PLUS

Baner

Szczupaki z Champlain Lake

Szczupaki z Champlain Lake

Jezioro Champlain położone na granicy Stanów Zjednoczonych i Kanady o długości 180 km, intrygowało mnie od bardzo wielu lat.

Ze względu na jego wielkość (około1150 km² i maksymalnej szerokości 19 km), ilość wysp (około 80 po obu częściach granicy) oraz bardzo urozmaiconą linię brzegową z mnóstwem zatoczek, strumieni i rzeczek doń wpadających (największa to rzeka Richelieu), stawia przed wędkarzami liczne bariery i wymagania. Dlatego też nie mogłem się długo zdecydować na wędkowanie na tym jeziorze, bo na wyjazd w „ciemno” nie miałem ani czasu ani ochoty na niepotrzebne wydawanie pieniędzy. I choć dochodziły mnie słuchy o rekordowych muskellunge (Esox Masquinongy) oraz dużej ilości szczupaków (Esox Lucius), to jednak tylko w opowieściach wędkarskich podczas towarzyskich spotkań. 

Ale na tym się wszystko kończyło – bez żadnych konkretnych „namiarów”, bo być może niektórzy zazdrośni wędkarze nie mieli ochoty podzielić się tymi wiadomościami z innymi? Czekałem więc na to, że może jednak kiedyś nastąpi „przeciek” i czegoś konkretnego się dowiem. Wreszcie trzy lata temu mój kolega po kiju – Wojtek Palczewski powiedział mi, że był na wędkowaniu na Lake Champlain, podczas którego złowił z innymi kolegami bardzo dużo szczupaków. Zapraszał mnie także na następny wyjazd na to jezioro, z czego skwapliwie skorzystałem. Od tamtej pory regularnie 1-2 razy w roku wędkuję szczupaki na tym jeziorze. 

Tegoroczny wyjazd, jak zawsze zorganizowany przez Józka Kłoskowskiego, przypadał nam tydzień przed długim weekendem (Memorial Day) w maju, bo na świateczny wyjazd już nie było miejsc, choć rezerwację dwóch domków (cabins), Józek załatwiał jeszcze w styczniu! Z tego powodu, nasz wędkarski wyjazd został skrócony o jeden dzień. 
W ten piątkowy majowy ranek przyjeżdżam pod budynek mojej ostatniej pracy (po rozmowie z szefem, który tłumacząc się brakiem zleceń w firmie i złą sytuacją ekonomiczną, wręczył mi tydzień wcześniej zwolnienie z pracy, nietymczasowe – takie „na wsiegda”) na umówiony pożegnalny lunch z byłymi współpracownikami, samochodem wyładowanym moimi wędkarskimi „klamorami”. Podczas lunchu w Brielle (na wybrzeżu New Jersey), siedzę jak na przysłowiowych szpilkach, bo przecież o 2:30 pm jestem umówiony pod domem Wojtka w South Amboy. A nie wypada mi wyjść wcześniej, bo to ja jestem „bohaterem” tego dzisiejszego przyjęcia w restauracji z pieknym widokiem na Manaskwan River. Pożegnanie, ostatnie zdjęcia, wymiana e-maili i wreszcie opuszczam restaurację parę minut przed drugą. No cóż, trochę się spóźnię pomyślałem, podejmując przy tym fatalną decyzje co do trasy dojazdu do Wojtka.

Miałem zamiar jechać do South Amboy drogą nr 18, a następnie Rt 1 na północ. Zakładając, że będzie krócej, skręciłem w Brielle na drogę 35 North. Decyzja okazała się chybiona czasowo. Piątkowe korki, roboty drogowe, przejazd przez miasteczka i liczne ograniczenia szybkości „nieco” mnie zdenerwowały i prowokowały do przekraczania niekiedy (czyli często) limitów prędkości.

Początek wędkarkiej wyprawy niezbyt pomyślny, pomyślałem sobie, być może może dobre brania szczupaków na jeziorze poprawią mi humor. Ale za to sprawa ”przepustki na ryby” nie wchodziła w rachubę, bo moja Żabcia (osobista żona), akurat „balowała” w kraju ojczystym, nie zaprzątając sobie głowy moim wędkowaniem i nie wiedząc ile pracy w .....kuchni (smażenie rybek) czeka ją po powrocie. 

Wojtek i Józek Krek podczas wędkowania na Lake ChamplainU Wojtka (ponaglany jego telefonami) jestem godzinę po umówionym czasie i parę minut później po doładowaniu wędkarskiego sprzętu Wojtka i Józka Kreka oraz zabraniu ich samych także, jedziemy do Colonia na spotkanie z ostatnim uczestnikiem naszej grupy – Jarkiem Kościem, który już czekał na nas niecierpliwie przed domem. Szybko przepakowywujemy się do jego samochodu i wreszcie ruszamy. Po „przedarciu się” przez parę lokalnych „korków”, nareszcie wjeżdżamy na Route 87 North (Thruway), którym parę godzin będziemy jechać aż pod kanadyjską granicę. Wreszcie po pokonaniu 350 mil, około 10 wieczorem docieramy do naszej bazy, czyli ośrodka Campbell’s Bay koło miasta Swanton w stanie Vermont. Nieco wcześniej dotarła tutaj 4-osobowa grupa organizatora (Józka Kłoskowskiego). Jak zwykle rozmowy przeciągają się nieco po północy, gdyż wielu z nas nie widzi się często na co dzień, a opowieści wędkarskich uzbierało się dużo, tak jak i szlachetnych trunków  w lodówce. Przynajmniej tego pierwszego wieczora, bo późniejsze toasty (oczywiście z umiarem ) za dobre wyniki wędkowania nieco te zapasy uszczupliły. 

Nasze dwa domki kampingowe są usytuowane tuż nad brzegiem jeziora Champlain, na którym tuż przy podestach są przygotowane nasze aluminiowe łódki. Jest to bardzo istotne, gdyż już wczesnym rankiem możemy wyruszyć na jezioro na poranne wędkowanie, nie czekając do 8 am na otwarcie sklepiku (można w nim kupić licencję na wędkowanie, sprzęt wędkarski i podstawowe artykuły spożywcze) i pojawienie się właściciela. Oczywiście wyruszą tylko ci, którzy wykupili jeszcze przed wyjazdem licencje wędkarskie przez internet. Bez licencji nie warto się narażać na mandat, bo tak jak i gdzie indziej, można być skontrolowanym przez „rangers” poruszających się na szybkich łódkach. Ceny licencji dla non-resident: cały rok - $41, 1 dzień-$15, 3 dni - $20. 

My z Jarkiem (stałym kompanem na łódce) wypływamy chyba najpóźniej w myśl zasady: spiesz się powoli, która to zasada pozwala nam na unikanie stresów. Bo przyjechaliśmy tutaj na rybki wszakże, ale także po to, aby się zrelaksować, odpocząć, nacieszyć porannym wrzaskiem ptactwa budzącego się ze snu i podziwiania jak zawsze pięknych wschodów i zachodów złotej kuli słońca. 
Po krótkiej naradzie z Jarkiem, decydujemy się popłynąć w lewą stronę od naszych domków (w przeciwieństwie do kolegów), mając w pamięci właśnie tam, dobre wyniki podczas wrześniowego wędkowania zeszłego roku. Już po pięciu minutach przystajemy przy brzegach gdzie z wody wychylają się nieśmiało, pierwsze wodne rośliny. Tam jest większa szansa zwędkowania szczupaka, który nie będzie o tej porze żerował dalej od brzegu, gdyż nie ma tam jeszcze rośliności w której mógłby się on ukryć w zasadzce na drobnicę.

Piękne miejsca na wędkowanie szczupakaMimo zmiany miejsc wędkowania dopiero po godzinie spiningowania o 9 rano, Jarek pierwszy może się pochwalić szczupakiem 24 inch, który wędruje do siatki. Mój kolejny szczupak, jako niewymiarowy trafia z powrotem do wody. Mijają kolejne dwie godziny, a my mamy zaliczone zaledwie parę basów wielkogębnych (Micropterus salmoides) - wypuszczonych ze względu na okres ochronny, oraz kilka młodzieżowych szczupaków, które jak i mój, trafiają z powrotem do wody. 

Jarek dzisiaj wędkuje na jedną i tą sama blachę „wahadłówkę”, ale trochę zmodyfikowaną, gdyż na końcu blaszki po obu stronach kotwiczki, ma zamontowane jeszcze małe podłużne blaszki. Tą blachą będzie on wędkował przez całe dwa dni i z jakim skutkiem? – to potem. Ja natomiast preferuję wirówki o różnych kolorach (najczęściej jaskrawych), których parę po zahaczeniu o konary lub zielsko, niestety urywam.  

Zrezygnowani słabymi porannymi wynikami, wracamy w południe z powrotem do domku, mając nadzieję na lepsze popołudniowe wyniki. Koledzy z innych łódek, też nie mają zbyt dobrych wyników, za wyjątkiem Wojtka, którego szczupak o długości 28.5 inch jest jak na razie kandydatem nr. 1 na wygranie puli. 

Bass Jarka za chwilę powędruje do wodyPo poobiedniej drzemce, dopiero o 5 po południu jesteśmy powtórnie na wodzie. Tym razem jedziemy pod kanadyjską stronę jeziora mając na uwadze, aby nie wysiadać na brzegu. Po pierwsze byłoby to nielegalne przekroczenie granicy, a po drugie wędkowanie z brzegu Kanady wymagałoby wykupu licencji dla danej prowincji. My trzymamy się blisko brzegu, pozwalając w trakcie spiningowania, na dryfowanie łódki. Po zaledwie kilku rzutach, Jarek wyholował wymiarowego szczupaka, którego nazwaliśmy – kanadyjskim. Ale dalsze „oranie batem wody” (spiningowanie) oprócz małych basów i niewymiarowych szczupaków nie przynoszą spodziewanych rezultatów. 

Kolejny szczupak Jarka

Wracamy więc pod brzeg, gdzie wędkowaliśmy rano, ale bez „kanadyjskiego szczupaka”, który wykorzystał to, iż wieko drucianej siatki było niezbyt dobrze zabezpieczone i dał nura z powrotem do wody. No cóż, widocznie nie chciał „przekraczać” nielegalnie granicy. Moje dwa kolejne szczupaki, były lekko zachaczone i zrywają się w trakcie holowania. Po przeglądnięciu sprzętu, stwierdzam, że przyczyną było nie zablokowanie kołowrotka na wsteczny obrót. Tak więc podczas zacinania, nie było należytego oporu żyłki i kotwiczka była tylko lekko zahaczona w twardym pysku szczupaka. Eliminuję bład i kolejne zahaczenia nie pozwalają na umknięcie ryby. 

Przed zakończeniem wędkowania tego dnia, złowiłem jeszcze tylko jednego szczupaka, a Jarek....trzy (24 – 25 cali). Czas wracać, aby jeszcze za widoku zdążyć je oczyścić na specjalnie przygotowanym stanowisku (z bieżącą wodą i beczkami na odpadki). Wyciągamy siatkę ze szczupakami z wody i ....tu kolejny pech prześladujący nas tego dnia. W boku siatki była mała dziura, przez którą uciekł nam już drugi dzisiaj szczupak. Dobrze, że dla innych szczupaków to uszkodzenie było za małe na ucieczkę. 

Wieczorne ognisko, pieczenie kiełbasek, dzielenie się wrażeniami z pozostałymi kolegami oraz partyjka „tysiąca”, to stały rytuał wędkarskich wypraw w to miejsce. Wojtek z Józkiem mając na uwadze wczesne poranne wędkowanie, idą spać wcześniej od nas. Ja z Jarkiem kładziemy się dopiero o 2 am, obiecując sobie jednak, że wstaniemy tuż przed świtem. 

Rekordowy szczupak JarkaChyba jednak obaj w to przyrzeczenie nie bardzo wierzymy, bo budzimy się dopiero o 7 rano, kiedy wszyscy koledzy byli już na jeziorze. Tuż przed wypłynięciem, zorientowaliśmy się, że paliwa mamy tylko na 15 minut pływania. Co za pech! Tankować możemy dopiero po otwarciu sklepu, czyli o 8 rano. Postanawiamy więc przez tą godzinkę powędkować blisko ośrodka, płynąc w prawo od naszych domków. Parę zaczepionych blach (jedna urwana - moja), mały pickerel zwędkowany przez Jarka i dwa niewymiarowe szczupaczki, nie nastrajają nas optymistycznie. Postanawiamy wracać po benzynę, ciągnąc po drodze (a raczej po wodzie) ponton z dwoma Polakami, którym silnik odmówił posłuszeństwa. Na szczęście to było ich ostatnie wędkowanie, więc naprawę silnika odłożyli do Nowego Jorku. 

Zatankowani, jedziemy pełnym gazem w lewo od bazy wzdłuż brzegu, na nasze ulubione miejsca. Tuż przed dziewiątą silne uderzenie na Jarka spiningówce wyraźnie podnosi poziom naszej andrealiny. Po holu i dłuższym niż zazwyczaj „dołowaniu” ryby wiemy, że może to być duży okaz. Po parunastu minutach, wreszcie pod powierzchnią wody, ukazał sie walczący do końca szczupak. Podbieram ostrożnie, bojąc się go utracić, bo często się zdarza, że w takim momencie szczupak, robi „młynka”, trzepiąc łbem i pozbywając się blachy. Na szczęście, został solidnie zmęczony przez spokojny hol Jarka. Pamiątkowe zdjęcia i mierzenie – 33 inch (83.8 cm)!

Na pewno będzie konkurentem  do zdobycia puli.

 W ciągu następnych dwóch godzin, Jarek zwędkował jeszcze cztery wymiarowe szczupaki, a ja .....tylko jednego. Przypominam, że wszystkie szczupaki złowił on na tą samą biało-czerwoną blachę wahadłówkę, którą opisywałem wcześniej. Parę minut przed jedenastą, kończymy naszą tegoroczną wiosenną przygodę na jeziorze Champlain.

Szczupak Józka Kołodzieja

Pozostali koledzy już wrócili i wszyscy ze szczupakami. Może nie tak duże jak w poprzednich latach, ale za to wędkowanie było nieco łatwiejsze ze względu na brak jeszcze roślinności, której jest zazwyczaj dużo więcej na jesieni. Wszakże, w trzcinach ukrywa się szczupak i drobnica (co obiecuje lepsze brania), ale jest ona powodem częstszych zerwań sztucznych przynęt (blach, wirówek, woblerów).

Jeszcze tylko czyszczenie ryb, zarezerwowanie przez Józka Kłoskowskiego terminu na jesienne wędkowanie i przed nami 350 mil powrotnej drogi.  
A pulę, wygrał szczupak zwędkowany przez Jarka. Gratulacje Jarku!

Dane wędkowania: 
Lake Champlain. Głębokość przeciętna łowiska – 3 do 10 stóp. Wędkowanie blisko brzegu z łódki będącej w wolnym dryfie (bez rzucania kotwicy). 
Muskellunge – pod ochroną cały rok.  Można wędkować cały rok, ale tylko na sztuczną przynetę metodą muchową i wypuszczać (catch and release). Northern Pike (szczupak) – wymiar ochronny 20 inch, a dzienny limit wynosi 5 sztuk (dane na 2010 rok) 
Mój sprzęt: 9-cio stopowy (2,7 m) kij firmy: Ugly Stick (moja ulubiona firma) – Medium action, z kołowrotkiem o stałej szpuli, marki „Shimano”, oraz plecionką o wytrzymałości 15 funtów. Najczęściej podczas spiningowania używałem wirówki #5 firmy „Meps” (w kolorze biało-czerwonym, żółtym lub czarnej z czerwonymi kropkami, bez pióropusza) lub dużą wahadłową blachę tej samej firmy o wdzięcznej nazwie – Little Wolf (3/4 uncji), w kolorze srebrnym. Najskuteczniejszą okazała się  biało-czerwona wirówka. 
Jarek natomiast preferuje do spiningowani kije firmy „Ugly Stick”, ale 7-mio stopowe. Zestaw uzupełnia kołowrotek o ruchomej szpuli, firmy „Daiwa” oraz plecionka o wytrzymałości 12 lbs. Pozostali koledzy mieli podobne zestawy. 
Bardzo dobre brania miał Wojtek na wirówkę   #5 firmy „Meps”, w kolorze jasno-zielonym z pióropuszem, który skrywał haczyk. 

Maj 15 – 16, 2010 
J.E. Kołodziej

Kategoria: Podróże > Wędkarskie wypady

Data publikacji: 2016-02-01

Baner
Baner
Ogłoszenia/classifieds
Ogłoszenia Zobacz ogłoszenia >>
Baner
Baner
Baner
Plus Festiwal

Podoba Ci się nasza strona?
Polub nasz profil na Facebooku.