PLUS

Baner

Miasto duchów

Miasto duchów

Pandemia koronawirusa odmienia krajobraz Nowego Jorku - miasta, 'które nigdy nie śpi'.

Widać to na każdym kroku, poczynając od Times Square. Na tym słynnym placu zazwyczaj trudno przebić się przez tłum, ale sytuacja zmieniła się diametralnie i okolica wygląda jak pustynia.

Zauważyć można tylko pojedynczych przechodniów, choć często nie ma tam żywej duszy. Także ruch samochodowy niemal ustał.

Iskrzące się zwykle tysiącami kolorów natarczywe reklamy nie zniknęły całkowicie, jednak wiele z nich zastępują wezwania, by myć ręce i nie wychodzić z domów.

Zamknięte są sklepy i biura, które nie są niezbędne dla funkcjonowania miasta. Naukę w szkołach zastąpiło zdalna edukacja. Spotkania towarzyskie wyparły komunikatory internetowe.

Nie do poznania zmieniła się sytuacja w nowojorskim metrze, którego przystanki zwłaszcza w godzinach szczytu oblegały tysiące ludzi, a nieraz trudno było się dostać do wagonów. Pomimo, że w ramach restrykcji metro kursuje o wiele rzadziej, jest wyludnione, a w wagonach jeździ po kilka osób.

Nowy Jork nazywany dumnie Stolicą Świata zyskał teraz niechlubne miano światowej stolicy pandemii koronawirusa. Już niemal 4200 osób nie żyje zakażonych śmiertelnym wirusem, a szczyt zachorowań dopiero przed mieszkańcami tej metropolii.

Prawdziwa liczba jest prawdopodobnie znacznie wyższa, bo testy są reglamentowane, bada się tylko ludzi z najbardziej widocznymi objawami choroby, innych odsyła się do domu na kwarantannę.

Pomimo surowych ograniczeń i nakazu pozostania w domach, burmistrz Bill de Blasio przewiduje znaczny wzrost zakażeń.

Amerykańskie media cytują niepokojące słowa lekarzy. „Sytuacja jest naprawdę przytłaczająca, z dnia na dzień jest coraz gorzej. Nie mamy niezbędnego sprzętu do opieki nad pacjentami”, tłumaczy doktor Colleen Smith z nowojorskiego szpitala.

Opustoszałe ulice Nowego Jorku są przede wszystkim niepokojącym widokiem. Absolutnie puste Times Square, Piąta Aleja, Wall Street czy dzielnica Soho... Mieszkańcy przyznają, że „to doświadczenie jest dla nich surrealistyczne”.

Miasto, które nigdy nie śpi, wygląda jakby zapadło w sen...

W chwili obecnej najbardziej optymistyczny scenariusz zakłada śmierć od 100 do 200 tysięcy ludzi. Najgorszy mówi o śmierci ponad dwóch milionów. Tego, jak krytyczna jest sytuacja, dowodzi fakt, że mówiąc o tych liczbach, Trump stwierdził, że "jeśli to będzie 100-200 tysięcy, to tragedia, ale to będzie też oznaczać, że dobrze sobie poradziliśmy".

Nie ma ekspertów, którzy polemizowaliby z tezą, że wariant krytyczny oznacza śmierć ponad dwóch milionów. A to sprawia, że dopiero przerażające wspomnienie grypy hiszpanki sprzed 102 lat dowodzi, z jaką katastrofalną sytuacją mierzy się teraz Ameryka. De Blasio porównywał Covid-19 do pandemii grypy z 1918 roku. Zapadła na nią jedna trzecia światowej populacji i zmarło około 50 milionów ludzi. Miała też wpływ na wielki kryzys gospodarczy.

Wtedy wszystko zaczęło się 11 sierpnia 1918 roku, gdy do nabrzeża portu dzielnicy Brooklyn przybił norweski statek Bergensfjord. Na jego pokładzie było 21 osób chorych na tak śmiercionośną wtedy grypę. Zabrano je szybko do szpitala, a nabrzeże objęte zostało kwarantanną. Zgodnie z posiadaną wtedy wiedzą medyczną zrobiono wszystko jak należy, ale epidemia była już nie do zatrzymania, mimo że pierwsze wypadki śmiertelne zanotowano dopiero miesiąc później. Ich przebieg był inny niż teraz. Bardzo ostre objawy pojawiały się niemal od razu albo nie było ich w ogóle. Ludzie zaczęli umierać na początku września. W połowie października umierało 500 osób dziennie, a pod koniec listopada to były pojedyncze przypadki. Ale Nowy Jork był wtedy zupełnie innym miastem i inne podjęto działania. 

Ograniczono czas działania sklepów i firm, ale nie zamknięto ich zupełnie. Co więcej, nie zamknięto szkół i nawet dziś większość ekspertów uważa, że to była dobra decyzja. Dziesiątki tysięcy dzieci mieszkały w koszmarnie zatłoczonych kamienicach, wychodziły na brudne, pełne ludzi ulice, a o zachowaniu najbardziej podstawowych zasad higieny w ogóle nie było mowy. W szkołach natomiast była przestrzeń, łazienki i pielęgniarki. To były jedyne miejsca, gdzie tymi dziećmi można się było zaopiekować. Mimo takiej gęstości zaludnienia Nowy Jork poradził sobie wtedy lepiej niż wiele innych amerykańskich miast. W całym kraju zmarło wtedy 675 tysięcy ludzi, z czego 20 tysięcy to nowojorczycy. Jednym z nich był dziadek obecnego prezydenta Frederick Trump – imigrant z Niemiec, który w Ameryce dorobił się fortuny i dał początek jednemu z najsłynniejszych klanów USA. Teraz jego wnuk, jako prezydent musi uratować swoją ojczyznę przed kolejnym kataklizmem.

"New York Times" opublikował wstrząsający artykuł opisujący to, co dzieje się ze zmarłymi. Jak z brutalną szczerością powiedział właściciel jednego z największych w Nowym Jorku domów pogrzebowych, "kiedy system ochrony zdrowia staje się niewydolny, niewydolna staje się też moja branża". W jednym ze szpitali na Brooklynie kostnica zapełniła się do ostatniego miejsca w ostatni wtorek, a w środę zabrakło worków na ciała. Miejsca, w którym zwłoki poddaje się kremacji, dostały zgodę na pracę przez całą dobę, ale gdyby nawet mogło pracować tam tyle osób, ile było zatrudnionych przed epidemią, to i tak nie podołałyby zadaniu. To samo dotyczy cmentarzy i domów pogrzebowych.

By ratować sytuację, miasto wydało polecenie przebudowania 45 ciężarówek chłodni i wysłania ich do wszystkich dzielnic w charakterze tymczasowych kostnic. A mówimy o mieście, które uważa samo siebie za najwspanialsze i najbogatsze na świecie. Już teraz w Nowym Jorku umiera ponad 400 osób dziennie. Mieszka tu niemal jedna czwarta wszystkich zakażonych, 16 tysięcy z nich musiało być hospitalizowanych, a ponad cztery tysiące  znalazło się na oddziałach intensywnej terapii. 

Do tej pory najgorszy taki tydzień na amerykańskim rynku pracy odnotowano 38 lat temu, gdy o zasiłek wystąpiło 695 tysięcy obywateli USA, a więc niemal dziesięciokrotnie mniej. Zgodnie z danymi Departamentu Pracy w ciągu ostatnich dwóch tygodni pracę straciło 10 milionów osób. Według analiz Biura Budżetu Kongresu USA do końca maja bez pracy może być w sumie 40 milionów ludzi .

Ameryka była w szoku w 1812 roku, gdy wojska brytyjskie spaliły Biały Dom, w 1941 roku po Pearl Harbour i w 2001 po ataku na dwie wieże World Trade Center, ale za każdym razem praktycznie cała potęga tego niezwykłego kraju była nietknięta. Jeszcze 10 dni temu Donald Trump przekonywał, że Ameryki nie stworzono po to, by była zamknięta i po Świętach Wielkanocnych trzeba będzie przemyśleć, jak wracać powoli do pracy. 1 kwietnia prezydent nie miał już wątpliwości, że jego kraj "nie wróci do pracy" nawet do końca miesiąca. Pierwszy raz w swojej historii cała Ameryka w ciągu najbliższych dni rzeczywiście zostanie "zamknięta". I nikt nie ma nadziei, że wraz z Wielkanocą nadejdzie odrodzenie. W kraju największych optymistów świata nie było jeszcze takich świąt. 

Ameryka miała swoje problemy jeszcze przed koronawirusem, ale to wciąż jest najpotężniejsza gospodarka świata i kraj, w którym ludzie zawsze ufali, że dla ich ojczyzny nie ma rzeczy niemożliwych. Oby gigant nie stracił wiary w siebie, bo jak nigdy, to właśnie teraz potrzebujemy superbohaterów.

Kategoria: Wiadomości > USA

Data publikacji: 2020-04-06

Baner
Ogłoszenia/classifieds
Ogłoszenia Zobacz ogłoszenia >>
Baner
Baner
Baner
Baner
Plus Festiwal

Podoba Ci się nasza strona?
Polub nasz profil na Facebooku.