PLUS

Baner

Wędkowanie w Norwegii

Wędkowanie w Norwegii

Kiedy 15 lat temu świetny znawca wędkarstwa w Norwegii, Romek Mandera, zaproponował mi wspólny wyjazd do Norwegii na ryby, musiałem odmówić (oczywiście nie przyszło mi to łatwo), bo z braku urlopu nie mogłem sobie na to pozwolić.

Ale myślałem wtedy, iż sprawa wędkowania w tym kraju to tylko kwestia roku, no może dwóch.

Tak to się zaczęło...

Życie jednak surowo skorygowało moje plany. Kiedy bowiem po 10 latach zadzwoniłem w styczniu 2015 roku do Romka z propozycją wspólnego wyjazdu w czerwcu 2015 roku na wędkowanie do Norwegii spotkała mnie niemiła niespodzianka. Bo ja bardzo chciałem jechać, ale Romek ze względów rodzinnych i osobistych, nie planował już nigdy więcej wędkować w Norwegii. A wędkował w tym kraju 23 razy (!). Uprzedzał mnie jednocześnie, że z roku na rok także i w Norwegii jest coraz mniej ryb i mniejszych niż w poprzednich latach. I to właśnie od tego roku!!!

Postanowiłem więc po rozmowach z kolegami chętnymi na wyjazd, sam zorganizować wyprawę na wędkowanie do Norwegii. Mimo kilkuletnich doświadczeń w organizowaniu takich wędkarskich zagranicznych wypraw, nie zdawałem sobie sprawy ile czasu, trudu, rozmów telefonicznych, jak i osobistych tu oraz w Polsce, będę musiał wykonać, aby wreszcie wszystko zostało zapięte na „ostatni guzik”. To „wszystko” wówczas wydawało się bardzo proste, ale ten „guzik”, skorygowany przez czas, nieraz „nie dopiął” się tak jak planowliśmy i to niejednokrotnie w najbardziej nieodpowiednim momencie! – nawet już po wędkowaniu.

Uczestnicy wyprawy...
O tym wiedziałem już z poprzednich wypraw, że trzeba zawiadomić przynajmniej 8 - 10 osób, aby czworo z nich zdecydowało się na taką eskapadę. Bo na początku jadą wszyscy, ale po rozmowach ze swoimi żonami i po zapoznaniu się z kosztami pozostaje garstka.
Po wstępnym przanalizowaniu kosztów, ustaleniu daty i harmonogramu wyprawy oraz sposobu dojazdu na miejsce wędkowania, 26 stycznia 2015 roku wysyłam informację do zainteresowanych.

Jeszcze w Polsce -Jacek jako pasażerJak zwykle niezawodny Wojtek pierwszy i natychmiast potwierdza swój udział, a dzień później Tadzio, który jednak prosi o zmianę terminu wyjazdu – ostatecznie ustalony na 28 czewca do 5 lipca 2015 roku. Witek rezygnuje z powodów rodzinnych, a Paweł z Polski nie może opuścić pracy w tak ważnym dla niego czasie (jest fotografem). W ostatnim dniu stycznia dostaję mailem informację od Andrzeja z Florydy, że jego wyjazd wraz żoną (znaną w naszym towarzyskim gronie - jako „Słoneczko”) do Polski koliduje z wyjazdem do Norwegii, więc definitywnie też rezygnuje.

Drugiego lutego kontaktuję się telefonicznie z Józkiem, który jest aktualnie na... Filipinach! Ale bez wahania potwierdza swój wyjazd. Dwukrotna rozmowa z moim bratem Jackiem przynosi zamierzony efekt, bo 4 lutego potwierdza swój udział w wyprawie.
Mój siostrzeniec Piotr, student geodezji w Lublinie, po tygodniu oczekiwania dopiero 7 lutego informuje mnie mailem, że nie może jechać, gdyż ten wyjazd koliduje z jego sesją egzaminacyjną. Doskonale go rozumiem, choć wiem jak bardzo chciał jechać.
Kilka miesięcy wcześniej mój kuzyn Witek, na stałe mieszkający w....... Norwegii (Drammen k/ Oslo) prosił, aby go powiadomić o wyjeździe, który mu się tak bardzo marzył. Niestety, kiedy go na początku lutego powiadomiłem o dacie wyjazdu na rybki, musiał z żalem odmówić, gdyż w tym czasie jego żona miała przewidywany termin porodu (urodził się im chłopiec).

Jeszcze paru innych kolegów w rozmowach osobistych i telefonicznych zrezygnowało z wiadomych im tylko powodów – pewnie otrzymują tylko kieszonkowe od swoich oblubienic, a to na wyjazd wędkarski do Norwegii – stanowczo za mało.
Na początku lutego Tadziu poinformował mnie, że obecnie nie może definitywnie podjąć decyzji, więc umieściłem go na... liście rezerwowych. Na liście tej znalazł się także kuzyn Wojtka z Polski - Roman, który swój wyjazd do Norwegii mógł potwierdzić dopiero w kwietniu, kiedy roztrzygnie się otrzymanie przez niego wizy do USA. Ostatecznie ją dostał i w związku z tym do Norwegii nie mógł jechać. A Tadeusza „najechali” goście z Polski, właśnie w tym okresie, kiedy planowaliśmy wyjazd do Norwegii, więc z wielkim żalem musiał się wycofać z wyjazdu na norweskie rybki. 

Załadunek na prom -linii Stena Line

Tak więc, po wielu „dyplomatycznych” rozmowach, skład do Norwegii został ustalony pod koniec lutego. Pojadą tylko czterej wędkarze - Wojtek Palczewski i Józek Krek przyjadą do Norwegii z USA, a Józef Kołodziej (autor tego artykułu) i Jacek Kołodziej dojadą samochodem z Polski, gdyż w tym czasie tam będą.

Miejsce wędkowania...
Już na początku lutego, mimo jeszcze nieskompletowanego składu, zacząłem szperać po stronach internetowych, aby zorientować się o łowiskach w Norwegii.
A nie jest to łatwa sprawa, jako że miejsc do wędkowania jest w Norwegii bez liku. Ale są gorsze i lepsze, bliższe (z Polski) jak i dalekie, polecane lub wybrane na chybił-trafił. Postanowiłem więc zasięgnąć informacji od Romka o „jego” łowisku w Norwegii (w Mo i Rana). Romek jak zwykle bardzo szczegółowo opisał mi dojazd do tego łowiska, podał dane gospodarza oraz... współrzędne geograficzne miejsc, gdzie miał swoje najlepsze wyniki w wędkowaniu. Mimo tak dobrych namiarów, musiałem zrezygnować z tego miejsca ze względu na dużą odległość z Sandomierza. Wiele innych ośrodków było już zarezerwowanych, a inne albo nie posiadały wystarczająco dużo miejsc (4 wędkarzy), słabe silniki -15 KM albo ceny wynajęcia były zbyt wygórowane.
Jednocześnie zasięgnąłem informacji w agencji zajmującej się turystyką wędkarską. Szef tej agencji, Maciek R. po kilku dniach odpowiada mi, że ma tylko 4 miejsca w domku na wyspie Hitra (w miejscowości Kvenvaer), bo na więcej (dostawki) nie zgadza się właściciel ze względu na przepisy pożarowe. Maciek daje mi kilka dni do namysłu wysyłając jednocześnie zdjęcia domku i łódki. Zdając sobie sprawę, że zbyt późno wziąłem się za rezerwację, decyduję się na ofertę Maćka, któremu daję potwierdzającą odpowiedź już 9 lutego.

Jeszcze tego samego dnia dostaję pocztą elektroniczną kontrakt (5 stron) do podpisania, zlecenie na zakup biletów promowych do podpisania, informację odnośnie ubezpieczenia AXA (14 stron!) i informator o warunkach uczestnictwa (5 stron). Uff, było co wypełniać i czytać przed podpisaniem umowy!
W kontrakcie mamy podane informacje odnośnie łódki, potwierdzenie ubezpieczenia na okres pobytu, map, przewodnika a także sposobu opłaty za nasz pobyt. W zleceniu na prom mamy dokładne informacje odnośnie daty, godziny, samochodu (nas oczywiście też!) wraz z ceną i prośbą o jak najszybsze dokonanie wpłaty, gdyż cena promu może się zmieniać (oczywiście do góry) w miarę zbliżania się terminu jego wypłynięcia z Gdyni. Po wpisaniu danych wszystkich uczestników do umowy i jej podpisaniu, odsyłam ją do biura w Warszawie kilka dni póżniej. Jednocześnie wysyłam zaliczkę za domek i łódkę w wysokości 2800 NOK (koron norweskich), przed upływem wyznaczonego przez biuro terminu - do 14 lutego 2015, a także pełną opłatę za przejazd promem (1418 PLN – złotówki).

Końcową sumę za wyjazd przesyłam do biura 10 maja i otrzymuję od pani Renaty (pracowniczki biura) zapewnienie, że wszystkie niezbędne dokumenty, informacje i bilety na prom otrzymam miesiąc przed naszym wyjazdem. I tak się stało, bo 25 maja otrzymujemy z biura niezbędne dokumenty:
- bilety promowe
- voucher na usługi zagraniczne (do okazania gospodarzowi na miejscu)
- ubezpieczenie zdrowotne Axa
- informator (29 stron) pobytowo-wędkarski, który zawiera absolutnie wszystko. Od turystyki począwszy poprzez pełne wędkarskie informacje, najważniejsze uwagi o przepisach drogowych, no i oczywiście wszystkie niezbędne kontakty do biura w Polsce.
Decyzja wyboru tego biura była bardzo dobra, bo jak się później okazało na miejscu, zarezerwowany domek spełniał wszystkie nasze wymagania, a ponadto cena zawierająca wynajęcie domku, łódki (wraz z GPS) bez paliwa i biletów na prom, była naprawdę konkurencyjna w stosunku do innych ofert – szczególnie tych oferowanych bezpośrednio przez norweskich właścicieli domków.

Kolejka w drodze na prom w Gdyni

Dodatkowe informacje (odnośnie płatności za autostrady, ceny paliwa, dozwolonych prędkości, tras przejazdu i innych) otrzymuję od Marcina Żaka, który pracował w Norwegii parę lat, a także od mojego kuzyna Witka Kołodzieja, który pracuje od 3 lat w Drammen koło Oslo.
Witek informuje nas, iż za jazdę samochodem jako kierowca pod wpływem alkoholu, „wędruje” się w Norwegii za kratki, jak też za przekroczenie prędkości o 37 km (plus dotkliwa kara pieniężna). Popieram te kary całym sercem i życzyłbym sobie, aby je „zaadoptować” w Polsce i to natychmiast!
Jeszcze przed naszym wyjazdem do Norwegii, umówiliśmy się z Witkiem, że odwiedzimy go wraz z żoną w drodze powrotnej z Hitra do Polski, ale... spotkanie z Witkiem nastąpiło trochę wcześniej.

Podróż do Norwegii przez Polskę i Bałtyk...
Po w miarę spokojnym nocnym locie (nie licząc niewielkich turbulencji) z Newarku z przesiadką w Monachium, lądujemy 23 czerwca w Warszawie, skąd autobusem docieramy wieczorem do Sandomierza. Jak zwykle ucieszona mama naszym przyjazdem, pyta się na jak długo przyjechaliśmy? Kiedy się dowiaduje, że za 3 dni wyjeżdżamy do Norwegii i to na ryby, kręci tylko z niedowierzaniem głową. Ale uśmiech pojawi się na jej twarzy, kiedy informujemy ją, że po przyjeździe z Norwegii (z rybami oczywiście), Jacek zostanie w Polsce jeszcze na kilka dni, a ja na 2.5 miesiąca.

Jeszcze przed wyjazdem do Polski ustaliliśmy, że do Norwegii pojedziemy moim samochodem (KIA Venga), co pozwoli nam zabrać z Polski żywność jako, że naszym polskim podniebieniom niezbyt odpowiada żywność „europejska”, która w Norwegii jest do tego bardzo droga. Ale czasu na przygotowania nie zostało nam dużo, bo zaledwie 3 dni. Więc na drugi dzień po przylocie dokonujemy niezbędnych zakupów, w tym turystycznej lodówki na prąd (można podłączać także do gniazdka w samochodzie) do przechowywania zabieranych z Polski wędlin. Oczywiście kupujemy także na wieczorne rozmowy przy kawie trochę „kropli nasercowych” i parę gatunków piwa, jako że alkohole w Norwegii są wyjątkowo drogie i niełatwo dostępne, bo na stacjach benzynowych ich sprzedaż jest absolutnie niedozwolona – i dobrze!  
Wreszcie 26 czerwca wczesnym rankiem ruszamy w naszą wymarzoną drogę do Norwegii.

Przed nami 598 km z Sandomierza przez Radom, rozkopaną od wielu lat Łódź i dalej już autostradą A-1 do Gdyni. Przejazd przez całą Polskę pozwala nam na nasycenie oczu pięknymi polskimi krajobrazami, mijanymi miastami i wioskami oraz zapewnia wielu smacznych wrażeń w przydrożnych zajazdach.

Pomieszczenie dla samochodów na promie

Do Gdyni dojeżdżamy już późnym popołudniem, więc do odjazdu promu „Stena Spirit” (armator - Stena Line) mamy jeszcze parę godzin i całe szczęście, bo sam dojazd na prom jest tak źle oznakowany, że dotarcie do niego przypomina mi jazdę na „roller-caster”. Ale sam prom robi na nas duże i w dodatku pozytywne wrażenie, kiedy po załadowaniu samochodu (wjazd przez rufę) znajdziemy się w jego wnętrzu na 5 poziomie, gdzie mamy wyznaczony pokój do spania. Pokój to może zbyt na wyrost powiedziane, bo jest to mikroskopijne pomieszczenie, w którym oprócz maleńkiej, ale czystej łazienki, znajdują się dwa wąskie łóżka i mini stoliczek między nimi. Przejścia między łóżkami są tak wąskie, że aby się mijać, musi jeden z nas siedzieć na łóżku. A ten „pokoik” jest przeznaczony dla jeszcze... dwóch osób (pozostałe dwie prycze są przymocowane do ściany), których nam nie dokwaterowano, jako że robiliśmy rezerwację na 2 osoby.

Prom-kolos odbija od nadbrzeża punktualnie o 19:30 w nocną podróż przez Morze Bałtyckie. Nie rozwija zbyt wielkiej prędkości chyba ze względu na ładunek wielu samochodów osobowych i tirów, które przy dużych przechyłach na fali mogłyby doprowadzić do katastrofy. Na szczęście tej nocy Bałtyk był nam bardzo przyjazny i praktycznie w kabinie nie dawało się odczuć żadnego kołysania, jak też żadnych odgłosów pracujących silników. Tak więc po kolacji i małym piwku, zasypiamy snem „kamiennym” po całodziennej jeździe przez Polskę.

Jacek z małym jasnym przy barze na promie

Przejazd na Hitra...
Sygnał dźwiękowy w kabinie godzinę przed przyjazdem do Karlskrona (o 7:30) w Szwecji, dokąd dobija prom to znak, że trzeba się przygotować do jej opuszczenia, a także i promu oczywiście. Tak jak w Gdyni podziwiałem sprawny załadunek promu, tak tutaj podziwiam jego sprawny rozładunek. Tym razem wyjeżdżamy naszym samochodem przez wrota otwarte w dziobie promu na rampę, z której łagodnie zjeżdżamy na szwedzki ląd. Przed nami 650 km lądowej podróży do Oslo, dalej kolejne 500 km do Trondhein i jeszcze 50 km do lotniska, czyli w sumie 1200 km, które musimy przejechać w dwa i pół dnia na krętych norweskich drogach. Mieliśmy nadzieję, że po drodze nie spotkają nas jakieś niemiłe niespodzianki, ale to była tylko nadzieja, bo rzeczywistość troszkę nam tą nadzieję „przestawiła”.

Poranna kawka już w Szwecji Nic nie przeczuwając włączam mój samochodowy GPS, aby nastawić na Trondheim w Norwegii, skąd z lotniska mamy odebrać Wojtka i Józka. Niestety mam z tym trudności, gdyż GPS podaje mi informację o niemożliwości nastawienia trasy na to miasto. Ku mojemu zdziwieniu i sprawdzeniu, okazuje się, że mój GPS nie ma załadowanych krajów skandynawskich! Mimo, że rok wcześniej podczas pobytu w Polsce, dałem prywatnemu, poleconemu mi człowiekowi do władowania do mojego GPS-u map Szwecji, Norwegii i Finlandii. Człowiek pieniążki pobrał, ale... załadował inne mapy krajów, do których akurat w tym roku się nie wybierałem!

Pewni GPS-u, nie zakupiliśmy w Polsce żadnych map Skandynawii, a w Karlskrona o ich kupnie można było tylko pomarzyć. Przygodni polscy kierowcy tirów wytłumaczyli nam nieco, jak wyjechać z Karlskrona i dotrzeć do autostrady na Oslo. Z trudem kupiliśmy gdzieś na trasie w Szwecji mapę drogową tego kraju i to w dużej skali, ale to już było coś. Na szczęście przed wyjazdem z Karlskrona przypomniałem sobie o kuzynie - Witku. Z moim telefonem nie było niespodzianki, gdyż działał, a Witek odebrał połączenie natychmiast. Na moje pytanie czy ma jakiś GPS do pożyczenia nam na okres pobytu w Norwegii i Szwecji, odpowiedział twierdząco. Chcąc nam oszczędzić nadrobienia drogi do Drammen, zaproponował przekazanie GPS-u w Oslo, pod budynkiem zamku królewskiego.

Autor z Jackiem przed pałacem królewskim w OsloDzięki uprzejmości napotkanych w Oslo Norwegów, trafiliśmy tam na czas. Odetchneliśmy z ulgą, bo teraz droga do Hitra wydawała się już całkiem pozbawiona przeszkód. Po krótkiej pogawędce i wypiciu kawy w pobliskiej kawiarni, pożegnaliśmy Witka i ruszyliśmy w dalszą drogę, aby przed nocą dojechać jak najbliżej Trondheim i znaleźć przed północą jakiś motel, gdzie moglibyśmy przenocować. Okazało się to nie takie proste, gdyż w mijanych motelach nie było już wolnych miejsc i tylko jeden, już około północy oferował wolne miejsca, ale tak drogie (około 500 zł za noc), że postanowiliśmy z Jackiem jechać całą noc.

Ale jak wiemy, noc ma swoje prawa, o które się zazwyczaj upomina, więc kiedy około 2 w nocy, powieki zmuszały nas do przerwania dalszej jazdy tuż koło Lillehammer (miejsce zimowej olimpiady w 1994 roku), zjeżdżamy na kamping nad rzeką, gdzie już w kilku samochodach nocują tak jak i my zmęczeni kierowcy, do których dołączyliśmy natychmiast.
Piękny ranek, widoki na rzekę i okoliczne wzgórza w pełni wynagrodziły nam to nocne i niezbyt wygodne spanie, a jak zawsze poranna kawa zakupiona na pobliskiej stacji benzynowej, „przywróciła nas na nogi”.

W drodze do GoteborgaPrzed nami jeszcze tylko 450 km do Trodheim. W miarę posuwania się na północ, otaczające nas widoki zmuszają do częstego zatrzymywania się, aby zrobić pamiątkowe fotografie. A jest co podziwiać. Strome góry, u podnóży, których na maleńkich skrawkach uprawnej ziemi, miniaturowe poletka lub pastwiska, na których wypasają się owce i krowy, korzystające z krótkiego norweskiego lata. Nieco wyżej, pokryte są zieloną szatą lasów iglastych, których drzewa stoją nieruchomo niczym żołnierze na warcie. A w najwyższych partiach już tylko porosty dają sobie radę z niską temperaturą. Mimo, że to koniec czerwca, to w wielu miejscach zbocza gór pokryte są liszajami śniegu, broniącego się rozpaczliwie (zwłaszcza na południowych stokach) przed unicestwieniem przez krótko królujące w ciągu dnia słońce. I tylko jęzory krystalicznej wody wypływające spod nich i spadające prawie pionowo po skałach do wijących się w dolinie strumieni, przesądzają o skazaniu ich wysiłków na niepowodzenie. Te strumienie przeradzają się w rwące rzeki wpadając niekiedy do jezior tuż koło trasy naszego przejazdu.
Na północnych stokach śniegu jest nieco więcej, więc czasem mijamy je po drodze i na poboczach są niekiedy na wyciągnięcie ręki.

Świt na trasie do Trondheim-NorwegiaNic dziwnego, że zachwytom naszym nad norweskimi „pejzażami natury” nie ma końca, bo takie widoki będą towarzyszyły nam do Trondheim, do którego dotarliśmy już bez żadnych przeszkód.

Niestety, ale okazuje się, że lotnisko Trondheim-Vaernes, gdzie mamy odebrać Wojtka i Józka, przylatujących z USA, jest oddalone o kolejne 35 km od centrum miasta. Czasu do przylotu samolotu zostało niewiele, ale mamy nadzieję, że zdążymy na czas. Jeszcze tylko na lotnisku po dojeździe szukamy parkingu i parę minut później już w hali przylotów razem z Jackiem rozglądamy się za naszymi kolegami. Lotnisko jest niewielkie, więc za chwilę witamy się serdecznie z zaskoczonym Wojtkiem i Józkiem, którzy nie spodziewali się naszego punktualnego przyjazdu, bo oni jeszcze nie zdążyli nawet dopić kawy! Sami się dziwimy, że po przejechaniu od promu prawie 1200 km, spóźniamy się zaledwie 5 minut!

Spotkanie z Wojtkiem na lotnisku w Trondheim Chwilę potem jedziemy z powrotem na południe, aby po około 50 km odbić w prawo w kierunku miejscowości Kvenvaern na wyspie Hitra (170 km od lotniska w Trondheim), gdzie w zarezerwowanym domku spędzimy tydzień na wędkowaniu. Domek otwarty (nikt tu nie zamyka domku spodziewając się gości), więc rozpakowujemy się i czekamy na właściciela, którego powiadomiliśmy o naszym przyjeździe.
O piątej po południu zamiast właściciela zjawia się manager - Fred (Niemiec polskiego pochodzenia), który wspólnie z nami ustala warunki naszego pobytu i przekazuje uwagi od właściciela. Gnani wędkarską ciekawością i nieznajomością miejsc wędkowania pytamy go o miejsca dobrych wędkowań, sposobów i miejsc wędkowania dużych ryb. Niestety – odpowiedź jest krótka, lakoniczna i nic nieznacząca – „ryby tutaj są wszędzie”! Z naszych wędkarskich doświadczeń wiemy, że ryby często są wszędzie, ale najczęściej nie tam gdzie aktualnie wędkujemy! I jak się okazało po tygodniu... mieliśmy rację.

Chwilę potem udajemy się wspólnie do pomostu na końcu fiordu (około 200 metrów od naszego domku), gdzie zacumowana jest łódka, z której będziemy wędkować. Fred objaśnia obsługę silnika, miejsca tankowania benzyny oraz udziela nam krótkiej informacji na temat posługiwania się „wodnym GPS”. Ustalamy też sposób kontaktowania się w przypadku awarii silnika podczas wędkowania. Jego wyjaśnienie przebiegają w ekspresowym tempie, bo nie ma czasu (ma za chwilę spotkanie jeszcze z innymi wędkarzami), więc na wiele jeszcze nurtujących nas pytań nie dostaniemy dzisiaj odpowiedzi – do końca pobytu też.

Pomoc przy której cumujemy naszą łódkęJest już około siódmej wieczorem, więc ustalamy, że na pierwsze wędkowanie wyruszymy rano, a dzisiejszy wieczór poświęcamy na odpoczynek przy kartach. Ale Wojtek nie bardzo chce czekać do jutra i dlatego z pomostu zwędkował niedużego dorsza.
Ponieważ na dworze jest lekko szarawo, bo niebo zachmurzone to powoduje, więc zajęci rozmową i pierwszym wspólnym spotkaniem nie zwracamy uwagi na zegarki. Kiedy w pewnym momencie ktoś ze zdziwieniem mówi, że jest już pierwsza w nocy (!), nie chcemy mu wierzyć gdyż za oknem jest ciągle szaro, a nie mrok norweskiej nocy. Dopiero teraz uświadamiamy sobie, że przecież jesteśmy w środku polarnej nocy, która będzie nam towarzyszyć przez cały okres pobytu tutaj. A do spania „bez nocy” można się szybko dostosować.

Wojtek wędkuje z pomostu-kibicuje mu Jacek

Wreszcie wędkujemy...
Późne pójście spać skutkuje późniejszym wstaniem. Więc rano, szybciutko po śniadaniu udajemy się do pobliskiego sklepu, gdzie można oprócz produktów żywnościowych, kupić także wiele niezbędnych rzeczy potrzebnych do codziennego użytku, jako że odległość do najbliższego supermarketu w innym miasteczku jest dosyć duża. Oczywiście nie może w nim zabraknąć sprzętu wędkarskiego. My dokupujemy tylko pilkery, ciężarki, haczyki i drobne akcesoria wędkarskie, jako że wędki „doleciały” razem z Wojtkiem i Józkiem z USA.
Teraz już nic nie stało na przeszkodzie, abyśmy wreszcie znaleźli się na łódce i posługując się mapą wręczoną nam wczoraj przez Freda oraz GPS, wyruszyli na pierwsze wędkowanie. Bez tych dwóch rzeczy, wędkowanie w Norwegii jest absolutnie niemożliwe, a przynajmniej w rejonie naszego wędkowania.

Mapa daje nam ogólny obraz mnóstwa skalistych wysepek i przejść wodnych, z informacją dotyczącą głębokości wody, umiejscowienia latarni ostrzegawczych na skałach i podwodnych płycizn. Natomiast najcennieszą zaletą GPS-u, oprócz wyświetania konfiguracji dna (do pewnych głębokości), perfekcyjnego obrazu na ekranie wszystkich, nawet najmniejszych wysepek, lokalizacji ryb czy wyświetlanie izobatów*, była tzw. funkcja plotera.

Józek na łódce przed wypłynięciem na wędkowanie

Po odpowiednim ustawieniu, na ekranie GPS-u pokazywany był symbol łódki (zawsze usytuowanej centralnie) a za nią ciągła linia, która pozostawała na ekranie do chwili jej zlikwidowania. To pozwalało nam pływać nawet przy mglistej pogodzie czy też gęsto padającym deszczu, kiedy widoczność ograniczona była od kilkunastu do kilkudziesięciu metrów. Szczególnie było to bardzo ważne podczas powrotu do bazy, gdyż wystarczyło tylko wracać z powrotem trzymając się lini na ekranie wyznaczonej podczas płynięcia na łowisko. A to było bezcenne ze względu na nasze bezpieczeństwo, bo w labiryncie wysepek, skał, przesmyków wodnych, fiordów i otwartych wód Morza Północnego, można byłoby się łatwo zagubić, szczególnie przy wspomnianej słabej widoczności.

Przed wypłynięciem po raz pierwszy na wędkowanie, łowimy parę małych rybek (nie znam ich nazwy), które Wojtek wypatrzył podczas ich wczorajszego, wieczornego żerowania przy pomoście, a które posłużą nam jako przynęta. Po pierwszym wędkowaniu i poźniejszych, używaliśmy jako przynęt, resztek ryb, które patroszyliśmy po powrocie z wędkowania.
Tak więc ubrani ciepło (mimo czerwca było chłodno) z kamizelkami ratunkowymi (obowiązkowo noszonych podczas pobytu na łódce), w kurtkach przeciwdeszczowych (jako że trochę pada), wypływamy tego poniedziałkowego ranka 29 czerwca na nasze pierwsze wędkowanie. Płyniemy powoli, tak trochę zachowawczo, bo jak wspomniałem niezliczona ilość wysepek różnej wielkości oraz wiele przejść wodnych między nimi może być zagrożeniem dla łódki, a szczególnie silnika w przypadku „otarcia się” o skałę. O ewentualnych kosztach jego naprawy woleliśmy raczej nie myśleć.

Jacek z Wojtkiem Po około 30 minutach dopływamy na miejsce, które według mapy powinno być dobre, bo dno ukształtowane było na kształt wielkiej niecki na głębokości około pięćdziesięciu metrów. Nasze przynęty na haczykach obciążone ciężarkiem lub pilkerem opuszczamy na dno, starając się, aby linka była naprężona, co daje nam gwarancję dobrego zacięcia ryby. Ale także możliwość zaczepu (co zazwyczaj kończyło się zerwaniem całego zestawu) była mniejsza szczególnie, że łódka cały czas dryfowała do lub od lądu, w zależności od tego czy był akurat przypływ czy też odpływ. Ze względu na wielkie wahania podczas aktywności pływów**, nie wolno wędkować przy kotwicy zaczepionej o dno, bo w przypadku trudności w uwolnieniu kotwicy, łódka może zostać „wciągnięta” pod wodę.

Pierwsze minuty wędkowania to zdobywanie doświadczenia odnośnie metody i sposobu wędkowania, utrudnione ze względu na skaliste dno w wielu miejscach, co kończyło się niejednokrotnie zaczepieniem o kamień na dnie i urwaniem całego zestawu. A ceny sprzętu w Norwegii są dosyć duże – zresztą nie tylko sprzętu, bo Norwegia dla turystów jest dosyć droga.
Ale wróćmy do wędkowania, które tak jak i na Oceanie Atlantyckim w USA, polega na wędkowaniu z dna – tzw. „buttom fishing” (główna metoda naszego wędkowania w Norwegii) lub dżigowaniu. Mamy nadzieję zwędkować takie ryby jak: cod, cusk, ling, pollock, haddock, ale... nie zawsze się ma w siatce to, co się oczekuje.

Józek, Wojtek i Jacek w drodze na łowiskoŁódka ustawiona w dryf, przy słabym odpływie przesuwa się pomału w kierunku otwartego Morza Północnego. Zarzucam wreszcie mojego ciężkiego pilkera z dwoma bocznymi haczykami (przywieszkami) na przyponie z żyłki za burtę łódki i kiedy wyczuwam, że pilker dotarł do dna (na głębokość około 150 stóp), co objawia się luźną linką, próbuję cały czas utrzymywać ją lekko naprężoną. Kiedy wydaje mi się, że coś szarpie moje haczyki, podcinam zdecydowanie, ale kilka pierwszych prób kończy się zaczepieniem o dno i w konsekwencji jednym urwanym zestawie.
Kiedy kolejny raz po podcięciu czuję silny opór, pomyślałem, że to pewnie kolejny zaczep. Ale kiedy ten „zaczep” zaczął powoli przesuwać się szarpiąc moją wędkę wiedziałem, że to wreszcie pierwsza „norweska” ryba. Staram się powoli nakręcać linkę na kołowrotek, aby jej nie zerwać, bo rozczarowanie byłoby ogromne.

Wreszcie po kilku minutach mocno osłabioną rybę wciągam do łódki. To cusk, liczący sobie około 25 cali. Teraz wyciąganie kolejnych ryb jest nieco łatwiejsze, tyle tylko, że z większych głębokości w miarę odpływania od brzegu. A moi koledzy na łódce wcale nie są gorsi i też co jakiś czas wyholowują takie ryby jak: cusk, ling (Wojtek 27.5 cala) i bardzo rzadko cod (dorsz). Jestem tym zaskoczony, gdyż spodziewaliśmy się więcej dorszy, może nie olbrzymów, ale jednak więcej, bo przecież Norwegia jest słynna z ładnych okazów tego gatunku ryby (szczególnie na wiosnę, kiedy płyną do brzegu na tarlo). Po około godzinie dryfowania musimy cyklicznie przestawiać naszą łódkę bliżej brzegu, aby nie wylądować w..... Szkocji. To może przesada, ale szybki prąd odpływu pod koniec wędkowania prędko „wywozi” nas w morze.
Dlatego po czterech godzinach wędkowania, mając sporo zwędkowanych ryb, decydujemy się na powrót do naszej bazy.

Autor z pierwszą norweską molwą Czeka nas jeszcze czyszczenie ryb (dwie osoby), a kolejne dwie smażą rybki na dzisiejszą kolację, podczas której przy drinku opowiadamy sobie wrażenia pierwszego dnia i omawiamy trasę i miejsce jutrzejszego, wtorkowego wędkowania.
Pamiętamy także o nocy polarnej i mimo braku ciemności udajemy się o „przyzwoitej” godzinie (tuż przed północą) do łóżek i chyba wszyscy usypiamy bardzo szybko.

 Bardzo chłodny ranek 30 czerwca, który zmusza nas do ubrania się ciepło i w nieprzemakalne kombinezony oraz całkowicie zachmurzone niebo towarzyszą nam, kiedy odpływamy od pomostu na dzisiejsze wędkowanie. Mamy nadzieję na poprawę pogody, ale najważniejsze, aby nie padał deszcz, bo nasza łódka, choć bardzo wygodna, to nie ma niestety żadnego zadaszenia. A wędkowanie na otwartym morzu podczas deszczu nie należy do przyjemności.
W tym dniu także wędkujemy na ogół w rejonie naszego wczorajszego wędkowania, pozwalając jednak łódce na dłuższe dryfowanie w głąb morza. I dopiero kiedy brzeg pobliskich wysepek od strony lądu jest mało widoczny, decydujemy się na podjazd łódką blisko brzegu. Cykl ten powtarzamy kilkakrotnie w ciągu dnia. Tym razem głębokość wędkowania przy oddaleniu się od brzegu jest większa i chyba z tego powodu, kilka ładnych okazów ling i cusk trafiło do pojemników. Największym okazem w tym dniu (27 3/4 inch – ling), mógł pochwalić się autor. Pogoda przez te kilka godzin wędkowania, nie sprawiła nam niespodzianki w postaci deszczu, a popołudniu przez kilka godzin towarzyszyło nam słońce, więc do bazy dotarliśmy na sucho.
Jeszcze tylko po drodze tankujemy paliwo do silnika (około 7 zł za litr), aby z rana nie tracić czasu. W pobliżu punktu tankowania spotykamy grupę Polaków, krórzy z przewodnikiem codziennie wyruszają na wędkowanie. Ale i oni nie moga się pochwalić jakimiś wybitnymi okazami. Jednakowóż umawiamy się, że jutro (w środę) popłyniemy za nimi zakładając, że lokalny przewodnik lepiej od nas zna tutejsze łowiska.
A na kolację ponownie rybka smażona, bo polskie jedzenie przeznaczamy na śniadanie i lunch zabierany ze sobą na łódkę w postaci tradycyjnych kanapek.

Jacek i jego pierwszy norweski dorszRano 1 lipca, jak codziennie, jajecznica na boczku z kawą i sałatkami, zaspokaja nasz poranny głód i pozwala w dobrych nastrojach wyruszyć na kolejny dzień wędkowania. Zgodnie z wczorajszym ustaleniem płyniemy za łódką z Polakami, trzymając się jednak za nimi w odpowiedniej odległości, aby nie „wkraczać” na ich teren wędkowania. Po dwóch godzinach decydujemy się jednak na swoje rejony wędkowania, poznane w poprzednich dwóch dniach, jako że to „trzymanie się” nie przynosi jakiś rewelacyjnych wyników.
Po kilku godzinach, kiedy morze nieco „rozgniewane” obecnością intruzów, objawia się pokazywaniem się białych grzyw na falach, zmusza nas do zakończenia wędkowania. Nasze skrzynki jak i poprzednio, wypełnione głównie rybami z gatunku ling i cusk, a Jacek zwędkował w tym dniu największą rybę (dorsz 28 cali). Kiedy już wpłynęliśmy między wysepki z otwartego morza, kierując się GPS-em, lustro wody wygładziło się znacznie, co ułatwiło nam na spokojny powrót. Jeszcze tylko zakupy w sklepie, aby uzupełnić zerwane zestawy i po oczyszczeniu ryb zasiadamy do późnej obiado-kolacji. A oczyszczone rybki (te przeznaczone do zabrania), pakujemy do plastikowych woreczków, które zgrzewamy na urządzeniu, które przed tym opróżniamy prawie całkowicie z powietrza. Pozwala to na ich dłuższe przechowywanie, bo nie ulegają utlenieniu. Woreczki te wkładamy codziennie do dużej zamrażarki, w którą jest wyposażony nasz domek.

Autor i brosmaCzwartkowy ranek 2 lipca powitał nas całkowicie rozchmurzonym niebem, obiecującym ładną pogodę z czerwcowym słońcem. Dlatego decydujemy się na wędkowanie na fiordzie Ramsoy przy wyspie Ramsoya, na dużym obszarze gładkiego lustra wody lekko zmarszczonego słabym powiewem wiatru. Miejsce to z nieco głębszymi zagłębieniami na dnie, mogło zapowiadać wędkowanie większych okazów. Już pierwsze „posłanie” naszych przynęt na dno zdawały się potwierdzać te przypuszczenia, gdyż zaraz po tym Jacek wyciągnął pięknego dorsza (33 cale), a Józek kilka dorodnych ling. Autor tego tekstu natomiast najskuteczniej wędkował, bo jego 36 calowy cusk był największą rybą zwędkowaną tego dnia.
Zmieniając co kilkadziesiąt minut pozycję naszej łódki, obserwujemy w odległości około 150 metrów dwóch lokalnych rybaków na małej drewnianej łódce. Dziwne było to, że nie mieli wędek ani sieci, ale za to kręcili przy burcie jakimś kółkiem, przypominającym małe koło rowerowe. Po dopłynięciu bliżej okazało się, że na koło była nawinięta żyłka z bocznymi haczykami na większości, których zaczepione były dorodne makrele w miarę wyciagania tej żyłki na kółko.
Zmieniamy natychmiast zestawy na wędkach na zestawy zwane „choinką”. Jest to długi przypon z małym ciężarkiem na końcu, a po bokach 5 – 6 małych haczyków z kolorowymi piórkami bez żadnej przynęty. Wyszukujemy podwodnych wypłyceń (20 – 30 m), bo tam z wędkarskich doświadczeń spodziewamy się ławicy makreli. Już podczas opuszczania zestawu do dna, czuję gwałtowne szarpnięcia. Podcięcie i za chwile 3 makrele jednocześnie zacięły się na „choince”. I tak prawie za każdym razem. Najlepszym w podcinaniu makrel okazał się Jacek, który dwykrotnie wyciągnął na raz – 6 sztuk makreli. Czasem zamiast makreli wyławialiśmy także inne małe ryby zwane coalfish (Pollachius virens) – mniejszy kuzyn czarniaka, często z nim mylony. Agresywność żerującej makreli w ławicy jest ogromna. Nie dość, że rzucają się na goły haczyk, to jeszcze wszystkie na raz bardzo agresywnie i dlatego można je wyciągać po kilka sztuk na raz.
Wojtek z dwoma molwamiPo godzinie takiej zabawy rezygnujemy z dalszego wędkowania, zostawiając sobie powrót na to łowisko podczas jutrzejszego, piątkowego popołudnia.
Tradycyjne piątkowe śniadanie (jajecznica na boczku) 3 lipca z aromatycznie pachnącą kawą celebrujemy spokojnie, bez pośpiechu, bo za oknem pogoda nie nastraja nas do szybkiego opuszczenia domku na wędkowanie. Pochmurno, pada, a okresami leje jak z cebra, więc musimy trochę poczekać. Dopiero koło południa zabezpieczeni „przeciwdeszczowo” pakujemy się na łódkę, przyznam niezbyt chętnie, bo ołowiane chmury nad naszymi głowami czekają tylko, aż wypłyniemy w morze na wędkowanie. Ale nie chcemy już dłużej zwlekać, gdyż jest to już przedostatni dzień naszej przygody wędkarskiej w Norwegii. W związku z pogodą, decydujemy się na bliskie wędkowanie na wejściu do fiordu Ramsoy, gdzie przez godzinę bardzo dobrze brały makrele i coalfish na podwodnych górkach, które potem nagle przestały żerować.
Piękny widok z łódki na przybrzeżne ośnieżone góryKręcimy się trochę próbując podpływać bliżej brzegu, ale ze względu na wzrastające zamglenie i siąpiący (jednak) deszczyk - nie za blisko.
Trochę niezłych ling, cusk oraz duże dorsze (33 calowe) Wojtka i Józka to efekt trzygodzinnego wędkowania. Zaaferowani wędkowaniem nie zwracaliśmy uwagi na wiatr, który przybierał na sile, wywołując małe fale na powierzchni morza. A do tego gęstniejąca mgła i gęsty deszcz przechodzący w ulewę przyspieszyło decyzję na zakończenie dzisiejszego wędkowania. Wracamy bardzo wolno, bo widoczność spadła do kilku (!) metrów, a wobec obecności wysepek, skał, wąskich i płytkich wodnych przejść bez posiadania GPS-u, nasz powrót do bazy mógł się zakończyć nieciekawie. Na szczęście trzymając się „lini” zostawionej na ekranie podczas porannego wyjazdu mogliśmy bezpiecznie zacumować naszą łódkę przy pomoście.
Jeszcze tylko codzienne czyszczenie ryb i możemy wreszcie wysuszyć nasze ubrania oraz zasiąść do kolejnego obiadu (rybki smażone) pławiące się tym razem nie w morskiej wodzie, a… włoskim winku. Ustalamy plan na jutrzejsze wędkowanie przy partyjce karcianej gry (tysiąc) i tuż przed północą udajemy się na nocne spanko. Dobrze, że nie mamy telewizji, bo nie angażując się w wiadomości na ekranie, możemy oddać się pełnemu relaksowi i wypoczynkowi, podziwiając surową norweską naturę i niezwykle ciekawą linię morza, poszarpaną licznymi wysepkami, zatokami i wodnymi przejściami czy też fiordami. A do tego surowość krajobrazu i cisza na morzu w połączeniu z brakiem innych wędkarzy (praktycznie brak łódek w rejonie naszego wędkowania) dopełnia obrazu norweskiego wybrzeża.

Piękna norweska brosma - kibicuje JózekW sobotę 4 lipca wypływamy tylko na krótkie wędkowanie, bo zaledwie na 3 godziny, nastawiając się przede wszystkim na wędkowanie makreli, choć najwiekszą rybą tego dnia był dorsz Jacka – 33 cale. Wracając z wędkowania uzupełniamy paliwo do pełnego zbiornika (zgodnie z umową) i w obecności Freda przekazujemy do kontroli łódkę – pomyślnie.
Po południu podczas pakowania zamrożonych ryb okazuje się, że do lodówki, którą kupiliśmy z Jackiem w Polsce możemy zmieścicić zaledwie 2-3 kilo ryb, dużo, dużo mniej od limitu obowiązującego w Norwegii. A Wojtek z Józkiem nie mają żadnej lodówki i dlatego decydujemy się na zakup styropianowych lodówek w sklepie, gdzie kupowaliśmy akcesoria wędkarskie. Mam trochę obaw po obejrzeniu tej lodówki w sklepie, czy uda się nam z Jackiem dowieźć zamrożone ryby w dobrym stanie do Polski po 3 dniach czekającej nas podróży. Musimy zaryzykować, bo... nie mamy innego wyjścia, jako że rodzina i znajomi czekają na świeże norweskie rybki.

Widok na Kvenvaern z łódki W lepszej sytuacji jest Wojtek i Józek, którzy nazajutrz wylatują do USA wraz z zamrożonymi rybami (dozwolone przez przepisy celne USA) także w styropianowej lodówce, którą razem z nami zakupili. 

Koniec wędkarskiej przygody w Norwegii...
W ostatni wieczór wspominamy nasze wędkowanie i z żalem stwierdzamy, że to już koniec tej wędkarskiej norweskiej przygody. Obiecujemy sobie, że za rok może tu przyjedziemy powtórnie... Kto wie? Bardzo wczesnym rankiem pakujemy wszystko do samochodu i jedziemy na lotnisko w Trondheim, podziwiając po drodze dzikie i gęsto zalesione tereny wyspy Hitra od jej północnej strony.

Domki wędkarskie i przystań w Kvenvaern- HitraNa lotnisku żegnamy się z Wojtkiem i Józkiem, którzy także zabierają w specjalnej tubie nasze wędki (które w ten sposób przywieźli do Norwegii) i oczywiście zamrożone rybki w styropianowej lodówce. A my z Jackiem ruszamy na południe w powrotną drogę do Polski.
Po ujechaniu kilkudziesięciu kilometrów pytam Jacka, czy ma ze sobą zapasowe klucze do samochodu, które miał „pod opieką” podczas całego pobytu na Hitra. Jacek ku mojemu zaskoczeniu odpowiada, że ich nie ma, bo wskutek porannego zamieszania i wzajemnego nieporozumienia przy pakowaniu, zapomniał ich zabrać.

Jeszcze mamy szansę wrócić się do naszego domku w Kvenvear (nadrabiając około 250 km), jako że lotnisko jest na północny wschód od Hitra, ale nie mamy pewności czy nasz domek nie jest już zamknięty, bo opuszczaliśmy go z kluczem w zamku bez obecności menadżera, tak jak to było uzgodnione wcześniej. Próba dodzwonienia się do Freda nie daje rezultatu. Decyduję się więc jechać w drogę powrotną do Polski, zakładając, że po powrocie dorobię sobie zapasowy klucz u sprzedawcy KIA – oczywiście za sowitą dopłatą. Dzwonię też do agencji (pana Maćka), która nam załatwiała wyjazd, informując o tym zdarzeniu. Obiecuje mi zadzwonić do gospodarza domku jutro, gdyż dodzwonienie się w niedzielę jest praktycznie niemożliwe. Nie bardzo liczę, że uda mi się odzyskać klucze, więc przyzwyczajam sie do tego, że będę je musiał dorobić.
Jacek z Witkiem w DrammenW tym dniu zaplanowaliśmy dojazd do Drammen koło Oslo, w którym mamy zarezerwowany hotel (pokoik ledwie nas mieszczący, ale za to drogi) i gdzie odwiedzimy naszego kuzyna Witka, który od zaledwie 3 lat pracuje jako lekarz stomatolog w Norwegii, radząc sobie znakomicie. Jako że mamy trochę czasu, więc w drodze zwiedzamy Goteborg, trochę tak „po amerykańsku”, czyli z platformy autobusu turystycznego.

A Witek z żoną Ewą (oczekującą dziecka) witają nas bardzo serdecznie licząc, że zostaniemy u nich przynajmniej 2-3 dni. Niestety, ale z żalem odmawiamy temu zaproszeniu i tylko przez 3 godziny, oprowadzani przez Witka, podziwiamy okolice Drammen, widziane z gór otaczających to miasto.
A rano w dalszą drogę przez Szwecję do Karlskrona na prom, próbując po drodze dostać lód w kostkach na stacjach benzynowych – bezskutecznie. Kiedy na odcinku, gdzie niedawno była przebudowa rozjazdów, gubimy drogę (GPS nie miał najnowszej aktualizacji) tracąc prawie 2 godziny na znalezienie właściwej autostrady, obawiamy się, czy zdążymy na prom. Na szczęście zdążyliśmy. Tym razem ładowanie się na pro, przebiega sprawnie i kiedy już ruszyliśmy w nocną podróż przez Bałtyk do Gdyni, przy małym piwku, podziwiamy piękny zachód słońca na morzu, który to widok jak zawsze na długo zachowam w mojej pamięci.
Na pierwszej stacji benzynowej w Polsce, po zjechaniu z promu, pytamy się o lód, aby zasypać nasze zamrożone rybki, które już trzecią dobę są chronione tylko styropianem. Na jak długo to wystarczy? Nie wiemy, ale wiemy, że lato w 2015 roku było w Polsce wyjątkowo upalne. Mamy pecha, bo właśnie lodu już zabrakło. A w następnych stacjach benzynowych w drodze do Sandomierza, kiedy pytamy o lód to wielkie zdziwienie na twarzach sprzedawców, mówi za wszystko zanim zdążą coś odpowiedzieć. A przecież nie pytamy się o drogę na księżyc!

Autor w kabinie na promie w drodze powrotnej

Kiedy już w Sandomierzu po dojeździe do domu mamy, otwieramy styropianową lodówkę, jesteśmy mile zaskoczeni. Filety są na wpół zamrożone, mimo trzydniowej podróży samochodem w upalne dni! Dobra wiadomość na przyszłe wyprawy wędkarskie.
Epilog....
Parę dni po przyjeździe do Sandomierza, dostaję kopertę z Hitra z Kvenvaer od menadżera, a w niej – mój zapasowy klucz! Tego się naprawdę nie spodziewałem. Udaje się mi dodzwonić do niego i podziękować proponując zwrot kosztów przesyłki. Nie chciał o tym nawet słyszeć – miłe to z jego strony, że takich ludzi spotyka się na swojej drodze.
A zaledwie sześć miesięcy po powrocie z Norwegii planujemy kolejny wyjazd na zagraniczne wędkowanie w lipcu 2016 roku. I znowu do Norwegii i być może w to samo miejsce, w tym samym domku! Tym razem pojedziemy w piątkę: Wojtek, Jacek, Tadeusz, Roman i autor.

Dane Wędkowania:

  • Wędkowanie w rejonie wyspy Hitra w południowej części Norwegii z bazą noclegową w miejscowości Kvenvaern, około 170 km od Trondheim i 610 km od Oslo.
  • Z Oslo do Karlskrona – 630 km a z Warszawy do Gdyni – 450 km.
  • Rejon ten znany jest z gatunków takich ryb jak: czarniak (Pollachius virens), dorsz atlantycki (Gadus morhua), rdzawiec (Pollachius pollachius ), brosma (Brosme brosme), molwa (Molva molva), halibut atlantycki (Hippoglossus hippoglossus), halibut czarny (Reinhardtius hippoglossoides), zębacz pasiasty (Anarhichas lupus), żabnica (Lophius piscatorius), plamiak (Melanogrammus aeglefinus), makrela atlantycka (Scomber scombrus), karmazyn (Sebastes miniatus, śledź oceaniczny (Clupea harengus). Nazwy ryb podane w nazewnictwie polskim i w nawiasie – łacińskim, które ściśle indentyfikuje się z danym gatunkiem ryby.
  • Wędkarski sezon trwa tu od marca do września. Wędkować można na otwartym morzu, ale w zasięgu widoczności brzegu, między wysepkami lub w cieśninach.
  • Metoda wędkowania: z łodzi (19 stóp długa, 50 KM silnik) dryfującej zgodnie z prądami pływu, metodą gruntową z pilkerem (100 do 300 gram) i dwoma bocznymi haczykami, na głębokościach od 10 do 80 metrów. Można też wędkować na spining. Typowe morskie wędzisko 7 stóp, hard action z kołowrotkiem o ruchomej szpuli i plecionką 80 funtów wytrzymałości.
  • Z Norwegii można wywieźć 15 kg filetów na jednego wędkarza i legalnie można wwieżć do USA.
  • Jadąc autem, trzeba pamiętać o opłatach na autostradach. Informację na ten temat można znaleźć na stronie - Autopass.no
  • W Norwegii należy uważać na przekraczanie dozwolonych limitów, gdyż kary za te wykroczenia są bardzo surowe, a o jeździe na „podwójnym gazie” nie należy nawet myśleć.
  • Przed wjazdem do Szwecji i Norwegii, należy zapoznać się z przepisami odnośnie limitu alkoholu wwożonego do tych krajów.

* Izobata – linia łącząca punkty o jednakowej głębokości na mapach akwenów wodnych.
** Pływy – Określa się tą nazwą odpływy i przypływy na morzach i oceanach. Na różnych akwenach, w różnych częściach świata są różne. Maksymalna, średnia wielkość przypływu jest w zatoce Funday w Kanadzie – 15.4 m.


Józef Kołodziej, 2015 rok

Kategoria: Podróże > Wędkarskie wypady

Data publikacji: 2016-07-27

Baner
Baner
Ogłoszenia/classifieds
Ogłoszenia Zobacz ogłoszenia >>
Baner
Baner
Baner
Plus Festiwal

Podoba Ci się nasza strona?
Polub nasz profil na Facebooku.