PLUS

Baner

Niezapomniana Wigilia

Niezapomniana Wigilia

Wigilię, której nie zapomnę do końca życia, przeżyłem w Indiach. Był grudzień, 1981 rok.

Jako pracownik naukowy Instytutu Geologicznego w Krakowie posiadałem prawo do sześciotygodniowego urlopu. Ponieważ moim głównym zadaniem było wykonywanie map geologicznych na obszarze Spiszu i Pienin, a opady śniegu praktycznie uniemożliwiały postęp prac po październiku, przeto bez trudu uzyskałem dodatkowe sześć tygodni urlopu bezpłatnego. Brak wynagrodzenia podczas bezpłatnego urlopu nie stanowił dla mnie zbyt wielkiej krzywdy, gdyż pensja starszego asystenta wynosiła wówczas równowartość 20 dolarów USA, a ujawnianą przez naszych alpinistów tajemnicą poliszynela była wiarygodna informacja, że za popularny i tani w Polsce aparat fotograficzny marki Zenit można było w krainie Gandhi’ego uzyskać trzykrotnie więcej. Zapowiadał się więc wspaniały, trzymiesięczny wypad w Himalaje i na półwysep Dekanu. Były to czasy, kiedy subkontynent indyjski pozostawał jednym z najbardziej pożądanych celów w światowej turystyce. Były to również czasy, kiedy tak daleki wyjazd, nawet ze „złotówkowej” Polski miał realne podstawy, gdyż koszty wielomiesięcznego pobytu w Indiach pokrywała sprzedaż dwóch rosyjskich aparatów, jednego radia Sony i dwóch butelek whisky Johny Walker kupionych w strefie wolnocłowej podczas międzylądowania w Dubaju. Polski LOT obsługiwał wówczas takie właśnie dogodne połączenie, w dodatku za złotówki! Był to prawdziwie egzotyczny wyjazd. Na Święta zamierzałem wrócić do Polski. LOT-owska maszyna wystartowała z Okęcia 26 września 1981 roku o godzinie 20:50, postój w środku nocy w supernowoczesnym porcie lotniczym w Dubaju, lądowanie w Bombaju o 11 rano nazajutrz. Podróż rozpocząłem od przejazdu nocnym autokarem (nie trzeba było płacić za nocleg) do pradawnych świątyń Elury i Adżanty w stanie Maharasztra. Następnym celem była buddyjska stupa w Sanchi, a potem słynne z erotycznych rzeźb, fascynujące świątynie w Khajuraho. Stamtąd, tym razem koleją, ruszyłem na północ, do New Delhi - stolicy kraju bogatej w fenomenalne dzieła architektury z czasów dynastii Wielkich Mogołów. Dalsza droga wiodła przez Agrę (Taj Mahal) do Katmandu w Nepalu, skąd przez kilka tygodni wędrowałem pieszymi szlakami u podróży majestatycznych Himalajów, z niezapomnianym przejściem przed ścianami masywu Annapurny z Pokhary w okolice Dhaulagiri i dalej, wzdłuż doliny rzeki Kali Gandhaki do tybetańskiej części (wtedy jeszcze królestwa) Nepalu w rejonie Jomsom i Muktinath. Kontynuacją tej „turystycznej nirwany” był pobyt w Darjeelingu i przejazd przez Kalkutę na rajskie plaże stanu Goa, gdzie na rozgrzanych słońcem plażach Colangute Beach zamierzałem ogrzać ciało przed powrotem do grudniowej Polski. Ale los chciał inaczej.

W dniu 14 grudnia, około południa, podszedł do mnie machając gazetą zaprzyjaźniony Australijczyk. Wskazał palcem na zdjęcie czołgu stojącego na skrzyżowaniu zasypanym śniegiem. Złowieszczy tytuł na pierwszej stronie lokalnego dziennika brzmiał: „Martial law imposed in Poland by general Jaruzelski”. Dookoła mnie złota plaża, palmy kokosowe, uśmiechnięci ludzie... jeszcze nie bardzo rozumiałem znaczenie tego tytułu. Miałem poza sobą blisko trzy miesiące fantastycznej wędrówki po Indiach i Nepalu, to była rzeczywistość, baśniowa rzeczywistość. Czekał mnie powrót do rzeczywistości zgoła innej, mniej przyjemnej.

Promem popłynąłem do Bombaju, aby w biurze LOT-u sprawdzić status powrotu do Warszawy. Panował bałagan. Nikt nic nie wiedział poza tym, że przeloty do kraju zostały wstrzymane na czas nieokreślony. LOT nakazał kontakt pasażerów z polskim konsulatem, gdzie czekała nas miła niespodzianka; wypłata pieniążków: drobnych, ale zupełnie wystarczających na przetrwanie w tym mieście. Nocleg w skromnym, lecz znośnym hoteliku kosztował wtedy około 3 dolarów USA za pokój. Rankiem 20 grudnia okazało się, że nie ma możliwości powrotu na Święta do Polski, a konsul zobowiązał się do przygotowania Wigilii. Kiedy na niebie zaświeciła pierwsza gwiazdka, w specjalnie wynajętej sali, poza konsulatem, zapanowała świąteczna, aczkolwiek zgoła nieoczekiwana atmosfera. Przy stole, poza konsulem, zasiadła jego żona, paru pracowników ambasady i kilkanaście bratnich mi duszyczek w postaci barwnych, ogorzałych obieżyświatów. Vis a vis naszych władz, na okrasę, zajęła miejsce przy stole wielce zasłużona w środowisku postać znana jako "Duży Jasiu". Ten ostatni to, dla przybywających do Indii w tamtych czasach Polaków - głównie himalaistów, marynarzy i podróżników – bodajże najważniejsza osoba w całym Bombaju. To dzięki obrotności tego Hindusa można było znacznie pomnożyć "majątek". Dostarczane przez nas żelazka, sokowirówki, suszarki, alkohol czy aparaty fotograficzne kupował po atrakcyjnych dla nas cenach. Dzieki niemu można było zdobyć pieniądze potrzebne na zwiedzanie Indii, a na koniec pobytu sprzedawał nam tanio damskie ciuchy (pamiętacie „bananówki”?), za które w kraju można było zyskać kasę na kolejną, egzotyczną podróż.

A wracając do Wigilii trzeba powiedzieć, że konsul naprawdę stanął na wysokości zadania. Sala, w której biesiadowaliśmy została przystrojona w dostępne atrybuty świąteczne. Była nawet sztuczna choinka. Na stole znalazł się barszcz i... żubrówka, dla nas rarytas w tej strefie dolarowej. Oczywiście, nie zabrakło opłatka i życzeń. Tylko za oknem było inaczej - słońce, skwar, palmy i egzotyczne rośliny. I daleko do domu.

Andrzej Kulka

 

Kategoria: Podróże > Podróże z Andrzejem Kulką

Data publikacji: 2015-12-23

Baner
Baner
Ogłoszenia/classifieds
Ogłoszenia Zobacz ogłoszenia >>
Baner
Baner
Baner
Baner
Plus Festiwal

Podoba Ci się nasza strona?
Polub nasz profil na Facebooku.