozbrzmiewająca muzyka na tle pięknie podświetlonego meczetu powoduje poczucie swoistego oderwania od rzeczywistości. Czas jednak zejść na ziemię i ruszać dalej w stronę wciąż tętniącego życiem bazaru o wdzięcznej nazwie „Wiekowy Targ Smaku i Sztuki”.

Nazwa oddaje całkowicie walory tego miejsca. Obfituje ono w stoiska z miejscową sztuką oraz pamiątkami o wielkiej różnorodności, nie wykluczając porcelany, biżuterii, metaloplastyki oraz wykonywanych ręcznie ozdobnych tkanin. Nie brakuje tu również miejscowych przysmaków, które momentalnie łapią mnie niczym lep na muchy. Po krótkiej degustacji mój rozbudzony żołądek domaga się czegoś konkretniejszego.

Hookah, czyli absorpcja tureckiej kultury pełną piersią.

Zasiadam zatem do stołu w jednej z napotkanych restauracji i szybko okazuje się, że to jeszcze nie koniec przewidzianych na dzisiejszy wieczór atrakcji.

O ile moja obecność jak do tej pory spotykała się raczej z życzliwym zainteresowaniem tureckiej ludności, po wejściu do restauracji okazało się, że nie wszyscy muzułmanie odnoszą się do mojej brody i tatuaży z jednakowym szacunkiem. Pierwszy kelner rzucił jadłospis z impetem na stół i zwyzywał mnie od „niewiernych”.

Na szczęście momentalnie został przywrócony do pionu przez szefa i od tej pory obsługiwał mnie już tylko menadżer. Mimo tego niezbyt sympatycznego incydentu reszta kolacji przebiegała bez zakłóceń.

Turecki kebab smakował wybornie a jabłkowa fajka wodna, którą kopciłem relaksując się bez pośpiechu wygładzała delikatnie moje kubki smakowe.

I tym przyjemnym akcentem zakończył się mój pierwszy dzień wśród spadkobierców Bizancjum.

Obelisk TeodozjuszaJest dzień, będzie więc szansa zwiedzić wnętrze słynnego Błękitnego Meczetu, czyli Meczetu Sułtana Ahmeda. Swą potoczną nazwę Błękitny Meczet zawdzięcza wykonanym z niebieskich płytek mozaikom zdobiącym wewnętrzne ściany świątyni.

Niestety okazuje się, iż z powodu modłów świątynia jest dla turystów dziś niedostępna, a jedyny błękit, jaki będzie mi dane oglądać to błękit morza lub też nieboskłonu. Po chwili, na tle tego właśnie nieboskłonu, dostrzegam sterczący w parku obok meczetu smukły Egipski Obelisk. Czyżby oprócz meczetu i cerkwi znajdowały się tu również egipskie piramidy? Niezupełnie...

Obelisk przytargał tu niegdyś z Egiptu cesarz Bizancjum, Teodozjusz I. Pragnąc przyozdobić swój konstantynopolski hipodrom pomnikiem przypominającym balistyczną rakietę, niechcący upodobnił tym samym starożytny hipodrom do całkiem nowożytnego kosmodromu.

Późniejsi włodarze spotęgowali zresztą to wrażenie budując całą baterię minaretów. Wiek obelisku szacuje się na około 3500 lat, zachodzi więc podejrzenie, iż zaraz po piachu i kamieniach jest to najstarszy obiekt w tym mieście. 

Hagia Sofia

Wyryte w granicie hieroglify przypominają o przebrzmiałej kulturze starożytnego Egiptu, poprzedniczce islamu i chrześcijaństwa. Wracając jednak do naszej ery, czas odwiedzić kolejną sztandarową budowlę sakralną Stambułu.

Hagia Sofia, czyli przekształcona na meczet niegdysiejsza greckokatolicka bazylika, dziś pełni rolę muzeum. Nad głowami zwiedzających zwisają potężne świeczniki-żyrandole, oświetlając swym skromnym blaskiem zniszczone wiekiem ścienne malowidła.

Z sędziwych fresków w półmroku zerkają dawni święci, jednak przysłaniające ich wielkie obrazy z symboliką muzułmańską nie pozostawiają najmniejszych wątpliwości, kto tutaj dziś rozdaje karty.

Hagia Sofia przylega bezpośrednio do siedziby sułtańskiej dynastii Osmanów, a mianowicie Pałacu Topkapi, czyli kolejnego punktu mojego zwiedzania. Pałac ten, a co za tym idzie również muzeum, zasadniczo składa się z dwóch części. Pierwsza to skarbiec, a druga to sułtańskie kwatery i harem… Zatem dotarłem w końcu do naprawdę świętego miejsca…

Doprawdy święte miejsce...Na pierwszy ogień idzie oczywiście harem, w którym to kolejno zwiedzam dwór eunuchów, haremowe apartamenty, kwatery królowej matki oraz ma się rozumieć kwatery sułtana i jego konkubin. Atmosferę doniosłości czuje się tutaj na każdym kroku.

Odnoszę wrażenie, że z tego miejsca bije jakaś potężna moc, a mury tych komnat mogłyby opowiedzieć niejedną pikantną historię. Przy łożu sułtana nawet "King Size" wypada dosyć blado, a wyrek takich jest tu nawet po kilka w jednej sypialni. Czytając opis życia i obyczajów tutejszego władcy powoli nabieram przekonania, iż już wiem, kim chciałbym zostać gdy dorosnę...

A może jednak poszukiwaczem skarbów, zwłaszcza, iż jak się okazuje daleko szukać nie trzeba. Zatem, sezamie otwórz się! Po wejściu do skarbca zaczynam rozumieć, dlaczego tego miejsca strzegą strażnicy z karabinami maszynowymi. Przepych nie tylko klejnotów i biżuterii, lecz również przedmiotów codziennego użytku sułtana trudno ogarnąć rozumem zwykłego śmiertelnika. Rozmiary diamentów, rubinów, szmaragdów oraz innych kamieni szlachetnych, jak również ilości złota i innych kosztowności dosłownie przyprawiają o zawrót głowy. Obejrzenie kolekcji szat również utwierdza w przekonaniu, iż sułtani głodem nie przymierali.

U sułtana w gościach.

Większość eksponowanych ubiorów wydaje się sugerować, że byli to raczej otyli panowie, co również częściowo wyjaśniałoby rozmiary legowisk w haremowych sypialniach. Czemuż by zatem nie skorzystać z ich dobrego przykładu oraz gościnności i nie posilić się w przyharemowej restauracji. Baranina z nadzieniem, przepita osmańskim sherbetem sprawia, iż jestem unieruchomiony na dłuższą chwilę.

Odnoszę wrażenie, że w tym momencie sułtańska garderoba leżałaby na mnie jak ulał. Wypadałoby chyba na czas trawienia zarzucić tutaj kotwicę, zwłaszcza, że taras restauracji znajduje się na murach zamkowych tuż nad wodami Bosforu, skąd rozpościera sie przepiękny widok na cieśninę, po której z wolna suną wszelakie statki i stateczki.

W drodze do wyjścia mijam jeszcze kilka komnat wystawiających kolejne skarby. Okazuje się, że pośród eksponatów oraz relikwii znajduje się kilka bród Mahometa…

Bród, których z pewnością nie powstydziłby się nie jeden motocyklista. Jest również laska Mojżesza, która z pewnością przydałaby się podczas nie jednej motocyklowej przeprawy przez rzekę. W kolejnej komnacie, również za szybą jak na eksponat przystało, natykam się na żywy okaz zawodzącego w niebogłosy muezina, którego modły poprzez system nagłośnienia transmitowane są na cały kompleks pałacowy, dodatkowo potęgując tym samym odczucie cofnięcia się w czasie. Ostatecznie zamieniam ten wzniosły akompaniament na nieco bardziej relaksujące odgłosy morza oraz mew towarzyszących mi podczas relaksu na dachu mojego hostelu.

Dzień chyli się ku końcowi, czas zatem ruszyć na wieczorne podboje. Podboje jednakże niezbyt odległe, gdyż dziś w planie sąsiednia, obfitująca w wyrastające z kłębowiska restauracji i barów hotele, turystyczna uliczka Akbiyik Caddesi. Mnóstwo tu młodych ludzi, a rozwieszone wszędzie, wykonane z owoców organiczne lampiony, podkreślają radosną, niemal bajkową atmosferę. Właściciele stoją przed każdą knajpką i prześcigują się w zapraszaniu turystów do środka, kusząc doskonałym jadłem i napojem.

Trzeba przyznać, iż jest to całkiem miła odmiana po wczorajszym ksenofobicznym incydencie w lokalu obok meczetu. Zasiadam więc po turecku i resztę wieczoru spędzam w oparach truskawkowego dymu z fajki wodnej, delektując się jednocześnie równie tureckim browarkiem, który delikatnie wygładza moje kubki smakowe.

Błękitny Meczet i sułtańskie ogrody.Dziś znów leje od rana, tylko że zamiast z nieba, znów leje się ze mnie. Nie po raz pierwszy zresztą podczas tej podróży, budzą mnie dreszcze oraz siódme poty oblewające moje na wpół pogrążone we śnie zwłoki. Kiepski to nocny spoczynek, gdyż spanie przy takich drgawkach przypomina mniej więcej spanie na wozie drabiniastym podczas jazdy przez wyboje, a jazda po bezdrożach miała zakończyć się już kilka dni temu.

Zachodzi zatem podejrzenie, że albo kirgiskie drobnoustroje w dalszym ciągu symulują off'road w moich sennych i półsennych marzeniach, powodując nową, niesklasyfikowaną jeszcze dotychczas "chorobę off'roadową", albo dygotanie mojego organizmu spowodowane jest wypaleniem góry tytoniu podczas degustacji tureckiej fajki wodnej, co dla osoby na co dzień niepalącej, prawdopodobnie może mieć raczej średnio przyjemne efekty uboczne. A może rozwiązanie tej zagadki jest czysto prozaiczne i jest to po prostu wina tutejszego klimatu, gdyż piekielnym upałom towarzyszy tutaj spowodowana bliskością morza, niebywała wilgotność powietrza. Tę opcję należałoby jednak wykluczyć, gdyż dokładnie tak samo jest w domu, czyli w Nowym Jorku.

Tak czy inaczej jest to i tak musztarda po obiedzie, skoro zatem za późno już na profilaktykę, trzeba to będzie jakoś uleczyć albo po prostu rozchodzić. Jednak podobnie jak na pustym baku daleko zajechać się nie da, również z pustym żołądkiem daleko raczej nie zajdę. Ulegam, zatem pokusie śniadanka w wąskiej uliczce konstantynopolskiego starego miasta. Spożywam poranny posiłek na wolnym powietrzu, gdy z pomiędzy starych kamieniczek wychodzi pan z niebieską chorągiewką, a za nim około 30 osób z aparatami fotograficznymi.

Podwoje "Błękitnej" świątyni.Wycieczka zatrzymuje się, a wśród uczestników następuje niemałe poruszenie. Wycieczkowicze kompletnie ignorują swego przewodnika oraz jego krajoznawczą opowieść i masowo robią zdjęcia siedzącego przy stole Koguta. Przyjechałem tutaj podziwiać atrakcje, a znów starym zwyczajem okazuje się, że sam dostarczam atrakcji zwiedzającym. Najwyższy wobec tego czas abym sam również przestał się obijać i zajął się konkretnym zwiedzaniem. Po raz kolejny kieruję więc swe kroki w stronę Błękitnego Meczetu w nadziei wstrzelenia się w przerwę pomiędzy modłami, podczas której wnętrze świątyni dostępne jest dla turystów.

Szczęście nieco się do mnie uśmiecha, gdyż jak się okazuje w piątek po porannych modłach meczet otwarty jest dla zwiedzających przez resztę dnia. Aby jednak z nadmiaru szczęścia woda sodowa nie uderzyła zbytnio do głowy, przed wejściem formuje się długa i kręta, niczym mickiewiczowski wąż boa kolejka. Po odstaniu swojego ruszam ochoczo z kopyta do wnętrza tego sztandarowego przybytku tutejszej architektury sakralnej.

Z kopyta uderzam nie tylko w przenośni, lecz również całkiem dosłownie, gdyż święta posadzka rządzi się swoimi prawami i aby przekroczyć meczetowe podwoje należy zdjąć obuwie i nieść je w ręce. Swoją drogą po przestąpieniu progu doznaję swoistego objawienia i w pewnym sensie zaczynam rozumieć tutejszych fanatyków religijnych.

Aromat towarzyszący tysiącom ludzi zdejmującym buty podczas upalnego dnia niesie ze sobą nieco odurzającą moc. Momentami odnoszę wrażenie, iż unosząca się w powietrzu woń mogłaby z łatwością powalić na ziemię nawet słonia. Nie dziwi zatem fakt, że na tyłach świątyni z zewnętrznych murów wystają dziesiątki kranów z bieżącą wodą oraz siedziskami przystosowanymi do obmywania nóg. I choć do końca nie jestem pewien, czy obmywanie ma charakter rytualny, czy też czysto sanitarny, i tak popieram zamysł architekta co najmniej w stu procentach.

Płomienisty "Kebab Niespodzianka"

Po strawie dla ducha, czas zatroszczyć się o strawę dla brzucha. Daleko szukać nie trzeba, gdyż do upstrzonej restauracjami turystycznej uliczki Akbiyik Caddesi mam zaledwie rzut przysłowiowym beretem.

Akbiyik tętni życiem od wczesnego ranka do późnych godzin nocnych, a restauratorzy w dosyć przekonujący sposób wabią turystów bogactwem tutejszych przysmaków. Postanawiam zatem ulec namowom i zasiadam do stołu, tym razem z intencją nie tylko degustacji tytoniu, lecz również wrzucenia czegoś na ząb. Kelner zachęca do spróbowania dania dnia, którego nazwa brzmi jednak średnio zachęcająco.

Nie jestem pewien na ile język turecki podobny jest do angielskiego, niemniej "Testi Kebab" przywodzi na myśl raczej jednoznaczne skojarzenia. Tłumaczenia kelnera, pokazującego na migi, że jest to coś okrągłego dodatkowo zwiększają moją podejrzliwość. Ciekawość jednak zwycięża i po dłuższej chwili napiętego oczekiwania, na płonącej tacy podjeżdża do mnie tajemnicza potrawa.

Do następnego... Kirgistanie...Okazuje się, że okrągły kształt, do którego nawiązywał kelner w swej wymownej gestykulacji to nie jądra jakiegoś zwierzaka, lecz mała gliniana waza, w której pieczona jest odpowiednio przyprawiona mieszanka mięsa i warzyw.

Aby dostać się do kulinarnych skarbów, wazę rozbija kelner podczas dosyć barwnego rytuału i trzeba przyznać, iż po raz kolejny ciekawość, wbrew ludowym przesądom, nie okazała się pierwszym stopniem do piekła, lecz krokiem do "nieba w gębie". Dzisiejszy wieczór postanawiam spędzić w nieco bardziej europejskiej dzielnicy Taksim.

Co prawda media donoszą, iż od kilku miesięcy trwają tu zamieszki między studentami oraz policją, niemniej wiadomości o wojnie domowej okazują się być mocno przesadzone. Słusznie zatem mój kask oraz motocyklową zbroję pozostawiłem w hostelowym pokoju. Na wąskich uliczkach wśród staromiejskiej architektury oczom mym ukazują się tłumy rozbawionych ludzi. Swym nocnym życiem oraz imprezową atmosferą Taksim bez wątpienia mógłby zawstydzić niejedną europejską stolicę.

Kroki swe kieruję do heavy-metalowego klubu Dorock Bar gdzie wita mnie kilkadziesiąt zaparkowanych na zewnątrz motocykli oraz tłum metalowców i motocyklistów. Z wnętrza dobiegają gromkie dźwięki kapeli, która na scenie, pośród sztucznego dymu zlewającego się z oparami jak najbardziej autentycznego dymu papierosów, skocznie przygrywa covery Rammstein’a. Dobra muzyka, Harleye oraz czadowi ludzie. To się nazywa klimat! Czuję się tu jak w domu, tym bardziej żal jest opuszczać to miejsce, jak również ten zakątek świata.

Czas jednak ewakuować się i wracać do prawdziwego domu za oceanem. W bladym blasku rysującego się na nocnym niebie, niczym na tureckiej fladze sierpa księżyca, udaję się na nocny spoczynek, aby wczesnym rankiem ulecieć w przestworza.

Nad Nowym Jorkiem, niczym wysokie pierzaste góry witają mnie spiętrzone chmury, pośród których nasz samolot niczym orzeł mknie, aby wylądować w swym gnieździe gdzieś na skalnym urwisku. Na szczęście samolot, w przeciwieństwie do naszych motocykli w kirgiskich górach, nie krztusi się na tej wysokości i donosi pasażerską zawartość swego brzucha do celu.

Podsumowując, Kirgizja była zdecydowanie jedną z trudniejszych i bardziej wymagających wypraw, w jakich do tej pory miałem przyjemność uczestniczyć. Jak na prawdziwą przygodę przystało, nie brakowało niebezpieczeństw oraz mocnych wrażeń. Na nasze życie, oprócz górskich przepaści oraz sprzyjających wywrotkom nawierzchni czyhały również azjatyckie kultury bakterii, które skutecznie uprzykrzały nam życie, powodując problemy żołądkowe oraz inne przypadłości, niejednokrotnie doprowadzając, co bardziej pechowych wyprawowiczów do gorączki.

Przeprawa przez rejon zagrożony malarią na szczęście nie pociągnęła za sobą żadnych ofiar. Również dżuma, o którą otarliśmy się przemierzając prowincję Issyk Kul nie zaatakowała żadnego z uczestników. Camping na łonie natury w towarzystwie węży i skorpionów także zakończył się dla nas szczęśliwie. Jedyny przykry incydent, który spotkał nas ze strony braci mniejszych to kolizja motocykla z psem, która zakończyła przedwcześnie i w bardzo bolesny sposób wędrówkę pechowego motocyklisty, wysyłając go ze złamaną nogą do domu.

Większość motocyklowych wędrowców wróciła jednak do domu w jednym kawałku, przywożąc ze sobą masę wspomnień oraz skarbów w postaci fotografii i innych pamiątek, które niczym łupy starodawnych zdobywców przypominać nam będą o podboju tej górzystej krainy.

Grzegorz Kogut - EAGLE KNIGHTS

Oddział Nowy Jork

www.eagleknights.org

Organizatorzy wyprawy: Piotr Kowalczyk i Barbara Grad

www.podrozemotocyklowe.com

Relacja video z wyprawy do Kirgizji 

 

 

 

Kategoria: Podróże > Podróże Eagle Knights

Data publikacji: 2015-11-17

Baner
Baner
Ogłoszenia/classifieds
Ogłoszenia Zobacz ogłoszenia >>
Baner
Baner
Baner
Plus Festiwal

Podoba Ci się nasza strona?
Polub nasz profil na Facebooku.