PLUS

Baner

NEPAL 2022 - notatki z podróży

NEPAL 2022 - notatki z podróży

Z Chicago do Nepalu przez Qatar. Wtorek, 1 listopada.

Punktualnie o 9 wieczór, Boeing 777-300 ER linii lotniczej Qatar Airways wzniósł się łagodnie ponad płytę lotniska Chicago O'Hare i obrał północno wschodni kurs na Kanadę. Po siedmiu godzinach osiągnęliśmy Zachodnią Europę, potem strefę powietrzną Grecji, wlecieliśmy ponad Półwysep Synajski, a nad Zatoką Akaba, tuż przy granicy Jordanii, zmieniliśmy kurs na wschodni, kierując się już prosto do Doha, stolicy Kataru nad Zatoką Perską. Nowoczesne centrum Doha

Obsługa na pokładzie rewelacyjna, po trzy smaczne dania do wyboru na kolację i na śniadanie, do tego duży asortyment soków, wód mineralnych oraz - ku zaskoczeniu jak na "muzułmańskiego" przewoźnika - piwa, wina, whisky, ginu... do wyboru, do koloru. Nic dziwnego, że od lat Qatar Airways utrzymuje się na medalowych pozycjach w rankingu najlepszych linii. A ściślej, została po raz SIÓDMY wybrana najlepszą linią świata przez Skytrax World Airline Awards, włącznie z rokiem 2022. Pod uwagę wzięto komfort lotu, jakość posiłków i ogólny przekrój floty powietrznej, której średnia wieku samolotów wynosi zaledwie pięć lat! Liczył się również zestaw pozycji rozrywkowych na monitorach, z czego skwapliwie skorzystałem oglądając w końcu słynnego "Top Gun Maverick" oraz "House of Gucci", na co od pół roku po prostu nie miałem czasu realizując jeden za drugim wyjazdy grupowe. 

Wnętrze terminalu w Doha, Qatar

No i w końcu lądujemy na Międzynarodowym Lotnisku Hamad w Doha, mając za sobą 13 godzin lotu i 7,132 mile (12 tysięcy kilometrów) pod skrzydłami! Zapada zmierzch, kiedy wysiadamy do autobusu podstawionymi na betonową płytę schodami. Jest pogodnie i ciepło, 30 stopni Celsjusza (90F), świeci Księżyc, i wszędzie dookoła widać znaki zbliżających się piłkarskich mistrzostw świata FIFA QATAR 2022. Robimy pamiątkowe zdjęcia i wchodzimy na ogromny terminal zachwycający oryginalnymi rozwiązaniami. Media entuzjastycznie rozgłaszały, że od dzisiaj, 1 listopada, przestają obowiązywać kowidowe restrykcje, ale bez najdrobniejszej wzmianki, że na miasto mogą wyjść tylko osoby związane z FIFA i kibice z biletami. Tak więc zamiast nocnej objazdówki uroczego centrum Doha, mamy bite siedem godzin na dokładne poznanie lotniska. Terminal jest ogromny; mnóstwo sklepów markowych firm, wystawy kapiące złotem i pachnące perfumami, dużo restauracji, z których większość otwarta jest całą dobę, wyciszone i zaciemnione pokoje do odpoczynku na leżakach, porządny bar z alkoholami (Le Grand Comptoir Bistro), czyste toalety, wystawy najnowszych modeli samochodów, wszędzie widać służby sprzątające, panuje ład i porządek. Maskotka i piłka FIFA w Doha

W takich luksusowych warunkach oczekujemy na dalsze połączenie. A przy okazji można się nachodzić, co czyniąc zaliczyłem zdrowotne 8 kilometrów po zakamarkach tego dworca lotniczego. Przyda się na czekający nas trekking w Himalajach, już za tydzień! Żółty miś, taki koszmarek w Doha

   W sumie, to te siedem godzin na lotnisku w Doha upłynęło jak z bicza strzelił, ani się nie obejrzeliśmy, a już trzeba się było ustawić w kolejce do bramki C39, gdzie stał podstawiony Boeing 787, wykonujący rejs Qatar Airlines QR 684 do Katmandu. To tylko niecałe cztery godziny lotu, 2100 mil (3380 km), ponad zatoką Perską, południowym Iranem, Pakistanem oraz Indiami.

Po prawie czterech godzinach lotu z Doha, gdzieś poza New Delhi, z lewej strony, na horyzoncie ukazuje się ściana Himalajów - co za wspaniały widok! Rozpoznaję charakterystyczną sylwetkę masywu Annapurny i ośmiotysięcznik Dhaulagiri obok. To wszystko przy cudnej pogodzie, jak przystało na początek pory suchej. Szczyty wyglądają imponująco, są mocno ośnieżone, gdyż monsunowe deszcze skończyły się ledwie tydzień temu! Himalaje za oknami

Mijając nisko leżący fragment nepalskiej części Niziny Hindustańskiej (Równina Teraju leży na wysokości zaledwie 350 m) nadlatujemy nad pasma Siwaliku i w końcu ponad Kotlinę Katmandu ulokowaną malowniczo pośród gór Mahabharat. Pod nami widać gęstą sieć rzek spływających z Himalajów i kolorowe pola tarasowe żyznych dolin.  Zabudowania Doliny Katmandu

Tuż przed lądowaniem w Katmandu, gdy samolot położył się na skrzydło i zmienił azymut na zachodni, po prawej pokazała się lekko przymglona, odległa Kangczendzonga, a w lewo od niej Lhoce i majestatyczny Mt Everest! Nepal zajmuje powierzchnię 147 tys. km kwadratowych, czyli tyle co stan Illinois albo... połowa powierzchni Polski. Ten niewielki kraj posiada jednak aż 8 majestatycznych szczytów o wysokości przekraczającej 8 tysięcy metrów! I zobaczymy je wszystkie. Schodzimy do lądowania w porcie lotniczym Tribhuvan Airport, gdy ponad kotliną wisi delikatna mgiełka miejskiego smogu.

Lądujemy w stolicy Nepalu o 8 rano, 24 godziny po starcie z Chicago! Sprawna odprawa paszportowa, 30-dniowa wiza turystyczna za $50 wbita do paszportu, lokalny przewodnik na nas już czeka i zabiera w góry. Najwyższe na świecie! Dolot do stolicy Nepalu

W Doha dołączył do nas Krzysiek, a na sali przylotów w Katmandu czekała już Ewa z Aleksandrem. Jest nas dziesięciu, jak w dobrym trafieniu! Termometry na zewnątrz lotniska pokazują 20 stopni Celsjusza, wilgotności prawie nie ma, czujemy się świetnie. Nepal leży w strefie klimatów podzwrotnikowych górskich i monsunowych (południe kraju) dzięki czemu turyści doświadczają w miesiącach zimowych najbardziej optymalnych temperatur. 

Przeciskając się przez zatłoczone ulice miasta, jedziemy do hotelu, na obrzeżach stolicy, gdzie czeka nas widok jak z bajki: ściana Himalajów pod błękitnym niebem i zielone doliny poniżej nas. Hotel też imponuje elementami newarskiej architektury, wygodnymi pokojami, a każdy z balkonem, z widokiem na góry!  Zapada zmierzch, Himalaje

Nad Katmandu powoli zapada zmierzch, nasz uroczy, stylowy hotel przygotowuje się do snu, ale my nastawiamy budziki na 5:45, aby o świcie być już gotowym na balkonach na cudowny spektakl Natury zwany "zapalaniem" himalajskich szczytów. Śpimy dzisiaj na wysokości 1930 m nad poziomem morza, a więc nad ranem przy ładnej pogodzie, na pewno będzie zimno, około 10 stopni Celsjusza (46F). Kurtki przygotowane, ciepłe czapki też. Zasypiamy jak niedźwiedzie, w krystalicznym powietrzu, po długiej, blisko trzydziestogodzinnej podróży - od wyjścia z domu do zakwaterowania w hotelu - przez trzy kontynenty. Nasze organizmy na pewno zareagują na różnicę czasu wynoszącą aż jedenaście godzin (bez piętnastu minut) w stosunku do Chicago. Północ stanie się dla nas południem i odwrotnie. Zapanowała ciemność, na niebie zajaśniał Księżyc, tuż obok niego świeci planeta Jowisz, a nad wschodnim horyzontem powoli wznosi się czerwony Mars! Dobranoc!

 

Powitanie Himalajów, architektoniczne cuda Bhaktapuru. Piątek, 4 listopada. Himalaje z okien naszego hotelu

Zegarki pokazują godzinę 5:45 nad ranem, ponad Himalajami jaśnieje niebo, widać zarysy gór. Wychodzimy na tarasy podziwiać wschód słońca w tej iście bajkowej scenerii. Nisko pod nami jawi się jedna z zielonych dolin pasma Sziwaliku wypełniona delikatnymi mgiełkami poranka, na horyzoncie różowieją potężne szczyty, a barwy nieboskłonu zmieniają się jak w kalejdoskopie. Trwamy w niemym zachwycie podziwiając ten niepowtarzalny, piękny spektakl Natury. Po fenomenalnym wschodzie słońca nad Wysokimi Himalajami, udajemy się na pyszne śniadanie (wypasiony bufet z widokiem na góry z restauracyjnego tarasu, czyż może być lepiej?), a potem, spakowani, przejeżdżamy do Bhaktapuru. Zmieniamy profil i zamiast panoramy najwyższych gór świata zaczynamy podziwiać cuda sztuki newarskiej w jednym z trzech miast (niegdysiejszych królestw) w Dolinie Katmandu. Najwspanialszą starówkę posiada niewątpliwie Bhaktapur, znany również jako Bhadgaon, nie bez racji wpisany na listę zabytków światowego dziedzictwa kulturowego UNESCO. Panorama Himalajów Ganeszu

Kotlina Katmandu obejmuje obszar 565 kilometrów kwadratowych, zamieszkały przez ponad 3 miliony ludzi, głównie pochodzenia newarskiego. Blisko połowa mieszka w stolicy. Położenie na wysokości 1336 m npm powoduje, że panuje tutaj idealny dla człowieka klimat, wspomagany przez urodzajną ziemię nawadnianą rzekami: Bagmati, Bishnumati, Dhobikola i Tukucha. Historia Kotliny, często wręcz utożsamianej z Nepalem, jest długa i bogata. Zachowane tutaj buddyjskie stupy liczą ponad 2 tysiące lat! Zabytki pozostawione przez panujące dynastie Kiratów, Likczawi (V-XII wiek), Mallów (XII-XVIII) i Szachów zdumiewają do dzisiaj sprawiając, że aż siedem budowli na terenie Kotliny Katmandu zasłużenie zyskało status Kulturowego Dziedzictwa Świata UNESCO! Ta część Nepalu nigdy nie zaznała pożogi wojennej, dlatego wspaniałe obiekty newarskiej sztuki zachowały się do dzisiaj w doskonałym stanie. Mocne trzęsienie ziemi w 1934 i ostatnie w kwietniu 2015 r. zniszczyło co prawda część zabytków, ale zostały one pieczołowicie zrekonstruowane. W Kotlinie Katmandu usytuowały się trzy fascynujące miasta-królestwa: Katmandu, Patan i Bhadgaon.Nasz hotel jak boutique

Powracając z gór zakwaterowaliśmy się dzisiaj w uroczym "boutique-hotelu", blisko Starego Miasta Bhadgaon. Centrum tego zabytkowego miasta wyznaczone jest przez pałac królewski przylegający do pokrytego wspaniałymi budowlami placu Durbar Square. Pomimo podobieństwa do Patanu, wizyta w Bhadgaonie jest obowiązkowa dla każdego odwiedzającego Nepal, gdyż znalazły się tutaj tak niepowtarzalne obiekty jak; Pałac 55 Okien, Złota Brama oraz pięciokondygnacyjna pagoda Njatapola. 

Wystrój pokoju w naszym hotelu

W przeciwieństwie do sąsiedniego, 200-tysięcznego Patanu, Bhadgaon (zwany często Bhaktapurem) jest znacznie mniejszy, licząc ledwie 70 tysięcy mieszkańców.

Bhaktapur (Miasto Ryżu, Miasto Wiernych) założony został w XII wieku przez króla Ananda Malla na tradycyjnym szlaku handlowym do Tybetu. Tak strategiczne położenie sprawiło, że w wieku XVII miasto stało się najbogatszym w Dolinie Katmandu. Liczyło wówczas 172 świątynie i klasztory, 172 schroniska dla pielgrzymów, 77 wielkie, kamienne zbiorniki wody pitnej i 152 studnie.

Plac w BhadgaonieKrólewski Pałac 55 Okien jest wyjątkowo okazały, wzniesiony przez Jaksha Malla w połowie XV wieku, rozbudowany następnie przez kolejnych władców z tej dynastii. Do jego bogatych dziedzińców prowadzi między innymi słynna Złota Brama Sun Dhoka. Ten fantastycznie zdobiony obiekt został ufundowany przez króla Bhupatindra Malla, jednak prace wykończeniowe zawdzięczamy ostatniemu z dynastii Mallów - królowi Jaya Ranjit. Pokryta szczerym złotem brama ozdobiona jest licznymi figurami hinduistycznych bóstw. Nad wejściem znajduje się wizerunek Taleju Bhawani - rodzinnej bogini dynastii Malla. Nieco wyżej, Garuda, wierzchowiec boga Wisznu, rozrywa złowrogie węże. Podobno zachwycony pięknem Złotej Bramy król rozkazał... obciąć ręce artyście, aby ten nigdy nikomu nie zbudował podobnego dzieła. Pięciopiętrowa pagoda Njatapola, Bhaktapur

Cały plac Durbar Square nasycony jest mitologią, ale nie tylko. Najstarsza pagoda Paśupatinath pokryta jest dziesiątkami bogato rzeźbionych wsporników śmiało przedstawiających wyszukane sceny erotyczne, z 1475 roku! 

Złota Brama w BhadgaonieZanim ulokujemy się na obiad - w jak zawsze niezapomnianej scenerii - podziwiamy jeszcze piękną sylwetkę pięciokondygnacyjnej pagody Njatapola na placu Taumadhi Tole. Ta najwyższa (30 metrów) pagoda w Nepalu jest jednocześnie najlepszym przykładem wspaniałego kunsztu newarskich artystów. Zbudowana w 1702 roku przez króla Bhupatindrę, oparła się zarówno wspomnianemu już trzęsieniu ziemi w 1934 jak i w 2015 roku.

Spożywamy smakowity obiad na dachu restauracji przylegającej do placu Taumadhi, podziwiając egzotyczny widok świątynnych dachów z ośnieżonymi Himalajami masywu Ganesh w tle.

Lot ponad Himalajami, spotkanie z Mt Everestem. Sobota, 5 listopada.

Z racji doskonałej pogody postanowiliśmy - zresztą zgodnie z programem - odbyć dzisiaj widokowy przelot wzdłuż najwyższych gór świata. Kilka niewielkich firm lotniczych; Buddha, Yeti czy Guna, specjalizują się w tej popularnej, turystycznej atrakcji.Nasza latająca maszyna Nasz wybór pada na tą ostatnią, z rejsem o godzinie 6:30 rano. Tak więc po raz drugi z rzędu nastawiamy budziki na 5:15, po ciemku jedziemy na lotnisko Tribhuvan w Katmandu, a tam przez szyby hali odlotów oglądamy cudne, bezchmurne niebo. Nic nam więcej nie potrzeba! Za $220 lecimy na wschód, w stronę Everestu, którego widok ma być kulminacją tej godzinnej, powietrznej Odysei, 300 kilometrów do pokonania. Nasza maszyna posiada 20 miejsc przy oknach, po obu stronach, a ponieważ lecimy tam i z powrotem, to każdy zobaczy to wszystko, co Himalaje tej nepalskiej części mają nam do pokazania. Everest i Lhoce po lewej, Makalu z prawej, trzy ośmiotysięczniki obok siebie

Legendarne Himalaje rozciągają się na długości 2500 kilometrów od Pakistanu po Bhutan. Głęboka dolina Indusu oddziela je od zachodu od pasma Karakorum, a przełom Brahmaputry wyznacza ich wschodni zasięg. Średnia wysokość tych potężnych gór wynosi 6000 metrów, aż z dziesięcioma (na 14) ośmiotysięcznikami. Na szerokości od 180 do 350 km, te góry składają się z trzech wyraźnych, równoległych pasm: Himalajów Wysokich, Himalajów Małych i Sziwaliku. Everest i Lhoce po lewej, Makalu z prawej, trzy ośmiotysięczniki obok siebie

Startujemy o 7, czyli zgodnie z planem: samolot wznosi się szybko po spirali ponad Doliną Katmandu ukazując już po paru minutach widok na najbliższy miastu masyw Langtang Himal (7,234m) i fantastyczną panoramę całych gór, aż po horyzont, ciągle pod nieskazitelnie błękitnym niebem, bez ani jednej chmurki! Święta góra Gauri Shankar

Tuż na prawo, czyli na wschód od masywu Ganesz, ukazuje się łagodny w zarysie szczyt Sziszapangma (8,013m), a jeszcze dalej charakterystyczna sylwetka "zębatego" wierzchołka Dordże Lakpa (6,966 m). Sziszapangma leży całkowicie po stronie chińskiej i jest czternastym, czyli ostatnim co do wysokości ośmiotysięcznikiem. Pilot obiera azymut dokładnie na ciemną, wisząca przed nami piramidę Everestu.

Właśnie mijamy podwójny szczyt świętej góry Gauri Shankar (7,144 m), zaraz za nią ukazuje się piękna, lodowa ściana trapezoidu Melungtse (7,182 m), w oddali dostrzegamy kolejny ośmiotysięcznik Cho Oju (8,301 m), a w końcu jawi się słynna trójca; Makalu (8,463), Lhoce (8,516) i Mount Everest, najwyższa góra planety wznosząca się na rekordowe 8,848 m nad poziom morza! 

Everest dokładnie za oknemMt Everest (nazwany tak ku czci angielskiego, głównego geodety Indii, sir George Everesta), został zdobyty dopiero w 1953 roku przez sir Edmunda Hillarego z Nowej Zelandii i Nepalczyka, Szerpę Noray Tenzinga. Dodam jeszcze, że pierwszego, zimowego wejścia na najwyższą górę świata dokonali Polacy: Leszek Cichy i Krzysztof Wielicki w 1980 roku.

Ponad górami nadal nie ma żadnej chmurki; widoczność i przejrzystość powietrza przeszła nasze wszelkie oczekiwania, a panorama gór rozciągnęła się daleko w głąb Tybetu. Na dodatek, po skrajnej prawej stronie gór ukazał się masyw Kanczendzongi (8,586), co wraz z widocznym podczas powrotu Manaslu da nam zdumiewający wynik SIEDMIU wizualnie "zaliczonych" ośmiotysięczników. Właśnie podziwiamy jednym rzutem oka najwyższą górę Ziemi, obok szczyt "trzeci" (Kangczendzonga), szczyt "czwarty" (Lhoce) i "piąty" (Makalu). "Szósta" góra (Cho Oyu) ukaże się ponownie za kilka minut. I tylko brak "drugiego" ożywia myśl o podróży do pakistańskiego łańcucha Karakorum, gdzie w niebiosa wbija się osławiony K2 Czogori. Lodowiec w okolicy Melungtse

Samolot na dobre obrał już zachodni kurs w stronę Katmandu, a w myśli nadal tkwi wizerunek Everestu, którego nepalska nazwa Sagarmatha oznacza "Czoło Nieba", nazwa tybetańska zaś, Czomulungma, to w dosłownym tłumaczeniu "Bogini Matka Śniegu". Tutejsze plemiona zawsze oddawały górze boską cześć.

Patrzyłem przez okna na liczne ścieżki pośród tych wysokich gór. Już planuję powrót tutaj na trekkingowy wyjazd do bazy pod Everestem, od 11 listopada 2023. Trzeba zacząć szlifować kondycję.

Pontonem w drodze do Niziny Gangesu. Niedziela,  6 listopada.

Dzisiaj po raz pierwszy nie musimy zrywać się z łóżek przed świtem, ale mimo wszystko wschód słońca zastaje kilkoro z nas na tarasie widokowym naszego - znów znakomitego - hotelu. Wczesne wstawanie nie jest zbyt trudne, gdyż do Chicago dzieli nas aż 11 godzin różnicy czasu,. Na przykład 6 rano wyznacza dla naszych - nadal jeszcze nie do końca zaaklimatyzowanych organizmów, godzinę 7 wieczorem. I jak tu spać? Oglądamy więc czerwoną tarczę naszej gwiazdy, jak powoli wznosi się nad wzgórzami okalającymi zewsząd Dolinę (a właściwie kotlinę) Katmandu, oświetlając miasto niskim fotogenicznym światłem. Strzelają migawki aparatów, fruwa dron, a żołądki domagają się śniadania, które jak zawsze do tej pory było pyszne, z obfitego bufetu. Typowy posiłek w nepalskiej restauracjiKatmandu o poranku

Nasz hotel szczerze mogę polecić wszystkim chętnym na pobyt tutaj. O 8 rano mamy już bagaże na dachu busika, zabezpieczone brezentem i związane mocnymi sznurami.

 Wspinamy się mozolnie na krawędź Kotliny, aby stromymi serpentynami zjechać do doliny rzeki Trisuli, podziwiając krajobrazy i kunszt kierowców kolorowych pojazdów zmierzających z towarami od strony indyjskiej granicy. To wszystko w kurzu i w tonach czarnych spalin. Czysta egzotyka. Po godzinie jazdy zakrętami jak agrafki, droga staje się już normalna, ruch maleje, a śliczna górska rzeka koi nasze oczy zielonkawą, czystą wodą. Powyżej porośniętych dżunglą stoków "wiszą" w powietrzu himalajskie masywy Ganeszu i ośmiotysięcznika Manaslu.  Kolorowo na drodze do Pokhary

Po czterech godzinach pełnej wrażeń jazdy docieramy do miejsca, gdzie lokalna firma ma już dla nas przygotowane pontony, kaski i wiosła. Czeka nas trzygodzinny, około 15-kilometrowy spływ po Trisuli, wodami kategorii "wyższej trójki". Oczywiście, jak dotąd dzień w dzień, pod nieskazitelnie błękitnym niebem. Temperatura powietrza wynosi około 27 stopni Celsjusza, wody... niewiele mniej. Gotowi na spływ

Wszyscy z naszej grupy zdecydowali się na tą unikalną przygodę, podczas gdy ja pozostanę w mikrobusie i będę ich podziwiać z drogi, a przede wszystkim z licznych, wiszących mostów, skąd zdjęcia wychodzą najciekawiej!

Rafting stał się w Nepalu niesłychanie popularny w latach 70. ubiegłego wieku, dzięki obfitości krystalicznie czystych rzek zasilanych lodowcami Himalajów, przebijających się następnie przez góry Mahabharat z żyznymi dolinami, pokrytymi tarasami uprawnych pól, aby w końcu osiągnąć dżunglę Niziny Gangesu. To niesłychane zróżnicowanie krajobrazów stanowi o unikalności nepalskich spływów. Rzeki jak Karnali, Sun Kosi i Kali Gandaki stały się wręcz legendarne pośród światowych wodniaków, wymagając jednak znakomitych umiejętności i porządnej organizacji wielodniowych eskapad.

Te słynne spływy są kosztowne, ale… trafił się wyjątek! Tak się szczęśliwie skłaRzeka Trisulia, że droga łącząca nepalskie miasta Katmandu i Pokharę biegnie na dużym odcinku wzdłuż rzeki Trisuli, która również oferuje fascynujące krajobrazy nie stawiając przy tym wysokich, technicznych wymagań. W okresie monsunów, czyli w lecie i wczesną jesienią, najtrudniejsze bystrza osiągają skalę IV, w pozostałym czasie rzeka posiada najwyżej III stopień trudności, czyli „jest dla każdego”! 

Jadąc wzdłuż brzegów Trisuli widzimy, że damy sobie radę. Dostajemy kapoki, kaski, wiosła i wskakujemy do wody i zbiorowo wiosłujemy. Na odcinku 15 kilometrów delektujemy się egzotycznymi dla nas widokami wiszących mostów, tarasowych upraw i wołami ciągnącymi drewniane sochy. Mając przerwy w wiosłowaniu dokładnie przyglądamy się scenom codziennego życia wieśniaków. Widzimy dzieciaki pluskające w wodzie, kobiety zajęte praniem i chłopów naprawiających kanały nawadniające. Pora deszczowa minęła, ryżowe żniwa też. Płynąc pontonem mamy znacznie więcej czasu na tego typu obserwacje, a spokojna woda często zezwala na wyjęcie aparatów i oddanie się fotografice. Wiszący most i pontony poniżej

W okolicy miasteczka Mugling kończymy spływ, tutaj również znajduje się popularna restauracja obsługująca co prawda głównie pielgrzymów z Indii, ale turysta z Zachodu też znajdzie coś dla siebie. Po wysiłku, w górskiej scenerii, wszystko smakuje znakomicie.

   Już mamy zaliczony dzień pełen wrażeń na pontonie na górskiej rzece, a tu się okazuje, że atrakcjom nie ma końca! Dzisiaj nocujemy bowiem na skraju Królewskiego Parku Narodowego Chitwan, a ponieważ ciągle trwa późne popołudnie, to idziemy jeszcze podziwiać zachód słońca ponad dżunglą Tikauli, znad brzegów rzeki Rapti River. A przy okazji... zaliczamy pierwszego nosorożca, którego ujrzenie jest upragnionym celem wizyty w tymże miejscu. Gdzieś w połowie drogi

Mało tego, kiedy wracamy na piechotę do hotelu, zza pleców wyłania się najprawdziwszy słoń (na szczęście udomowiony, z jeźdźcem) i spokojnie nas wyprzedza. Wracamy do hotelu i rzucamy się do łóżek w ślicznych bungalowach na skraju dżungli. Dobranoc!

Pamiątkowa fotka

 

 

 

 

 

 

Tekst i zdjęcia: Andrzej Kulka.

Autor jest właścicielem chicagowskiego biura podróży Exotica Travel, które organizuje wycieczki po USA i całym świecie, z Nepalem włącznie (najbliższe wyjazdy 27 i 29 października oraz 11 listopada 2023).

Bliższe informacje

Tel . 773 237 7788, www.andrzejkulka.com

 

 

Kategoria: Podróże > Podróże z Andrzejem Kulką

Data publikacji: 2022-12-28

Baner
Baner
Ogłoszenia/classifieds
Ogłoszenia Zobacz ogłoszenia >>
Baner
Baner
Baner
Baner
Plus Festiwal

Podoba Ci się nasza strona?
Polub nasz profil na Facebooku.