PLUS

Baner

Alaskańskie niedźwiedzie

Alaskańskie niedźwiedzie

W północnej części parku narodowego Denali żyje obecnie 300-350 niedźwiedzi grizli.

Sierpniowy poniedziałek, nasz ostatni tego lata wjazd do parku narodowego Denali. Do tej pory widzieliśmy w tym najsłynniejszym rezerwacie przyrody na Alasce około 30 niedźwiedzi; niektóre daleko, inne tuż tuż.

   W północnej części parku narodowego Denali żyje obecnie 300-350 niedźwiedzi grizli, z czego około 80 sztuk w bezpośrednim sąsiedztwie drogi prowadzącej z Visitor Center do jeziora Wonder Lake. Badania naukowe wykazały zagęszczenie tych zwierząt w ilości 22-27 sztuk na 1 tys. km kwadratowych. Grizli w Denali nie są duże, największy zważony okaz miał ok.300 kg, a więc niedużo w porówaniu z brunatnymi kolosami z wyspy Kodiak osiągającymi 800 kilogramów (rekord Alaski i rekord świata!). Ta różnica bierze się z faktu, że o ile pobratymcy z oceanicznego wybrzeża jedzą do woli ogromne ilości protein w postaci łososi, o tyle w Denali ryb nie ma. Lokalne grizli muszą zadowolić się w 90% roślinami; korzonkami, trawą, a od sierpnia jagodami, których dziennie potrafią zjeść do 200 000 sztuk! Dowiadujemy się od Lee McKeney'a, naszego irlandzkiego kierowcy-przewodnika, że.... tak niekochane przez nas komary zapylają kwiaty borówek, przysparzając misiom żarcie, a nam wspaniałe desery. Gwoli pełnej jasności; fantastyczną robotę odwalają wyłącznie komary-samce, podczas gdy samiczki opijają się w tym czasie krwią zwierząt i turystów. Jako ciekawostkę przyjmijmy fakt, że narodowym ptakiem Alaski jest - oczywiście tylko według miejscowych... - komar (oficjalnie pardwa wierzbowa).

   Grizli żyją 16-20 lat, okres godów przypada na późną jesien, młode rodzą się w lutym po 4 miesięcznej ciąży, podczas zimowego snu matki (to się nazywa łatwy poród), liczą niecały kilogram wagi i jeszcze nie mają ząbków.

   Bezpośrednie spotkanie oko w oko z grizli z bliskiej odległości jest bardzo mocnym doświadczeniem wymagającym natychmiastowej zmiany bielizny. Zupełnie inaczej, na spokojnie, odbieramy jednak takie spotkanie siedząc bezpiecznie w autobusie, nawet gdy miś jest tuż obok.

   Po terenie Denali chodzą rocznie tysiące pieszych turystów, ale pomimo to od chwili powstania Parku (1917) zanotowano tylko jeden atak misia zakończony śmiercią człowieka. Nawiasem mówiąc ów turysta na widok wielkiego, samotnego samca postanowił podejść jak najbliżej, aby zrobić sobie super-fotkę i - wbrew zaleceniom - przekroczył granicę zdrowego rozsądku nagrywając całe zdarzenie do momentu, gdy misiu z kilkunastu metrów w końcu zaatakował intruza. Służba parkowa dba o to, aby piechur znał swoje i zwierzęcia możliwości. Niedźwiedzia zwabiają zapachy, dlatego żywność wnosi się do Parku w szczelnych pojemnikach, a na noc przechowuje co najmniej 100 metrów od namiotu. W Denali w zasadzie nie ma ścieżek, a turyści zachęcani są wręcz do deptania na przełaj, najlepiej po rzecznych kamieńcach. Ma to podwójny sens; po pierwsze rozdeptana, delikatna tundra bardzo długo się regeneruje, po wtóre wzdłuż utartych szlaków kumulują się obce zapachy przyciągające zwierzynę. Daleko w górach jedyną bronią piechura pozostaje zdrowy rozsądek i jego własny głos. Dlatego w parkowych autobusach, oglądając niedźwiedzie przez otwarte okna, należy zachować absolutne milczenie, aby nie oswajały się one z ludzkim głosem.

   Idąc w terenie o małej widoczności należy zachowywać się bardzo głośno: śpiewać, gwizdać, obwiesić się jak baranek dzwoneczkami (jaki kontrast z naszą przysłowiową leśną ciszą!), co wraz z nielubianym przez niedźwiedzie zapachem człowieka przeważnie skutecznie je odgania. Inaczej mają się sprawy, gdy zaskoczymy niedźwiedzia za zakrętem lub - nie daj Boże - znajdziemy się nieoczekiwanie pomiędzy małym misiem a jego matką. Wtedy pomaga chyba tylko modlitwa i wiara w łaskawe potraktowanie.

   Miałem okazję natknąć się na niedźwiedzie grizli wielokrotnie, na przykład wędkując samotnie w małym strumieniu wpadającym do rzeki Kenai. Z pluskiem wskoczył do wody naprzeciwko, spojrzał na mnie i.... spokojnie zaczął łowić ryby. Strumień miał w tym miejscu około 6 metrów szerokości i metr głębokości. Byłem oddalony od misia o 7-8 metrów, a od samochodu o pół kilometra. Gdyby grizli chciał..... ale na szczęście nie chciał. W takich przypadkach najważniejszy jest spokój, nie należy absolutnie uciekać, wiedząc, że po pierwsze człowiek nie ma szans w tym wyścigu a po drugie, że ucieczka tylko sprowokuje drapieżnika do instynktownej pogoni. Należy miśkowi dać do zrozumienia, że jesteśmy ludźmi, podnieść wysoko w górę ręce, pomachać nimi, aby zaprezentować w ten sposób nasze pozornie większe rozmiary, dobrze jest też w tym czasie głośno i spokojnie mówić, zdecydowanym, stanowczym tonem. To wszystko ma uzmysłowić zwierzęciu, że nie jesteśmy żadnym z jego ulubionych dań. Ta strategia pomaga przy spotkaniach z grizli. Gdyby jednak miś mimo to zaatakował, należy chroniąc rękami szyję położyć się spokojnie w trawie, zwinąć w kłębek i czekać. Grizli po sprawdzeniu że mu nic nie grozi, skubnąwszy raz czy dwa, powinien odejść. Powinien.

Działamy zupełnie inaczej, gdy natkniemy się na niedźwiedzia czarnego: należy go odstraszyć, co się zazwyczaj udaje, gdyż w odróżnieniu od grizli jest bardzo płochliwy. Kiedy jednak powróci i zaatakuje: trzeba się bronić do upadłego (w dosłownym tego słowa znaczeniu), jak się da i czym się da. Bowiem kiedy powraca, znaczy, że chce nas skosztować.

Dzisiaj padało całą noc, nad ranem jednak pokazało się słońce. Ruszyliśmy do Denali pełni nadziei i już przed przełęczą Sable Pass dostrzegamy pierwszego niedźwiedzia grizli, stąpającego szybko po stromym zboczu. Nad nim nerwowo fruwa sroka, pewnie zanadto zbliżył się do jej gniazda. Na samej przełęczy pokazują się pierwsze renifery karibu, jeden łoś, a po północnej stronie drogi, wysoko na stokach spostrzegamy stado muflonów Dalla liczące około 30 zwierząt. Z dala wyglądają jak białe plamki, jednak przez lornetkę można podziwiać ich zgrabne ruchy, gdy bez wahania skaczą po stromych skalnych urwiskach. Pogoda dopisuje, jest słonecznie i ciepło, co daje piękne widoki na góry, ale z drugiej strony sprawia, że obdarowane futrem misie chowają się w cieniu krzaków. Na horyzoncie pokazał się potężny masyw Denali (dawniej zwanego McKinleyem), prawie cała góra, z wyjątkiem południowego wierzchołka jest widoczna jak na dłoni, szczególnie efektownie odcina sie od nieba stromizna północnej ściany Wickersham Wall, która od poziomu zaledwie 700 m npm pnie się stromo do północnego wierzchołka, ponad 6 tys m npm! Widok zaiste imponujący.

   Nasz drugi niedźwiedź grizli ukazał się w drodze powrotnej w okolicy Sanctuary, jest blisko, około 50 metrów od nas, wspaniale prezentuje się w kadrze z teleobiektywem 500 milimetrów. Na kolejnym kamieńcu mama grizli w asyście dwóch maluszków urządziła nam fotograficzną nirwanę polując na wiewiórkę. Autobus przystanął i przez otwarte okna ogladaliśmy jak wielki miś pogonił szybkiego gryzonia. Zdawać by się mogło, że zwinna wiewiórka bez trudu umknie przed pyskiem potężnego "misiowatego" niedźwiedzia. Nic bardziej złudnego! Nie pomogła ucieczka zygzakami ani smykanie po krzakach. W ciągu minuty potężny grizli dorwał wiewiórę i zeżarł dosłownie na naszych oczach. Co za wspaniałe pożeganie z Denali.

Na okrasę, przed nami roztacza się widok żółto-czerwono-brązowej tundry. Niektóre liście osiki są wręcz pomarańczowe. Tak piękne barwy wpływają na błyskawiczne podjęcie decyzji ponownej eskapady na Krąg Polarny, pojutrze, w środę. Tundra nad Kołem Arktycznym musi być o tej porze jeszcze bardziej kolorowa, a takiego widoku nie możemy zaprzepaścic zważyszy, że na 29 sierpnia mamy juz wykupiony powrotny bilet do Chicago.

Będąc na Alasce oczekujemy widoku niedźwiedzi grizli, a jadąc do parku narodowego Denali mamy niemal 100% pewności, że zobaczymy na wolności te piękne, inteligentne zwierzęta w ich naturalnym środowisku. Park Denali nie moze zostać nigdy pominięty w planach zwiedzania Alaski.

   Pytam kierowcę naszego parkowego autobusu o najnowsze, znane spotkania z miśkami. W piątek 16 sierpnia Kathy Dunagan z Soldotnej, wraz z swoim synem została zaatakowana przez niedźwiedzia grizli, gdy spacerowała popularnym szlakiem Resurrection Pass Trail na półwyspie Kenai. Dzięki agresywnej postawie 20 letniego Justina opędzającego się od zwierzęcia fotograficznym statywem udało się odegnać misia, który jednak poranił twarz kobiety, a jej syna ugryzł w ramię. Dzień wcześniej na przedmieściach Anchorage niedźwiedzica czarna pogoniła turystę, który w obliczu ewidentnego ataku zdecydował się na desperacki czyn. Zamiast kontynuować ucieczke, bezbronny mężczyzna rzucił się z krzykiem i machaniem rąk na zaskoczonego obrotem sprawy niedźwiedzia, który zastygł w bezruchu, i ... dał drapaka!

   Przypominają mi się własne spotkania z niedźwiedziami, których było mnóstwo, zwłaszcza, kiedy łowiłem ryby w przerwach między obsługą grup. To są przygody, co na zawsze pozostaną w pamięci.

   Po dniu spędzonym w Denali wracamy do naszych uroczych domków w tajdze. Niebo się zachmurzyło, lunęło. Zasypiając myślimy już o powrocie do domu, o Kole Arktycznym i ostatnim nie spełnionym (jeszcze) marzeniu - zorzy polarnej.

Tekst i zdjęcia: Andrzej Kulka

Autor jest właścicielem chicagowskiego biura podróży EXOTICA TRAVEL, organizującego wycieczki z polskim przewodnikiem po całym świecie, również na Alaskę. Bliższe informacje na stronie internetowej www.andrzejkulka.com lub pod nr tel. 773-237-7788

Kategoria: Podróże > Podróże z Andrzejem Kulką

Data publikacji: 2018-06-19

Baner
Baner
Ogłoszenia/classifieds
Ogłoszenia Zobacz ogłoszenia >>
Baner
Baner
Baner
Plus Festiwal

Podoba Ci się nasza strona?
Polub nasz profil na Facebooku.