Co roku pod koniec października zaczyna się to samo. W Ameryce dzieci wybierają kostiumy, sąsiedzi dekorują domy, a przed sklepami piętrzą się pomarańczowe dynie.
Tymczasem w Polsce rusza wielka dyskusja: czy Halloween zagraża naszej tradycji, czy wypada się przebierać za duchy i czy przypadkiem nie zapominamy przez to o Wszystkich Świętych? A ja od lat zastanawiam się nad jednym: dlaczego właściwie mielibyśmy wybierać między radością a pamięcią?
Mieszkając w Ameryce, trudno nie polubić Halloween. Nawet jeśli ktoś początkowo podchodzi do niego z dystansem, prędzej czy później daje się wciągnąć w tę październikową zabawę. Bo jak tu nie uśmiechnąć się na widok trzyletniego dinozaura, który z ogromną powagą dźwiga wiaderko na cukierki? Albo małej księżniczki, która po przejściu trzech domów oznajmia, że nogi już ją bolą, ale po słodycze do kolejnych dwudziestu jednak da radę?
Halloween w amerykańskim wydaniu ma w sobie coś niezwykle sympatycznego. Sąsiedzi, którzy przez cały rok mijają się najwyżej przy skrzynkach pocztowych, nagle wychodzą przed domy. Rozmawiają, śmieją się, podziwiają dziecięce przebrania. Ktoś częstuje cukierkami, ktoś inny urządza przed garażem mały dom strachów. Nawet starsi mieszkańcy, którzy nie mają już małych dzieci, z przyjemnością czekają na dzwonek do drzwi.
I właśnie to lubię najbardziej. Nie duchy, nie plastikowe szkielety, nawet nie dynie. Lubię tę atmosferę wspólnej zabawy, sąsiedzkiej życzliwości i dziecięcej radości.
W Polsce dynia wciąż budzi podejrzenia
Tymczasem wystarczy zajrzeć pod polskie artykuły o Halloween, żeby przekonać się, że niewinna dynia potrafi wywołać emocje godne poważnego sporu narodowego.
Jedni piszą, że to obcy zwyczaj, który wypiera polską tradycję. Inni ostrzegają przed jego pogańskimi korzeniami. Jeszcze inni uważają, że przebieranie się za duchy i czarownice jest niestosowne w okresie, kiedy powinniśmy przygotowywać się do wspominania zmarłych.
Rozumiem, że dla części osób Halloween budzi autentyczne zastrzeżenia religijne. Szanuję to. Nie każdy musi uczestniczyć w zabawie, która nie odpowiada jego przekonaniom.
Ale nie rozumiem, dlaczego z tego powodu mielibyśmy odbierać radość innym.
Czy naprawdę dziecko przebrane za biedronkę stanowi zagrożenie dla polskiej kultury? Czy papierowy nietoperz zawieszony w oknie sprawi, że zapomnimy o grobach naszych dziadków? Czy człowiek, który 31 października rozdaje cukierki, nie może następnego dnia zapalić świecy za tych, których kochał?
Moim zdaniem może. I jedno wcale nie wyklucza drugiego.
Dwa dni, dwa różne światy
W Polsce 1 listopada ma wyjątkowy charakter. Cmentarze rozświetlone tysiącami zniczy, zapach chryzantem, rodzinne spotkania przy grobach. Jest w tym coś głęboko poruszającego.
Pamiętam ten szczególny widok cmentarza po zmroku, kiedy morze płomyków rozciąga się między nagrobkami. Pamiętam ciszę, której nie trzeba nikomu nakazywać, bo przychodzi sama. I rozmowy o tych, których już nie ma. Czasem smutne, czasem pełne uśmiechu, bo przecież wspominanie bliskich to również przypominanie sobie ich żartów, przyzwyczajeń i rodzinnych historii.
To jedna z najpiękniejszych polskich tradycji. Warto ją pielęgnować, szczególnie tutaj, na emigracji.
Ale Halloween nie jest przecież amerykańską wersją Wszystkich Świętych. To przede wszystkim współczesne święto zabawy, kostiumów i sąsiedzkich spotkań. Ma swoją historię i rozmaite korzenie, ale dla większości amerykańskich dzieci oznacza po prostu jeden niezwykły wieczór w roku.
Z kolei 1 listopada w tradycji katolickiej jest uroczystością Wszystkich Świętych, a 2 listopada – Dniem Zadusznym, poświęconym modlitwie za zmarłych. W Polsce oba te dni łączą się w szczególny czas pamięci.
To różne zwyczaje, o różnym znaczeniu. Nie trzeba ich ze sobą ścigać ani ustawiać po przeciwnych stronach barykady.
Polskie dzieci w amerykańskim świecie
Dla rodzin polonijnych ten temat jest szczególnie bliski. Nasze dzieci dorastają przecież w Ameryce. Chodzą do amerykańskich szkół, mają amerykańskich przyjaciół i uczestniczą w wydarzeniach, które są naturalną częścią życia tutaj.
Czy naprawdę chcielibyśmy powiedzieć dziecku, że jako Polak nie może pójść z kolegami po cukierki, bo w kraju jego rodziców niektórzy tego nie pochwalają? Przecież wychowanie w dwóch kulturach nie musi oznaczać nieustannego wybierania jednej przeciwko drugiej.
Można 31 października założyć kostium, a 1 listopada pójść z rodzicami na cmentarz. Można wycinać dynie, a jednocześnie wiedzieć, dlaczego zapalamy znicze. Można z radością krzyczeć „Trick or treat!”, a potem słuchać opowieści o babci, której nigdy nie miało się okazji poznać.
To nie jest utrata tożsamości. To jej wzbogacanie.
Zresztą czy nie na tym polega życie Polonii? Na umiejętności zachowania tego, co wynieśliśmy z Polski, i jednoczesnego otwarcia się na kraj, który stał się naszym domem?
Pamięć nie potrzebuje zakazów
Najbardziej zastanawia mnie argument, że Halloween odbiera powagę pamięci o zmarłych.
A czy naprawdę pamiętamy o bliskich tylko dlatego, że kalendarz nakazuje nam to pierwszego listopada?
Przecież wspominamy ich przez cały rok. Kiedy przygotowujemy ulubione ciasto mamy. Kiedy słyszymy piosenkę, której słuchał tata. Kiedy nasze dziecko robi minę identyczną jak dziadek, którego już z nami nie ma.
Pamięć nie znika dlatego, że przez jeden wieczór ktoś się śmieje.
I odwrotnie – smutek nie staje się głębszy tylko dlatego, że zabronimy sobie zabawy.
Można kochać tych, którzy odeszli, i cieszyć się tymi, którzy są obok nas. Można nosić w sercu żałobę, a jednocześnie śmiać się z wnuka przebranego za pirata. Życie nie składa się wyłącznie z uroczystych chwil. Jest w nim miejsce na zadumę, ale również na śmiech.
Może zamiast walczyć, warto połączyć?
Wyobrażam sobie polsko-amerykańską rodzinę, która w sobotni wieczór dekoruje dom na Halloween, a następnego dnia zapala świecę i wspomina bliskich.
Dzieci dowiadują się, że w Ameryce ludzie przebierają się i chodzą po cukierki, a w Polsce całe rodziny odwiedzają cmentarze. Poznają dwie tradycje, rozumieją ich znaczenie i uczą się szacunku dla obu. Czy to nie piękniejsze niż tłumaczenie im, że jeden zwyczaj jest dobry, a drugi zły?
Nie musimy przecież przenosić do Polski wszystkiego, co amerykańskie. I nie musimy w Ameryce rezygnować z tego, co polskie.
Możemy wybierać z obu kultur to, co nas łączy, wzbogaca i daje naszym dzieciom dobre wspomnienia.
Dynia nie zgasi znicza
Za kilka dni przed amerykańskimi domami znów pojawią się duchy, pajęczyny i pomarańczowe lampiony. Dzieci ruszą po cukierki, a dorośli będą udawać, że kupili ich za dużo wyłącznie na wszelki wypadek.
Potem przyjdzie listopad. Dla wielu polskich rodzin będzie to czas telefonów do bliskich w kraju, wspomnień, modlitwy, odwiedzin na cmentarzu albo zapalenia symbolicznej świecy w domu. I jedno nie odbierze znaczenia drugiemu.
Bo Halloween jest świętem tych, którzy chcą się bawić. A pamięć o zmarłych jest wyrazem miłości do tych, których już z nami nie ma.
Nie widzę powodu, żebyśmy musieli wybierać między jednym a drugim.
Możemy przecież mieć dynię przed domem i znicz w sercu.
A jeśli ktoś nadal uważa, że to niemożliwe, proponuję mały eksperyment: 31 października otworzyć drzwi dzieciom przebranym za duchy, a 1 listopada otworzyć rodzinny album ze zdjęciami.
Jedno i drugie może przypomnieć nam, jak ważni są ludzie.
Ci, z którymi możemy się jeszcze śmiać.
I ci, za którymi już tylko tęsknimy.
Iwona Maraszek
Kategoria: Wiadomości
Data publikacji: 2026-10-26










